Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seriale. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seriale. Pokaż wszystkie posty

niedziela, czerwca 07, 2015

Wojna jest passe ale ciągle trwa


Najnowszy film Clinta Eastwooda "American Sniper" pokazuje, że w kinie amerykańskim nastąpił przesyt filmów wojennych, oczywiście dotyczących tematyki współczesnej amerykańskiej wojny. Po licznych nominacjach, w tym oskarowych, na półkach twórców znalazło się bardzo niewiele statuetek. Dla przykładu Oskar otrzymał tylko duet czysto techniczny, zajmujący się montażem dźwięku. Sam film ogląda się w miarę dobrze, choć się nieco dłuży. Mamy historię żołnierza z powołania, Chris uważa za swój narodowy obowiązek obronę zaatakowanej ojczyzny. Jest prostym kowbojem, który nie ma problemów ze spełnianiem rozkazów i wypełnianiem poleceń. W końcu tak został wychowany, należy chronić swoich nawet za najwyższą cenę. Czytaj zabijać wrogów kraju, nawet gdy są nimi dzieci lub kobiety. Prawdopodobnie między innymi dlatego zostaje najlepszym snajperem w amerykańskiej armii. On wierzy w słuszność sprawy. Jednocześnie uzależnia się od kolejnych tur służby, nie potrafi wysiedzieć w domu, z rodziną. Dopiero z czasem i po groźbie opuszczenia postanawia skończyć z misjami. Zostaje w kraju, choć nadal wspiera armię, pomaga weteranom wrócić do codzienności.
Eastwood tworząc swój film skorzystał z prawdziwej historii amerykańskiego bohatera. Pewnie dlatego, osiągnął tak wielki kasowy sukces. Amerykanie kochają herosów, nawet jeśli obecnie większość społeczeństwa jest przeciwna wojnie. Na szczęście Bradley Cooper pokazuje, że superbohater nie musi być patetyczny, dosadny i zuchwały. Jego postać nie jest idealnym żołnierzem, będącym bez skazy. Została zagrana w sposób subtelny i w pewien sposób bierny. Chris jest gburowaty, ale w pozytywnym znaczeniu, mało mówi (raczej mamrocze przez zarośniętą brodę), nie podważa rozkazów, dba o towarzyszy i nie jest wylewny w uczuciach. Jednak ma jasny cel - chronić swoich bezbronnych przed tymi "złymi". Cała biograficzna historia jest przedstawiona realistycznie od początku do końca. Eastwood podobnie jak nasz bohater nikogo nie ocenia, nie dyskutuje czy wojna ma sens. Stara się obiektywnie przedstawić poszczególne wydarzenia i to jest największa zaleta tego filmu.

























To ciekawe, że obecnie specjalistką od filmów wojennych (oczywiście piszę tu o wojnie w Iraku i Afganistanie) jest kobieta - Kathryn Bigelow. Za "The Hurt Locker" otrzymała jako pierwsza w historii kobieta-reżyser Oskara, a za "Wroga nr 1" miała nominację za najlepszy film (została pokonana przez wspaniałą "Operację Argo", też nawiązującą do klimatów wojennych). Przyznam, że oba te filmy były nieco przy długie - wiem regularnie na to ostatnio narzekam, jednak wyrosłam wreszcie z fascynacji dziełami które trwają ponad 120 minut a spokojnie mogłyby zamknąć się zamknąć w powiedzmy 95. 
Pierwszy film nie zrobił na mnie wyjątkowego wrażenia, choć nie mogę powiedzieć był bardzo dobry. Ograbił walki zbrojne a także samych żołnierzy z patosu i mitu o bohaterstwie, tak popularnego w kinie (męskim) amerykańskim. Pokazał dużych chłopców, którzy kochają ryzyko i zabawy z bronią. Wyjazd na misję jest dla nich świetną ucieczką przed codziennym życiem, w którym sobie nie radzą za dobrze. Bo kto w pełni normalny zostaje saperem? W armii i w czasie walki masz szansę na ciągły haj adrenalinowy. A jak nie lubisz słuchać rozkazów to zawsze pozostaje zostać najemnikiem i współczesnym łowcą nagród. Gorzej dla tych co zostają w domu i ciągle myślą czy wrócisz w jednym kawałku.
"The Hurt Locker" to męskie, twarde kino, za to "Zero Dark Thirty" pokazuje wojnę z perspektywy kobiety, agentki. Ona nie walczy bezpośrednio na terytorium wroga, nie trzyma karabinu w dłoniach. Jej bronią jest technologia oraz analityczny umysł. Oglądałam ten film w przerwie pomiędzy odcinkami ostatniego sezonu "Homeland", trwało to chyba z 3-4 dni (taka nowa przypadłość za długie obrazy oglądam w częściach).  W którymś momencie byłam tak zapętlona w obie historie, że już nie wiedziałam czy poluje na Bin Ladena czy walczę z wrogimi Pakistańczykami próbując uwolnić najlepszego przyjaciela. Czyli jednak! Wkręciłam się w kino wojenne! Czemu? Mam kilka przypuszczeń. Kobieta jako główna bohaterka, czyli łatwiej jest się utożsamiać z postacią. Jej motywacja, początkowo czysto teoretyczna i beznamiętna, z czasem zmienia się w chęć zemsty za śmierć bliskich osób - to można w pełni zrozumieć, w odwrocie do uzależnienia od życia na krawędzi czy tak zwanej miłości do ojczyzny. Fabuła, która miesza kino akcji z dramatem, a przede wszystkim z filmem szpiegowskim. To chęć poznania, rozwiązania zagadki (miejsca pobytu wroga) spowodowała, że nie zrezygnowałam z oglądania po pierwszych 40 minutach. 
Uważam, że drugie dzieło Bigelow jest dużo lepsze niż pierwsze i oba zostały zniszczone przez Oskary. "The Hurt Locker" zdobył ich za dużo i ma się wobec niego za duże oczekiwania. "Zero Dark Thirty" mógł otrzymać statuetkę jedynie w kategorii technicznej, bo nie wypada nagradzać tej samej ekipy. Szkoda. Zobaczymy co kolejnego zrobi specjalistka od kina wojennego.


"Homeland" to jeden z moich ulubionych seriali. Jak już wiadomo nie przepadam za klimatem wojennym a seriali o tej tematyce staram się wręcz unikać. Jednak perypetie agentki CIA i jej współpracowników oglądam z zapartym tchem. Porównując z tym na przykład przygody Jamesa Bonda są nudne i przewidywalne. Za to w rzeczywistości wykreowanej przez Showtime nawet nic nie znaczące wydarzenia mogą się okazać kluczowe. A najważniejszym przesłaniem jest, że "nie można ufać nikomu, nawet samemu sobie". Co w przypadku Carrie i jej choroby psychicznej (spoiler!!!) jest jak najbardziej na miejscu. 
O ile pierwsze dwa sezony były ok (rodzina Brodego była lekkim zgrzytem w fabule), to szaleństwo jakie następuje po finale w Langley jest świetne. Psychoza i fobie narastają, aż nie potrafię zliczyć ile razy dałam się nabrać scenarzystom kto jest wrogiem a kto przyjacielem. Wszystko się zmienia jak w kalejdoskopie. Coś tym jest, że niektórzy mają niesamowitą wyobraźnię i do takich ludzi można zaliczyć autorów "Homeland". Jak doskonale określił kolega Z. jeśli obmyślałaś wszystkie, nawet najbardziej nieprawdopodobne zakończenia sezonu to i tak nie trafiłaś. Oni są lepsi i właśnie znów wbili cię w fotel. Oczywiście jak bywa w serialach są odcinki słabsze i lepsze. Jednak siłą tej serii jest trzymanie się określonego pomysłu i sukcesywne jego realizowanie, nawet jak widzowie i szefostwo stacji kręcą nosem. Całe szczęście! Po wakacjach 5 sezon. Twórcy zapowiadają przeskok w czasie o 2 lata i Berlin. Carrie opuściła CIA, ale czy Agencja i Saul opuściły ją? Z kim i o co tym razem będzie walczyć?
  

piątek, lutego 14, 2014

Gdy książka/film/serial/muzyka wygrywa z nauką...

... wtedy pozostaje tylko poddać się. I w miarę możliwości jak najszybciej wyczerpać moc rozpraszacza. O dziwo one nie są nieśmiertelne i da się je wykończyć. 


Najprostsza sprawa jest z filmem, który standardowo trwa 90-120 minut. Oczywiście pomijam tu takie arcydzieła typu "Życie Adeli" czy "Atlas chmur", co jeszcze po 3 godzinach się nie kończą. Ale tego rodzaju kino raczej nie zalicza się do rozpraszających, gdyż to od niego można najwyżej zrobić sobie przerwę. Gdy pojawiają się napisy końcowe, to można z czystym sumieniem powrócić na łono nauki.
 
Z serialem jest o tyle trudniej lub łatwiej, że wszystko zależy na jakim etapie serii jesteśmy. Profilaktycznie nie należy zaczynać nowej namiętności, która ma powyżej 1 sezonu, gdy właśnie zbliża się sesja. Jeśli już popełniliśmy ten błąd, to należy skombinować zwolnienie lekarskie i szykować się na terminy poprawkowe. Dozwolona jest jakaś nowość, która dopiero się zaczyna (jak na przykład "True Detective", który nawiasem jest genialny!). Najprościej jednak zapanować nad tymi serialami oglądanymi na bieżąco, jeden odcinek to nie jest znów tak dużo czasu (40-60 minut). Idealny na małą przerwę połączoną z posiłkiem. Wiadomo, że samotne jedzenie przed tv (komputerem) jest lepsze od samotnego spożywania w kuchni przy stole. A te okruszki, które dostają się pod klawiaturę to jedynie taki mały szczegół.

Osobiście nie mam najmniejszych problemów z uczeniem się przy muzyce. Czasem wręcz przeciwnie, odpowiedni rytm ułatwia przyswajanie wiedzy. Dane melodie jednoznacznie kojarzą się pewnymi dziedzinami oraz tematami, wspomagają pamięć. Jednak odnosi się to raczej do muzyki, którą zna się tak dobrze, że się jej wręcz nie słyszy. Problem pojawia się w momencie, gdy wpadnie w ręce nowa płyta, nowy zespół, ogólnie jakaś świetna nowość. I koniec. Notatki leżą rozłożone, nawet od czasu do czasu dokonywana jest próba ich czytania, ale nic z tego. Do chwili osiągnięcia przesytu nie ma szans żadna praca umysłowa. Można najwyżej próbować zmęczyć się muzycznie - jadąc autobusem, tramwajem, wybierając się na zakupy. Wchłonąc tyle dźwięków, by je nadal czuć w domu, przed notatkami znudnych wykładów. Taki promyk słońca wśród gradowych chmur.

Książka to największe działo, przynajmniej w moim przypadku. Wciąga jak serial lub film, ale raczej nie ma szans by ją skończyć po 120, a nawet 240 minutach. Nie oszukujmy się w dziełach mających 60 stron nie ma nic fascynującego. Dopiero kilkutomowe serie są najlepsze i najbardziej uzależniają. A jak na dokładkę wraca się do ulubionych bohaterów w nowych sytuacjach! Właśnie tak obecnie zostałam skrzywdzona (nagrodzona?) przez pana Sapkowskiego i nowe/starsze/nieznane przygody wiedźmina. I już trzeci wieczór sobie powtarzam, że tylko jeden rozdział (jedyny lek na książkę, to odpowiednie dawkowanie) i kończy się na 3-4 oraz niedosycie. Z tym dawkowaniem jest problem, gdy jest się nałogowcem. Jednak ogólnie sposób podobno działa, przynajmniej u niektórych. Książkomanom pozostaje walka i jak najszybsze dotarcie do ostatniej strony.
 

niedziela, stycznia 19, 2014

Love & Queer

W kinie polskim coraz częściej mamy okazję oglądać tzn. filmy queerowe lub z pogranicza. Nawet w 2013 zostały zaprezentowane dwa tytuły produkcji polskiej. Jednak odbiegają one nadal od standardów światowych. Z jednej strony pokazują przerysowaną rzeczywistość, a z drugiej próbują trochę ją zamglić. W ramach tournee NH można zobaczyć francuski film "Nieznajomy nad jeziorem", to przykład prawdziwego kina queer. Dzięki swojej bezpośredniość kojarzącego się mi z serialem Showtime "Queer as Folk". Ale inne tytuły też mają do pokazania coś ciekawego.



"Nieznajomy nad jeziorem" określany jest jako thriller erotyczny. Jednak jest to komedia romantyczna połączona z historią kryminalną i dramatem psychologicznym, a wszystko podszyte ironią i sarkazmem. Mnóstwo tu przerysowanych postaci, choć najbardziej groteskową jest inspektor policji. Wiecznie zgarbiony wpół, drapiący się po twarzy, pojawiający się znikąd, głos rozsądku, którego nikt nie chce słuchać. Prezentowane środowisko nudystów, to obraz współczesnego społeczeństwa, nie tylko jej homoseksualnej części. Poznając ludzi na imprezach, wakacjach coraz rzadziej interesuje nas ich nazwisko, miejsce zamieszkania. Wszystkim nadaje się charakterystyczne ksywki w celach rozróżnienia, a tylko niekiedy identyfikacji. Jakoś szczególnie nie dziwi zachowanie tej luźno powiązanej grupy, gdy jeden z nich znika. Samochód przez 3 dni stoi w tym samym miejscu, a ręcznik i ubrania leżą porzucone na plaży. Nikt formalnie tego nie zauważa, rzeczy oraz sam nieobecny stają się niewidzialne. Gdy dzieje się coś niecodziennego, wszyscy szybko starają się o tym zapomnieć i wrócić do normalności. Główny bohater także, pomimo posiadanej wiedzy, nie reaguje. A w imię tzn. "miłości" angażuje się w niebezpieczny, pasjonujący związek. Reżyser nie boi się szczegółowo pokazywać scen seksu, dlatego widz ma okazję podziwiać każdą kolejną odsłonę "miłości" romantycznego Francka i aroganckiego Michela. 

Akcja rozwija się w sielankowej scenerii, kamienista plaża nad jeziorem i okoliczny las z licznymi, dyskretnymi polanami. Pomimo wszechobecnej przyrody jest to przestrzeń zamknięta, ograniczona. Oglądamy tylko jedną z wielu plaż, kawałek lasu z częścią zaadoptowaną na tzn. parking. Mężczyźni snują się po okolicy, oceniając siebie nawzajem. A zdecydowanie jest co oglądać, bo większość paraduje zupełnie nago, prezentując swoje genitalia z dumą i próżnością. Znamy imiona jedynie kilku bohaterów. Pozostałe postacie pozostają anonimowe dla widza i dla siebie nawzajem. Nie wiadomo co robią poszczególne osoby przed i po pobycie na plaży. Liczy się tylko czas spędzony tu i teraz.

Możliwe, że wiele osób skupi się jedynie na nagości prezentowanej w filmie, choć jest ona przedstawiona w bardzo naturalny i niewymuszony sposób. Penisy oraz sama intryga nie są najważniejsze. Relacje międzyludzkie, a tak na serio ich brak lub wypaczenie, to klucz fabuły. Mylenie seksu i flirtu z miłością i związkiem. Żaden z bohaterów nie jest szczęśliwy w swoim świecie. Większość nie uważa się za homoseksualistów, Henri nawet stwierdza (siedząc na tytułowej plaży), że ktoś taki jak gej właściwie nie istnieje - "każdy przecież z nas ma lub miał dziewczynę". Tylko na plaży, czy polanie wszyscy są sobie równi i szukają tego samego. Bliskości, miłości, spełnienia... a potem odjeżdżają, każdy własnym autem, do swoich żyć, światów, dziewczyn.



Wyprodukowane przez amerykańskie HBO "Behind the Candelabra" (polski tytuł "Wielki Liberace") ma zupełnie inny klimat. Pruderyjna Ameryka lat 70-tych, a w niej królujący brokatowy, queerowy do szpiku kości Valentino Liberace. Autentyczna postać. Człowiek, który umierając na AIDS nadal wypierał się oficjalnie swego homoseksualizmu. A jednocześnie żył przez kilkanaście lat w stałym związku ze Scottem Thorsonem. To właśnie historię tej miłości opowiada w swoim, podobno ostatnim, filmie Soderbergh. Jest to klasyczna opowieść o kopciuszku i księciu w świecie wielkich pieniędzy, sławy, operacji plastycznych, narkotyków oraz muzyki disco. Nie do końca z happy endem, bo Hollywood to nie Disney Land. 

Jak przystało na amerykański film telewizyjny, komercyjnej stacji, nagości tu brak. Seks owszem jest, ale pod jedwabną, koronkową kołderką. Czyli znów mamy do czynienia z zachowawczym, konserwatywnym kinem. Na szczęście ten powiedzmy dramat biograficzny jest miejscami mega śmieszny (Rob Lowe jako chirurg plastyczny i terapeuta w jednym jest genialny!). Warto obejrzeć również ze względu na kreacje aktorskie - dwóch hollywoodzkich macho jako para pedałów w tiulach i brokacie. Wszyscy zachwycają się grą Michaela Douglasa, choć dla mnie osobiście Matt Damon zasługuje na oklaski. Scott jest tym, który zmienia się najbardziej, nie tylko fizycznie. Z chłopca z farmy przemienia się pewną siebie gwiazdę. Mimo licznych wzlotów i upadków to miłość jest dla niego najważniejsza. Liberace niestety nie potrafi istnieć poza sceną, swoją kreacją i chyba nie rozróżnia uczucia do człowieka od uczucia do posiadanych przedmiotów. Poza tym kompletnie nie umie sobie radzić z upływającym czasem. Zamiast cieszyć się tym co ma, ciągle szuka sposobu by zachować młodość i wigor. I przez to ostatecznie zostaje sam.


"Płynące wieżowce" ogląda się dobrze, mniej więcej do połowy. Potem niestety poziom absurdu osiąga taki level, że trudno powstrzymać się od krzyku: "Fuck, czy oni wszyscy na serio są tacy durni???". Gdyby nie ta końcówka, to film byłby bardzo ok. Sceny między zakochanymi są pełne elektryczności i widać, że coś się tutaj dzieje. Uroczo wyglądają śpiąc razem w aucie na parkingu, a akcja przy płocie oddaje brutalną rzeczywistość. Przecież nie mają gdzie iść, skoro jeden mieszka z mamą i dziewczyną, a drugi z rodzicami. Jednak całość jest jakaś taka przerysowana i na siłę. Decyzje, które podejmują poszczególne osoby nie trzymają się kupy, nie mają zupełnie sensu. Tacy "biedni", nieco rozpuszczeni dwudziestoparolatkowie, którzy sami nie wiedzą czego chcą. 

Oczywiście nadal należą się brawa za pokazanie uczucia między parą chłopaków. Jednak osobiście bardziej podobał mi się pierwszy film Wasilewskiego "W sypialni". Wszystko tam było dopracowane. Historia, gdzie nic nie wiemy i wielu rzeczy jedynie się domyślamy. Gra aktorska - Katarzyna Herman wspaniała (w odwrocie do roli w "Płynących"), Tomasz Tyndyk też. I ta Warszawa - taka prawdziwa, piękna w swej brzydocie. 


To miał być najbardziej bulwersujący polski film roku. Może dla niektórych nawet był, szczególnie dla fanów kościoła katolickiego i polskich księży. Jednak siedząc w kinie obok dwóch starszych pań nie zauważyłam, żeby były oburzone. Raczej oglądały z przyjemnością mazurskie, wakacyjne krajobrazy. "W imię..." opowiada o uczuciu do Boga, a również do drugiego człowieka. Niezależnie od tego co wyprawia ks. Adam, jest on osobą głęboko wierzącą a jednocześnie bardzo zagubioną. Wiara zdecydowanie nie pomaga mu, właściwie raczej przeszkadza w radzeniu sobie z wewnętrznymi demonami. Rodzina i zwierzchnicy też nie są zbytnio pomocni. Bagatelizują sprawę, a następnie starają się ją zataić. Łatwiej jest udawać, że wszystko jest ok, niż stawić czoło problemowi. 

Bycie duszpasterzem, będąc homoseksualistą, szczególnie na polskiej wsi nie należy do prostych zadań. A jak jeszcze lubi się pracować z młodzieżą płci męskiej i czasem coś wypić, to niebezpieczeństwo ujawnienia tajemnic wzrasta maksymalnie. Niestety, jak widać na postawie tej historii, rzadko uczymy się na błędach. Lubimy je powtarzać, choć prawie zawsze takie sytuacje kończą się podobnie. Chociaż prowadzą do happy endu.

"W imię..." tak naprawdę w małym stopniu film gejowski. Raczej opowieść o słabościach i szukaniu siebie. Wątek romantyczny jest tu prowadzony bardzo delikatnie i subtelnie. A scena seksu nie powinna zbulwersować i zaskoczyć nikogo. Może jedynie na koniec, gdy "Dynia" prawie puszcza oko do widza, jest sugestia: "Ej, jesteśmy wszędzie, nawet w takim kościele, który uznaje nas za ludzi chorych". 

sobota, maja 04, 2013

amerykańskie, czyli nie do końca znane


Literatura, a także seriale amerykańskie są bardzo popularne. Jest to spowodowane głównie tym, że bardzo często łatwo jest utożsamić się z bohaterami zza oceanu. Wyglądają tak samo, mają podobne problemy, rozterki. Nawet ich wymarzone wakacje to Włochy lub Francja, dla tych bardziej szalonych i odważnych Indie. Do moich dodałabym Grecję i Japonię (nadal mam słabość do Shibuya Murakamiego).
Jeśli chodzi o seriale, oczywiście te obyczajowe, wszystko jest swojskie. Nawet w NY moda nie różni się tak bardzo od tej naszej. Jedynie ceny są astronomiczne, ale przecież w lumpach puszczańskich też można znaleźć torebkę Gucci lub marynarkę Mexx'a. I to w jakich promocyjnych cenach!
Schody zaczynają się dopiero przy książkach. Możliwe, że dotyczy to tylko mojej osoby. Chodzi o to, że mam olbrzymie problemy z wizualizacją muzyki w amerykańskich powieściach. O ile w przypadków filmów i seriali nie stanowi to przeszkody, muzykę słychać. Jak mi się spodoba, a nie wiem co to jest, to sprawdzam w necie, wrzucam do youtuba i mam. A tu ups... przecież nie będę co chwilę wyszukiwać w google ulubionych piosenek i zespołów bohatera. Szczególnie, że zazwyczaj czytam w autobusie lub innym miejscu, poza zasięgiem internetowym. I okazuje się, że nie do końca kumam o co chodzi, bo nie znam gustu muzycznego postaci. Dla przykładu: Neil Gaiman tworzy książki, a też komiksy wypełnione dźwiękami. A ja ich w większości nie słyszę! I co zrobić? Chyba pora przestać być leniem i zacząć szukać muzyki, chociaż z drugiej strony rozbije to całą przyjemność czytania. Jakoś nie widzę dobrego rozwiązania.
Obecnie podobny problem mam z najnowszym Eugenidesem. Akcja rozpoczyna się w latach 80, jednak nikt tu nie słucha ówczesnych "hitów", tylko jakieś coś innego. Dodatkowo bohaterowie studiują m.in. teorię literatury, także zupełnie obcą. Miło, że pojawia się przynajmniej znajomy Umberto Eco. Niestety, jak zauważył mój profesor z językoznawstwa, w Polsce nauka języka ojczystego sprowadza się do wzbudzenia patriotyzmu, a nie rozwoju edukacji. I potem nie dziwi fakt, że część społeczeństwa myśli, że Kmicic był bohaterem narodowym! A ja nie znam najszacowniejszych teoretyków, oprócz wspomnianego Eco i polskiego Libery.
Ta Ameryka wcale nie jest taka bliska, jakby się na pierwszy rzut oka wydawało. Nie tylko jest niezwykle płodna muzycznie, to jeszcze system nauczania jest znacznie bardziej ukierunkowany, wyspecjalizowany. Albo tak się tylko wydaje, w końcu nigdy tam nie byłam. 

piątek, sierpnia 07, 2009

True blood


Z nudów, bo obejrzałam wszystkie sezony Supernatural, zaczęłam nowe dziecko HBO.
Jakie było zaskoczenie, gdy okazało się, że serial o durnowatej blondynce ( może wszystkie 25-letnie blondynki są takie?) i zakochanym w niej wampirze okaże się tak wciągający. 12 odcinków w trzy dni! Jeszcze dzień trzeci się nie skończył, a pierwsze odcinki drugiej serii czekają :)
Sama historia miłosna przypomina tą ze "Zmierzchu". Tylko, że to Sookie potrafi czytać w myślach, a Bill nie zawsze jest abstynentem! Na szczęście wampir Bill, choć nie w moim typie, w niczym nie przypomina drewnianego Edwarda-Pattisona! Natomiast Sookie jest nieco podobna do Belli, oczywiście tej książkowej, a szczególnie z "Przed świtem".
(Tak, przeczytałam wszystkie części "Zmierzchu", przecież trzeba być na bieżąco z bestsellerami!)
Czyli nie tylko omdlewa w ramionach ukochanego, ale posiada własne zdanie, często przeklina.

Sookie i Bill to szczyt góry lodowej, w której niższych partiach kryją się o wiele ciekawsze postacie. Nie potrafię jednoznacznie stwierdzić kto w szczególności, bo całe miasteczko Bon Tempsa jest pokręcone. Na początku listy oczywiście znajduje się Jason, Tara, trochę niepozorny Terry oraz prawie 2-metrowy Eric.
Ogólnie cała Luizjana to taka duża Puszcza... mówią z dziwnym akcentem, piją wódkę, szwędają się po cmentarzu. Panuje upał, wszystkim jest gorąco i duszno. W modzie królują minispódniczki oraz kuse bluzki, nagie torsy oraz kowbojki. Pełno tu dziwnych obrzędów ( np. wypędzanie demona pseudo voodoo), część mieszkańców mieszka w lesie, większość nic nie robi lub udaje że coś robi. Połowa gada jedynie o Jezusie ( call from Jesus!), a reszta ma go w dupie. Sami wariaci otoczeni wodą i lasami, chodzący do jedynego baru w okolicy. Dodatkowo wampiry, zmiennokształtni i nie wiadomo co jeszcze. Plus oczywiście tajemniczy morderca uśmiercający młode dziewczęta oraz jedną staruszkę i kota. Każdy ma coś na sumieniu, wszyscy plotkują o wszystkich. Co wieczór spotykają się na piwie. Uroczo! Sielankowo!
Nawet wampiry ( formalne potwory) jakieś takie zaściankowe. Panuje podział na dwa typy wyglądu: bywalców klubów sado-maso oraz świadków Jehowych przesiadujących przed telewizorem.
Niby nic ciekawego, a ogląda się odcinek za odcinkiem i parska śmiechem.