Pokazywanie postów oznaczonych etykietą buty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą buty. Pokaż wszystkie posty

wtorek, stycznia 27, 2015

Dancing shoes

Moja najnowsza zdobycz. Mokasyny z wężowym motywem. Czekają na pierwsze wyjście, jak nastąpi koniec chłodów i opadów. Idealne do spodenek, plisowanych lub rozkloszowanych spódnic. Kocham mangooutlet!
 
W ramach po weekendowych przemyśleń stwierdzam, że nic tak nie psuje zabawy jak partner bez poczucia rytmu. Taki osobnik, szczególnie  gdy jest upierdliwy i nie łapie aluzji, może obrzydzić nawet najlepsze party. Nie wymagam by każdy był mistrzem parkietu. Sama zdecydowanie się do nich nie zaliczam. Niektóre dźwięki kompletnie do mnie nie trafiają i przy nich pasuję, idę po drinka lub posiedzieć by dać wytchnienie stopom. Jednak udawanie, że się tańczy, na dodatek w parze, gdy się zupełnie nie czuje rytmu wykracza poza pakiet mego postrzegania. Po co, na co i dlaczego? Skoro bujanie się przy muzyce nie sprawia przyjemności, na cholerę robić to na siłę? Niby wiadomo, że najłatwiej poderwać kogoś tańcząc. Może tylko należy stosować metody dopasowane do możliwości i umiejętności. Obracanie się lub gibanie na boki jak słup, to nie taniec! Nie ma sensu się męczyć a dodatkowo psuć zabawę innym. Lepiej postawić na swoje atuty, a nie pogrążać się ukazując słabości. Oczywiście wypada też znać swoje mocne strony i korzystnie je pokazać. Tym, którzy tego nie potrafią lub upierają się przy podrywie na parkiecie zalecam kursy tańca (online lub w realu). Magiczne tańczące pantofelki istnieją tylko w bajkach a jeszcze nikt nie wpadł jak je stworzyć w naszej rzeczywistości.   

wtorek, listopada 25, 2014

Listopadowe selfeed


Nadeszła pora na kolejne, a konkretnie listopadowe selfeet. Nagle z lekkim poślizgiem pojawiła się jesień. Mi często zdarza się spóźniać, więc w pełni rozumiem że miała inne rzeczy na głowie i się nie wyrobiła na czas. Można jej to wybaczyć, najważniejsze że już jest! Czyli powiało chłodem, słońce ukryło się za chmurami, a drzewa w końcu mogły się pozbyć ciężaru liści. Ostatecznie mogłam schować trampki i sandały do pudełek. Botki panują niepodzielnie, podobnie jak rajstopy. 


A także grube, dłuższe skarpetki. Stopki znów czekają na wiosnę, bo w nich zbyt wieje po nogach. Obecnie najlepiej sprawdzają się modele za kostkę, gdzie nawet ogon smoka nie wystaje i tylko Piotruś Pan wystawia czubek głowy. W takich można spędzić całe popołudnie w NH na edukacji.


Najnowsi faworyci podczas wycieczki do Łodzi, a konkretnie zdobywania pewnej fabryki. Jak się człowiek wybiera w dresach w odwiedziny, to nie może się spodziewać wizyty w operze lub filharmonii. A jak na dodatek  przyjeżdża do takiej Łodzi w dresie, to opuszczona fabryka jest idealny celem zwiedzania.


Tak niewiele brakowało, by wyjść na dach. Niestety jesień, więc dach był mokry i śliski, czyli niebezpieczny (nawet w dresie). Dodatkowo istniało ryzyko wykrycia przez strażnika tego uroczego przybytku, gdzie niegdyś powstawały najpiękniejsze tkaniny.


W Łodzi nawet obciachowe buty mają swoje miejsce w muzeum. Przyznam, że wszystkie były koszmarne i nie jestem do końca przekonana dlaczego znalazły się pośród tylu pięknym tkanin i materiałów. Za to przypuszczam, że trawa została zakupiona tam gdzie moja z letniego dachu.

niedziela, września 21, 2014

Babie lato


Nadszedł wrzesień i trzeba zacząć się uczyć. Tylko jak? Mały grubas najchętniej leży na ważnych notatkach, bawi się długopisem i wprowadza chaos. Ciągle zaczepia i rozprasza, a mój zapał do pracy jest znikomy. Gdybym chociaż musiała uczyć się czegoś interesującego.
  

I jeszcze jest tak pięknie, że tylko siedzieć na dachu na leżaku. Optymalna temperatura 25 stopni, wrześniowe słońce jest mniej agresywne i zabójcze. Czyli filtr na smoka i ważkę, notatki z pytaniami do egzaminu oraz książka dla relaksu. Bo przecież nie będę się uczyć o współpracy międzybibliotecznej, jak Witkowski snuje opowieść o burym, jesiennym Wrocławiu. Wkrótce nastanie ten wilgotny, malaryczny wrocławski czas, ale na razie jeszcze można cieszyć się babim latem. Gdy ma się przed nosem ogrom błękitu, to perspektywa błota i szarości nie wydaje się tak straszna. Melancholia obecnie przegrywa, ale zmiany zachodzące za oknem sugerują, że wkrótce szala może się przechylić.


Niewielka opalenizna, którą udało mi się zdobyć zniknie, jak ostatnia kartka powieści. Włosy ze złotych zrobią się rudawe i zielonkawe. Zbliża się czas rajstop - ażurowych oraz gładkich, we wszelkich odcieniach szarości, beżu, czerni, a także odrobiną brązu. Nowe botki zostały zamówione, a sandałki przeżywają ostatnie chwile świetności. Tylko kalosze przez cały rok trwają i nie mogą schować się do pudełek. Na razie wieczorem wystarcza marynarka z dodatkiem szala, ale kurtki już szykują się na początek sezonu. Długie spódnice i sukienki wymienią się ze spodenkami, spódnicami i sukienkami, które nie preferują gołych nóg. Jeszcze tylko moment i będzie jesień.


Ważka jeszcze żywa, choć lekko wymęczona przez pewną czarną kotkę z Biskupina. Jedno skrzydło nieco uszkodzone, ale może się zregeneruje. Chyba, że mały szatan znów zaatakuje. Z biskupińskich ogrodów podobnie jak "smok wśród owadów" wróciłam w nie najlepszym stanie. Żyją tam wybitnie agresywne komary, po których ugryzieniach nadal mam ślady na rękach i nogach.  Na dodatek wywołują reakcję alergiczną. Jednak preferuję własny dach lub okoliczny park Tołpy ze stawem i kaczkami zamiast krzaków i komarów. Czas owadów się kończy, nadchodzi sen, letarg zimowy. Czyli koniec z bąblami na nogach i zadrapaniami, siniaki zajmują wszystkie miejsca na podium.

Wrzesień rano...


Czasem wraca się w skarpetkach do domu, bo buty są za ciężkie... Dobrze mieć wtedy wsparcie, czyli drugą wariatkę, której też ciąży obuwie. Preferowana pora - gdy niewielka część populacji zaczyna wstawać, a nieliczni dopiero się kładą. Skarpetkowe spacery przyciągają uwagę, więc lepiej je propagować gdy nie ma tłumów na ulicach. Poziom wygody nie jest za duży, ale tempo marszu zdecydowanie szybsze - czytaj dotarcie do domu następuje prędzej. Należy tylko uważać na niebezpieczne, zazwyczaj szklane lub płynne przeszkody. I niestety być przygotowanym na niewielkie straty materialne - skarpetki po takich wypadach kończą swój żywot. Ale było warto!

niedziela, lipca 13, 2014

Wakacyjne selfeet

Urlop powoli się kończy, więc najwyższa pora na relację w wersji selfeet.


 Już na miejscu, Mosty, pora rozpakować walizki i wyciągnąć japonki. Wersja ze skarpetkami lub rajstopami, czyli polska gejsza. 


Kaloszki ruszają na koncerty - do wyboru, do koloru. Wersja chic z kokardkami, leśna limonka, czarne lakierki i różowa landrynka.


Wreszcie słońce i lato. Śniadanie w ogrodzie, w końcu gołe, nadal białe nogi, obowiązkowo w japonkach.


Plaża, piasek, morze, kamyki i muszelki czyli trampki w podróży są obowiązkowe.


Całe stopy w piasku na małym molo w okolicach Mostów. Smok wysmarowany filtrem +50.


Chwila odpoczynku pomiędzy koncertami i tańcami. Nie ma jak ubita, wyschnięta trawa i zero błota! Można spokojnie się relaksować bez ryzyka ubrudzenia. 


Wycieczka do Sopotu, więc pora na sandałki zamiast trampek, kaloszy czy japonek. Grupa SATC podbija molo.


Fuj wodorosty! Ale do morza trzeba wejść pomimo lekkiego wstrętu.


Pod sceną - najlepiej w trampkach lub butach do biegania. 


Augu, w ogrodzie, chwila odpoczynku. Aż pojawiają się komary, mrówki i inne robale, więc trzeba uciekać, bo smok nie potrafi się odgryźć.


Na rowerku wodnym, na Necku w stronę Rospudy. Cała wysmarowana wodoodpornym +50, by przypadkiem nie złapać poparzenia. 


Pora na wycieczkę na ziemię wileńską. I co? W Polsce pada, więc chic kaloszki ruszają w podróż.


Na litewskim pomoście.


W Ostrej Bramie, gdzie tłum ludzi, zaduch i przepych kościoła katolickiego.


Przy drzewie zapakowanym w włóczkowy, tęczowy kaftanek.


Ostatnia chwila relaksu, na hamaku  w ogrodzie. Za chwile pora ruszać w podróż powrotną do Wro.

niedziela, czerwca 08, 2014

Party selfeet


Szajba.
Smok wypełznął w piątkową noc w pistacjowych baletkach. Trochę złapał go deszcz, ale przecież nie jest z cukru więc się nie roztopił. 


Przekręt.
Światłość białych trampek podczas finału LM - och dlaczego ten Real wygrał?


W drodze do... Najlepiej w obcasach lub koturnach. 
Moja nowa miłość: zeberkowe buciki made by G.


Stadion Miejski - czekając na Linkin Park
Na koncert najlepiej w szortach i conversach lub mokasynach.


Szajba. Otwarcie letniego sezonu z Jimmy Choo.


Następnego, kolejnego dnia rano.
Jak nie masz bucików to przynajmniej masz Szelkę. Udaje, że śpi ale smoczyca zawsze czuwa.

wtorek, maja 27, 2014

Selfeet cd.


Pracowe meliski z pomponikami. I oczywiście do kompletu Czarnej Wrony matowe rajstopy, by przypadkiem smok ze stopy nie odleciał.


Mało perfekcyjna pani domu, czyli domowe trampki z pająkami (nieśmiertelne). Dodatkowo tęczowy, za duży fartuch. W takim autficie szatkuję marchewki, buraczki, cukinie i inne warzywne pyszności.


Żeby nie było, to miałam na sobie spodenki, tylko się w kadrze nie zmieściły. Na plotkach z E. w Bema Cafe. Skoro było przez chwilę słońce to oczywiście w ich tzn. ogródku. Bez parasola, bo wiatr chciał go koniecznie porwać.


Na parapecie. W spodniach (!) które czasem zdarza mi się ubrać. Jakoś rano, bo jeszcze nie było patelni w mym oknie od południa.


Parkowy piknik z M. Plotki i ploteczki zamiast tradycyjnego wieczoru filmowego. Nie ma jak kozi ser, pomidorki, bułeczki z ziarnami i takie niby piwo. I do tego całkiem niezły widok.

wtorek, maja 06, 2014

Majówka w wersji selfeet, czyli w grupie raźniej


Wśród stokrotek. Nie ma jak maj, ławka w parku, dobre towarzystwo i piwo. I kula w ramach wsparcia i asekuracji.


"Nie deptać trawy!"  Dmuchawców, koniczyny, stokrotek i innych tzw. chwastów. 


Pada deszcz, deszcz pada, buciki się nie cieszą. Na głowie kaptur, ale buty mokną i spódnica maxi też. Dobrze, że gumowa podeszwa chroni stópki i stopy.


Stopy do budki (lodówki) po piwo.

środa, kwietnia 30, 2014

Fotodokument "Buciki D."

Pod wpływem sugestii M., sprawdziłam ile posiadam zdjęć własnych bucików. Jak się okazało, faktycznie lubię robić selfie nóg na przeróżnym podłożu. Co prawda w odwrocie do Dorotki z Kansas nie posiadam czerwonych trzewiczków, ale za to mam całą ścianę pod schodami obstawioną kartonami z butami. Dlatego nadeszła pora by niektóre z nich zostały przedstawione szerszej publiczności.
A wszystko również z powodu szkoły. Mam do napisania pracę semestralną na temat Wilna w XIX wieku i jakoś nie tylko nie mam mocy na tworzenie tego dzieła, ale ogólnie na dłuższe pisanie o czymkolwiek. A przecież podpisy pod zdjęciem mają maksymalnie dwa zdania.


Zimowe traperki, które poczuły minimalną ilość śniegu podczas wrocławskiej zimy.


Bamboszki zimowe od Babci, z Szelunią nie komponują się tak idealnie jak z futerkiem Larsa.


Wreszcie wiosna, powrót do domu. Nadeszła pora nieśmiertelnych conversów. 


Tuż przed wyjazdem do Puszczy na święta. Ukochane botki, których czas spoczynku nadchodzi wielkimi krokami.


Nad Sajnem, na rodzinnym spacerze. Botki wśród piasku i trzciny.



Nad Neckiem, na ostatnim spacerze przed wyjazdem do Wro, na mini plaży (skoro jest piasek to znaczy, że to plaża). Nieco brudne, najwygodniejsze na świecie i pasujące do wszystkiego trampki.



Złote jezioro. Moje i M.. nogi na tle fal, w promieniach słońca.



PolskiBus, miejsca w I rzędzie, widoczność idealna. Łódź w piątkowy wieczór.



Mlecze, dmuchawce i pasiakowe mokasyny, czyli droga do pracy.