Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miasto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miasto. Pokaż wszystkie posty

środa, lutego 15, 2017

Pocztówki z Barcelony


Trochę na spontanie udaliśmy się w podróż do Barcelony. Decyzja została podjęta podczas listopadowego, rodzinnego wieczoru. Uznaliśmy, że warto przy okazji tanich lotów i darmowego noclegu, udać się do stolicy Katalonii. Początkowo mieliśmy lecieć w czwórkę, ale ostatecznie była nas piątka (team szwagrów nie może być rozdzielany, szczególnie jak namiętnie gra w Hungry Shark!). I tak w styczniowy, śnieżny wieczór znaleźliśmy się na wrocławskim lotnisku. Polska zima nie chciała wypuścić nas ze swych objęć, 2 godziny spędziliśmy w samolocie czekając, aż śnieżyca minie i pas startowy zostanie oczyszczony z pokrywy lodowej. Z takim opóźnienie dotarliśmy do Girony, a tam przywitała nas ciepła noc i pastewny (wg niektórych ośli) zapaszek.
 

Uciekając od zimowej szarówki nagle znaleźliśmy się w słonecznym raju. Owszem po pierwszej euforii przypomnieliśmy sobie, że temperatura 14-15 stopni, to wcale nie upał. Należało zapiąć kurki, zawinąć się w szaliki i nałożyć czapki. Szczególnie dotyczyło to mnie, gdyż podróż (a właściwie czekanie na nią) nadwyrężyły moje siły i przeziębienie wygrało. Starałam się trzymać jak najlepiej, jednak co wieczór padałam ledwo żywa. Co nie zmienia faktu, że pomimo potwornego bólu gardła i smarkania, było warto. Nie tylko dla pysznego wina w baniaczkach oraz cudownego słońca...
 

... morza i miejskiej, prawie pustej plaży. Tu urządziliśmy sobie piknik w przerwie pomiędzy zwiedzaniem. To takie proste by smacznie i konkretnie zjeść. Wystarczą zielone oliwki (obowiązkowo z pestkami), mus z świeżych pomidorów, bagietka, sery i chorizo a do picia wspomniane wcześniej wino. Mniam, mniam, szczególnie jak można podziwiać taki widok. Jedynie uciążliwe są mewy, które zachowują się gorzej niż polskie gołębie.


Barcelona to nie tylko morze, ale także góry. Na szczęście liczne wspinaczki można ograniczyć do minimum. Jak się wie którędy iść, to dostępne są ruchome schody (widoczne na zdjęciu nie prowadzą do nieba, tylko parku Güell, stworzonego przez Gaudiego) lub kolejka linowa. Ach, jak ja kocham podniebne kolejki! My dwukrotnie zastosowaliśmy manewr mechanicznego wjeżdżania i schodzenia o własnych nogach. Uważam, że to najlepsza opcja, zwłaszcza jak się nie chce tracić czasu oraz energii. A schodzenie z górki też wzmacnia i pobudza mięśnie nóg. 
Ogólnie miasto świetnie zwiedza się pieszo, zwłaszcza że komunikacja miejska jest doskonale zorganizowana. Tylko nie liczcie na toalety publiczne, bo te chyba nie istnieją, nawet w fast foodach. Dlatego w wielu miejscach unosi się charakterystyczny zapach moczu. Przypuszczam, że w okresie upałów może być ciężki do zniesienia, zwłaszcza w okolicach gęstej zabudowy. Same wąskie uliczki Dzielnicy Gotyckiej mają mrocznie niesamowity klimat, nawet jak się nie czytało Zafona. Przyjemnie się w nich można zgubić, a na każdym rogu czeka jakaś knajpka, która zachęca do odwiedzin. My poprzestaliśmy na przetestowaniu pierożków i oczywiście piw rzemieślniczych (pochodzących głównie z krajów skandynawskich).


Panorama widoczna ze wzgórza, gdzie usytuowany jest park Güell (czyli w północno-środkowej części miasta). Cudowność! Dopiero z takiej perspektywy widać ogrom stolicy Katalonii. Tyle zieleni, palmy (!!!) i krzyczące zielone papugi. A w dali morze nad którym biesiadowaliśmy dzień wcześniej. Sam park sprawia wrażenie lekko bajkowego, z krętymi ścieżkami i kamiennymi mostami. Gdyby miało się czas i było jeszcze cieplej, można tam spędzić cały dzień. Ogólnie w mieście jest mnóstwo zieleni, gdzie każdy może wypocząć, odsapnąć. Myślę, że w miesiącach letnich jest to zbawienne, choć teraz też miło było się schować przed wiatrem wśród drzew. Posiedzieć na ławce, by dać wytchnienie zmęczonym stopom.


Widok z kolejnego wzgórza, tym razem znajdującego się w południowo-zachodniej części. Wzgórze Montjuic to olbrzymi teren, gdzie umiejscowiona jest m.in. forteca, cmentarz, Ogrody Botaniczne, Stadion Olimpijski, jak również Magiczna Fontanna. Niestety jedynie pobieżnie zwiedziliśmy  niektóre z tych miejsc, do reszty nie zdążyliśmy dotrzeć. Ciemność i głód wzywały nas do centrum. Schodzenie po trasie dawnego toru Formuły 1 jeszcze pobudziło nasz apetyt.
Po tym zdjęciu dopiero widać, że Barcelona nie jest jedynie miejscem turystycznym, ale przede wszystkim jedną z potęg gospodarczych Europy.  Tu widoczny jest niewielki fragment portu, co przyprawia o zawrót głowy. Nie potrafię sobie wyobrazić, ile przeróżnych towarów znajduje się w tych hangarach. I do, lub z jakich krajów wypływają. Tu widać cały świat.


Zwiedzanie miasta, a w szczególności jego najważniejszych zabytków to olbrzymi koszt. Gdy do wyboru jest wejście do Katedry lub wypicie piwa oraz zjedzenie czegoś pysznego, wtedy wybór jest nader prosty. A jak jeszcze przeliczymy euro na złotówki, och można złapać się za głowę. My postanowiliśmy skupić się na plenerach i gastronomii, a nie wnętrzach. Dlatego ograniczyliśmy się do zobaczenia od wewnątrz jedynie Sagrada Familia. Największe osiągnięcie Gaudiego nadal jest w budowie, cały czas od 1883 roku. Planowany koniec prac chwilowo jest zapowiedziany na 2028 (wg wikipedii), ale jak będzie, zobaczymy. W każdym razie robotnicy ciągle się uwijają, a zwiedzający finansują ich pracę. Tak, tak, pieniądze za bilety są przeznaczane na wykończenie budowy, więc tym bardziej można wykosztować się te 15 euro. 


I muszę przyznać, że warto. Jest mega! O ile zazwyczaj tego typu miejsca robią przede wszystkim wrażenie zewnętrzne, tu wnętrze urzekło mnie zdecydowanie bardziej. W przypadku Duomo lub Notre Dame powala piękno budynku, a sam środek z natłokiem obiektów sakralnych  przytłacza i nudzi. Dodatkowo tłum zwiedzających nie pozwala na chwilę wyciszenia. Tu mamy tego odwrotność. Oczywiście obie Fasady są niesamowite, i jednocześnie tak odmienne. Trudno aż uwierzyć, że są częścią tej samej budowli. Kościół, choć cudowny z zewnątrz, dopiero w środku pokazuje geniusz Gaudiego. Ta przestrzeń, te kolumny przypominające drzewa z konarami i witraże przez które wpada światło. Boskie! W takim miejscu można zrozumieć co znaczy kamienny las. Mogłabym tam siedzieć godzinami i gapić się. A jak się tam dźwięk rozchodzi, coś wspaniałego! Wiadomo, że jak zakończą się prace budowlane, to wnętrze też się zmieni. Dlatego warto pojechać do Sagrady zanim stanie się w pełni uczęszczanym kościołem.


Mniam, mniam... owoce morza, świeże owoce morza, dużo świeżych owoców morza.  Zjedliśmy na widocznym zdjęciu małże, które pani uczynnie nam otworzyła. Dziwne, ale ostatecznie dobre. Nikt nie miał odwagi skosztować jeżowca. Muszę przyznać, że nie spróbowaliśmy także słynnej paellii katalońskiej. Za to wieczór, po rajdzie Formuły 1, zakończyliśmy w knajpie z tapasami. Było dużo wina i różnych owoców morza. Wszystkie pyszne, choć niestety ostatecznie niektórych z nas dopadła klątwa faraona. Ale co cię nie zabije, to cię wzmocni, następnym razem nie jemy ośmiornicy! Kocham południe Europy nie tylko za frutti di mare, ale głównie za świeże, wygrzane w słońcu warzywa i owoce. Ach, ta pasta z pomidorów i oliwki!


Selfi z palmą musi być! Nie mówimy żegnaj Barcelona, tylko do zobaczenia. Mam nadzieję, że wkrótce. Bo chociaż nie wzbudziłaś we mnie takiego zachwytu jak Berlin (zabrakło zaskoczenia), to z chęcią odwiedzę cię w cieplejszym okresie i będąc w pełni sił. W pełni spełniłaś moje oczekiwania, a sporo miejsc jeszcze zostało do odwiedzenia. A i koniecznie musimy iść z M na mecz!

poniedziałek, sierpnia 22, 2016

Były sobie pewne wakacje


Dopiero był koniec czerwca i małe wakacje w Puszczy, a tu już minęła połowa sierpnia. Mój wyczekiwany urlop był i po chwili się skończył. Musiałam wrócić do rzeczywistości, choć to jakoś do końca się jeszcze nie udało. Zresztą po co, skoro lato nadal trwa? Co z tego, że w mieście, tu też można wypoczywać i korzystać z plażowania. W zeszłym roku omawiałam wrocławskie i okoliczne kąpieliska oraz ich stałych bywalców. Jakoś tym razem, jeszcze, nie zawitałam w tamte okolice. Jednak w ostatni dzień urlopu wybraliśmy się do Kopalni, której fragment widać powyżej. Muszę przyznać, że miejscówka spełniła moje, dość wygórowane oczekiwania. Jezioro owszem jak bajoro... już dawno pogodziłam się z tym, że nie mogę oczekiwać krystalicznie czystej wody i urzekających widoków. Jednak całkiem sporo tej wody, a dodatkowo teren wokół całkiem pokaźnych rozmiarów. Każdy znajdzie coś dla siebie: plażę z atrakcjami dla dzieci, świeżą trawę lub mini pomosty do leżakowania, a także odludną wyspę. Porządnie wyposażoną strefę gastronomiczną, wypożyczalnię kajaków, a dla spragnionych dodatkowych atrakcji Kopalnia funduje co weekend różne eventy, a nawet nocne imprezy. Ogólnie nie jest źle i na pewno warto odwiedzić to miejsce w upalne, miejskie dni. Szczególnie, że tłumów nie ma, jest czysto i blisko.


Mój osobisty, letni raj - Puszcza, Sajno... tu konkretnie Skowronek, gdzie przez większość dnia masz słońce, w zależności od wyboru plaży. Co wcale nie jest tak łatwe do osiągnięcia nad najcichszym augustowskim jeziorem. Jeziorem, a nie bajorem...  czyli owszem widoczność nie zawsze jest najlepsza, ale to raczej z powodu glonów, a nie mułu. Za to ten krajobraz, wspaniały! Skowronek powoli wraca do lat świetności. Oldskulowy bar znów działa, może bez rarytasów, ale ten widok z tarasu wiele rekompensuje i frytki są! Rowery wodne i kajaki też można wypożyczyć, oczywiście jak się ma szczęście i trafi na kogoś w recepcji, co wcale nie jest takie proste, jak się wydaje. Ogólnie można tu miło spędzić czas, i na dodatek bez atrakcji w postaci motorówek, skuterów i innych silnikowych pojazdów wodnych, których pełno nad Neckiem czy Białym. A i przede wszystkich bez pempuchów. Oczywiście wejście do jeziora zajęło mi jak zwykle trochę dużo czasu. Owszem temperatura wody jak najbardziej zachęcała do zanurzenia. Niestety w odwrocie do temperatury powietrza, która zniechęcała do wynurzania. Dlatego radość nie trwała zbyt długo, ale potem były frytki! 


Nie byłoby lata bez Nowych Horyzontów. Tym razem w wersji na full, czyli z urlopem i karnetem, by w pełni wykorzystać festiwalowy czas. Skończyło się na (tylko) 33 filmach, prawie codziennych wieczorach w Arsenale na koncertach, wielu (och, wielu) kubkach Jamesona, 10 dniach pobudek o 8:15 by zarezerwować wejściówki. Licznych rozmowach o filmach i nie tylko, niespodziewanych spotkaniach i świetnej zabawie. Pięknie dziękuję, nawet za filmy na których ledwo wysiedziałam, a także ten z którego wyszłam. Znów się okazało, że się nie znam, a przynajmniej mam kompletnie inny gust niż ludzie z FIPRESCI. Ale o tym innym razem. Było cudownie, choć czasem bolało!

czwartek, marca 31, 2016

Marcowy wycieczkowy chillout


Muszę przyznać, że praktycznie cały marzec obijałam się kinowo. W szczególności chodzi o wysokiej klasy filmy niedostępne w multipleksach. Choć pewnie niektóre są tam puszczane. Owszem odwiedzałam ukochane NH, ale jedynie w ramach akademii polskiego. Taki teraz czas, że po sezonie oskarowym następuje chwilowy zastój i niewiele się dzieje. Można nieco odpocząć, wyłączyć przegrzane szare komórki. Oczywiście także nadrobić zaległości lub w moim przypadku nawet zawitać do multipleksu na zabawę dla mas (ale bez popcornu). Dokonałam tego aż dwukrotnie w przeciągu 4 dni w dwóch różnych miastach! Muszę przyznać, że ogólnie nie jest najgorzej. Jednak smród przypalonego popcornu, a w szczególności ten ciąg durnowatych reklam jest przytłaczający. Za drugim razem byłam już lekko podirytowana pakietem sponsorskim i z utęsknieniem wspomniałam NH czy DCF. No, ale gdzie indziej miałam obejrzeć "Deadpoola"?
Poza lenistwem kinowym udzieliło mi się również lenistwo imprezowe. Jak mogło by inaczej skoro w większość weekendów  przebywałam poza Wrocławiem. Bycząc się na "stosiowej" kanapie z pakietem krówek pod ręką, podziwiając pejzaże wałbrzyskie lub ładując akumulatory i garderobę w Puszczy. A wszystko z kolejnymi lekturami w dłoni. 
I właśnie tego było mi trzeba! Nadrobiłam gigantyczne zaległości książkowe, spotkałam kochane osoby, formalnie odpoczęłam. Dlatego z czystym sumieniem zamówiłam karnet na NH i znów (po latach) w pełnym pakiecie będę mogła zanurzyć się w kino artystyczne. Możliwe, że to ostatni raz, zobaczymy.
Jedynymi istotami niezadowolonymi z moich wycieczek były dwa łobuzy pozostawione pod opieką G. W ramach rekompensaty cały praktycznie kwiecień przesiedzę w mieście. Chodząc do kina, na party i planując co, gdzie i jak. Czyli dla odmiany miejski kwietniowy chillout. 

niedziela, stycznia 17, 2016

Resetowanie i odwyk


Szarość, mgła, ponuro. Wypadałoby zapaść w sen zimowy i obudzić dopiero gdy aura będzie bardziej sprzyjająca. W takiej pogodzie tylko wszelkie wirusy, bakterie i inne zarazki mają high life. Nic nie stoi na przeszkodzie, by się rozwijać i atakować bezbronne ludzkie organizmy. Dlatego w takie dni nie ruszam się z domu. Koty też nie mają ochoty na szaleństwa, wolą cały dzień wylegiwać się i drzemać.
Bronię się z całych sił, ale na poprawę chwilowo nie liczę. Znów wciągam kolejne filmy, nadganiam zaległe odcinki seriali. Tylko przyjemności jakoś w tym mniej, gdzieś wyparowała. Pora na odwyk lub przynajmniej zminimalizowanie nadmiernych treści. Mózg ostatnio nie przyswaja ich prawidłowo, czyli należy przystopować. Przestawić się z obrazu i dźwięku na słowo pisane. Mam tyle książek do nadrobienia, że aż jest mi wstyd. O maszynie do szycia i planach wykrojów nawet wolę nie wspominać...



"Co za dużo, to nie zdrowo", święta prawda, nawet jeśli (niestety) dotyczy filmów i innych przyjemności. W pewnym momencie, w celach zdrowotnych, należy przystopować i ograniczyć wszelkie używki. Ostatecznie przestawić na inne. W końcu jakieś uzależnienia trzeba posiadać. Dlatego oficjalnie staram się oglądać maksymalnie jeden film dziennie. Zbliża się czas oskarowy, więc nie mogę kompletnie zerwać z nałogiem, bo potem będzie ciężko trzymać normę. Za to dużo czytam, ale też w granicach rozsądku. Koty też preferują słowo drukowane, bo uwielbiają układać się na wszelkich kartkach i książkach rozłożonych w pokoju. 


środa, stycznia 06, 2016

Było, minęło... zima


Była zima, nie ma zimy. Sypał śnieg, pada deszcz. Piękny, jasny, śnieżny krajobraz miasta znów poszarzał. Tylko lód na chodnikach w niektórych miejscach pozostał, by karać nieostrożnych, śpieszących się przechodniów. Ale przynajmniej trochę zimy było! W zeszłym roku nie dostąpiłam we Wrocławiu zaszczytu spaceru wśród białych zasp. Bycie grzeczną w Sylwestra opłaciło się. Ranna pobudka w Nowy Rok, bez kaca i innych klasycznych niedogodności, a do tego ten wspaniały widok za oknem. Wreszcie chciało się wyjść z domu! Zamiast siedzieć z książką lub oglądać kolejny film. Szczególnie, że po świętach wprowadziłam lekki odwyk, jeśli chodzi o to drugie. Oczywiście sporo czasu zajęło samo wyjście, trzeba było odnaleźć traperki, odpowiednią kurtkę, czapkę itd. Do tego grube, zimowe skarpety za kolano. Nie popadłam, aż w taką euforię, by po jednym zimowym spacerze skończyć chora w łóżku. Po tych wszystkich przygotowaniach byłam wreszcie gotowa, by spędzić w okolicznym parku jakieś 40 minut. Wiem, wiem, szykowałam się jak na wyprawę, a moje wyjście można ledwo spacerkiem nazwać. Oczywiście w "puszczowych" standardach. Jednak zrobiłam rundkę po ścieżkach, a nie było łatwo, bo ciągle wpadałam w poślizg. Strzeliłam kilka fotek (jak widać), choć ręce mi zamarzały, a telefon też nie miał nastroju na współpracę. Dotleniłam się, nacieszyłam śniegiem i mrozem, więc spełniona mogłam z czystym sumieniem wrócić do ulubionych, leniwych, domowych zajęć.


Mój noworoczny spacerek trwał dokładnie tyle ile powinien, gdyż pomimo chwilowego zachwytu śniegiem, tak naprawdę to ja nie przepadam za zimą. Nie lubię mrozu, śliskich chodników, brudnego śniegu, który przykleja się do butów. I jeszcze ta wszechogarniająca wilgoć! We Wrocławiu to marna przyjemność na dłuższą metę. Już po jednym dniu opadów śniegu w niczym nie przypomina wspaniałej (na 100% wyidealizowanej przez moją wyobraźnię i nostalgię) zimy w Puszczy. Tak, tak, nie ten klimat co tam, mniejsze zanieczyszczenie środowiska, inny krajobraz. A przecież tam też chodniki są oblodzone, śnieg brudny, a mróz o wiele większy. Tylko, że z nostalgią nie wygram. Zawsze będę twierdzić, że w Puszczy w zimę niebo jest błękitne i świeci słońce. Temperatura jest niższa, ale odczuwana inaczej (do tej pory nie pojmuję jak mogłam chodzić w martensach w takie zimno!). Cóż zawsze dzieciństwo wydaje się lepsze niż dorosłość, choć gust modowy miałam wtedy nie najlepszy.


Były święta i po świętach. Praktycznie poznikały już wszelkie ozdoby związane z Bożym Narodzeniem. A trzeba przyznać, że z roku na rok pojawiają się coraz wcześniej. Potem nie dziwne, że wszyscy czekamy na śnieg w połowie listopada, skoro na mieście królują choinki. Niewielu pamięta, że kalendarzowa zima rozpoczyna się w drugiej połowie grudnia, a listopad z założenia powinien być bury i szary. Może dlatego tak bardzo chcemy go rozweselić świątecznymi świecidełkami i jak najszybciej przegonić. Osobiście raz na jakiś czas potrzebuję schować się w ponurości. Mieć chwilę na przemyślenia, refleksję, chandrę. Za nim dam się wkręcić w grudniowe szaleństwo, które męczy o wiele bardziej. Wtedy nie ma czasu, by schować się pod kołdrę i zająć się nicnierobieniem. 

poniedziałek, listopada 09, 2015

Współczesne USA w ramach AFF

Skończył się październik, skończył się American. Czyli pora powrócić do polskiej, wrocławskiej rzeczywistości, codzienności. Chodzenia do kina raz w tygodniu (i Akademii Polskiego Filmu), teatru raz lub dwa razy w miesiącu w zależności od repertuaru, przy okazji jakiś koncert i wypady do Szamba. Normalność... ale gdzieś z tyłu głowy nadal tkwią najnowsze amerykańskie perełki.

 

Jak wspomniałam w poprzednim poście, obejrzałam jedynie (a może aż) 18 filmów. Z jednym wyjątkiem ("Córki pyłu"), bardzo dobrych i wartych polecenia. Właśnie zapadających w pamięć i dających do myślenia. Część utrzymana w lekkim, ironicznym tonie, pokazująca wchodzenie w dorosłe życie. Oczywiście ta dojrzałość nie do wszystkim przychodzi w tym samym czasie, niekiedy dopiero po 30 ("Mistress America", "Nie igraj z ogniem") lub wręcz po 60 ("Franny"). Zawsze jest bolesna, ale ostatecznie pozytywna i rozwijająca. Z wartych polecenia, prawdopodobnie wkrótce dostępnych w kinach, są biografie: "Eksperymentator" oraz "Love&Mercy". Historia lidera The Beach Boys, który przez lata walczył z chorobą psychiczną, a jednocześnie był kompletnie zależny od swego lekarza-tyrana została świetnie zagrana. A do tego ta muzyka, amerykańskie kino pierwszej klasy! "Eksperymentator" to opowieść o psychologu eksperymentalnym Stanleyu Milgramie, który próbował badać zachowania ludzkie. Interesowało go przede wszystkich, dlaczego ciągle dochodzi do takich zbrodni jak Holokaust i inne ludobójstwa, wyniki były tak przerażające, bo zostały całkowicie zbojkotowane przez opinię publiczną i środowisko. Oprócz jak zwykle świetnego Petera Sarsgaarda, cieszy dawno niewidziana Winona Ryder. 
Bardzo popularnym tematem są jak zwykle amerykańskie nastolatki, co widać także w hollywoodzkim nurcie. Kompletnie to nie dziwi, szczególnie, że są główną grupą odbiorców kina i telewizji. Temat niezwykle zróżnicowany a jednocześnie za każdym razem popadający w ten sam schemat - odludek (nie jest ważna płeć) nagle odkrywa supermoc (niekoniecznie dosłownie) i zdobywa dziewczynę/chłopaka a przede wszystkim poznaje siebie. Jest gotowy by ruszyć w wielki świat i żyć, a nie tylko trwać. W tym klimacie utrzymane są: "Dope", "The Diary of a Teenage Girl", "Earl i ja, i umierająca dziewczyna". Inaczej opowieść układa się w "Nedzie Rifle", ale tu mamy za sterami Hala Hartleya, a on zawsze wszystko robi poza schematem i nie trzyma się znanych reguł oraz ścieżek. 
Nie byłabym sobą, gdybym nie zobaczyła kilku filmów z kategorii LGBT. W dwóch przypadkach spodziewałam się klasycznych wątków, motywów, a zostałam mile zaskoczona. W "Bachorze" bynajmniej nie chodziło o posiadanie/spłodzenie dziecka, lecz o życie w wielkim mieście, gdzie problem tolerancji nie dotyczy tylko orientacji seksualnej i mniejszości kulturowych. Jak łatwo stać się współtowarzyszem zbrodni, szczególnie gdy ofiarą jest osoba aspołeczna, której nikt nie lubi i za którą nikt nie będzie tęsknił. Gdzie w codziennym życiu jest miejsce na wyrzuty sumienia? "Kim jest Michael" bazuje na faktach, uświadamia jak wiele jesteśmy wstanie sobie wmówić, by wytłumaczyć własne, nielogiczne, szalone postępowanie. Szukając siebie bohater krzywdzi wszystkich, którzy go otaczają, kochają. Bóg jest doskonałą wymówką przed wyrzutami sumienia, skoro postępuję według jego zaleceń, to sam jestem niewinny. Z kolei "Mandarynka" to zupełnie inna bajka. Banalna na pozór opowieść o współczesnych księżniczkach szukających miłości lub/i zemsty nakręcona w całości komórką (!). Sin-Dee (aka Kopciuszek) wraz ze swoją bestfriend są transseksualistami, oglądamy jeden dzień z ich życia w mało przyjaznym mieście Aniołów, gdzie bardzo trudno o happy end.Ale jak by nie było źle, z nimi impreza jest przednia.
Z wszystkich obrazów najlepsze okazały się dokumenty, ale o nich osobno. Napisanie tylko dwóch zdań byłoby niedosytem i zbrodnią, podobnie jak w przypadku "Jamesa White'a". Ten film na długo zapadnie mi w pamięć, więc przy innej okazji się na ten temat rozpiszę. Co do "MA" nie mam do końca opinii, chyba jeszcze nie przetrawiłam tego filmu. Możliwe również, że zwyczajnie nie kumam biblijnego performance'u, jak było w przypadku nieszczęsnego "Lucyfera". W tym przypadku nie było źle, ale dobrze raczej też nie.


Te wspaniałe, choć wykańczające 5 dni minęło jak moment. Teraz muszę czekać na następny październik i już 7 edycję AFF. Do obejrzenia mam niewidziane: "Carol", "Efekty", "Zabierz mnie nad rzekę" oraz najnowszą wersję "Steve'a Jobsa". Tylko jeszcze nie wiadomo kiedy, bo daty premier nie są znane. Zdaje się, że obecnie cały świat czeka na nowe "Gwiezdne Wojny". 

sobota, października 31, 2015

Na co się zdecydować, czyli festiwalowy październik

Coraz bliżej do 2016 roku, czyli czasu gdy Wrocław stanie się Europejską Stolicą Kultury. Prace remontowe w centrum powoli się kończą lub przynajmniej udają, że zbliżają się do finiszu. Jedna impreza kulturalna goni drugą, aż niekiedy trudno się połapać co w danym momencie jest warte zobaczenia, usłyszenia... Mam wrażenie, że nawet organizatorzy poszczególnych festiwali nie są na bieżąco w wydarzeniach odbywających się w mieście. Doskonałym tego przykładem było przesunięcie tegorocznej edycji Dialogu, że praktycznie pokrywała się z Americanem.


Jako fanka kina amerykańskiego prezentowanego na AFF nie miałam problemu z podjęciem decyzji, który karnet muszę kupić. Jednak przez nałożenie się terminów filmowych i teatralnych zobaczyłam tylko dwa spektakle. Jeden jeszcze przed urlopem i Americanem, a dla "Francuzów" Warlikowskiego poświęciłam dwa piątkowe seanse. W sobotę również zrezygnowałam z dwóch filmów, by zaprezentować własny projekt na Horror Day i następnie wybawić się (wreszcie!) w klubie festiwalowym. Oczywiście do tego doszedł mój standardowy problem ze wstawaniem na poranne obrazy, tylko raz zwieńczony zwycięstwem. Ostatecznie zobaczyłam 18 filmów, ale o tym napiszę osobno. To było świetnych 5 dni i odpowiednio wydane pieniądze.
 

W kwestii wydatków kulturalnych także "Szepty i krzyki" były strzałem w dziesiątkę. Holenderski spektakl był doskonały, nowatorski (premierę miał w 2009), a przede wszystkim bardzo odważny i działający na emocje. Nie epatował nagością jak obecnie znaczna część przedstawień oglądanych we wrocławskim Teatrze Polskim, a także nie trwał przesadnie długo (jedyne 100 minut). Ukazywał skrajne wycieńczenie chorobą oraz próby radzenia sobie z bezsilnością. Uświadamiał, że niekiedy najbliższymi, najczulszymi i wyrozumiałymi okazują się osoby obce, a nie te z którymi łączą nas więzy krwi. A niestety na koniec i tak zostajemy sami z własnym cierpieniem oraz śmiercią. Sam akt umierania został zaprezentowany fenomenalnie. Wykorzystanie kamer oraz powiększających ekranów nie było pustym elementem scenografii, raczej dodatkowo uwypukliło emocje bohaterki. Przecież dla artystki śmierć to także performance, jedynie z tą różnicą, że już ostatni. 

Niestety za wiele dobrego o "Francuzach" nie mogę napisać. Za długi, miejscami nudny i nieciekawy, a co gorsza zbyt dosłowny i przewidywalny.  Wysiedzenie na stadionowym krzesełku przez 270 minut jest ciężkim przeżyciem, nawet przy mojej filigranowej budowie. Szczególnie, że spektakl spokojnie można było skrócić o 60-90 minut. Czy każdym aktor musiał mieć własny monolog? Koncert na wiolonczelę sam w sobie interesujący, tu był jakby upchnięty na siłę, podobnie jak ostatni występ Rachel-Fedry. Owszem tematyka bardzo na czasie - przemiany społeczne zachodzące w Europie są obecnie bardzo trendy i każdego z nas w jakimś stopniu dotyczą. Jednak sposób zaprezentowania pozostawiał wiele do życzenia, w kwestii wizualnej, jak również niestety aktorskiej. "Anioły w Ameryce" wspominam z nostalgią, natomiast o "Francuzach" mogę zapomnieć. Szkoda, bo miałam dużo większe oczekiwania. Na kolejną edycję poczekam do 2017, a wkrótce zobaczę nowość Teatru Polskiego - Media Medeę.

niedziela, sierpnia 16, 2015

Smażing w mieście


Pogodę mamy mocno w klimacie południowym, więc siedząc w mieście każdy próbuje jakoś się schłodzić. Jedni zostają w domu przy wiatrakach, inni spędzają czas nad jakąś wodą lub w galeriach gdzie szaleje klimatyzacja. To ostatnie wkrótce może nie będzie możliwe, bo Krajowe Pogotowie Energetyczne zaczyna wprowadzać ograniczenia dostaw energii. W praktyce oznacza to, wyłączenie schodów ruchomych czy części świateł w lokalach a także zminimalizowanie użycia klimatyzacji. Może pora wprowadzić sjestę? 


Na miejskich kąpieliskach, typu Morskie Oko czy Glinianki rządzą mieszczuchy. Odmiana pempuchów, którzy nie wyjechali na wakacje i wolne chwile spędzają przy najbliższym zbiorniku wodnym. Z racji, że raczej nie pracują, więc praktycznie oblegają swoje legowiska cały dzień. Znajdują się na wg nich własnym terenie, dlatego uważają, że wszystko im wolno. Z królów podwórek zmieniają się we władców koca i ręczników, zatruwając innym życie. Typowe zachowania: krzyki i wrzaski, przekleństwa w formie przecinka, walające się śmieci, dym z papierosów i grilla, biegające dzieci. Na zdjęciu przykładowo widać klasycznego mieszczucha, który zabiera się do  rozpalania grilla przy skrzynce z wysokim napięciem. Myślę, że lepszego miejsca nie mógł wybrać! Co z tego, że są wydzielone strefy gdzie można rozstawić grille z dala od wszelkiego zagrożenia. Ale co on będzie się przejmował. Niby jego plaża, ale nie on odpowiada za sprzątanie a tym bardziej gaszenie pożarów. Jestem ciekawa czy pożary traw w Świniarach nie miały początku przy jakimś grillu. 


Mietków, a konkretnie zalew Borzygniew, pół godzinny jazdy autem od Wrocławia. Tu mieszczuchy zmieniają się w pempuchów. Formalnie nie znajdują się na swoim terytorium, ale uważają że skoro mają wakacje to tym bardziej wszystko im się należy. Czyli jak powyżej, grillowanie na plaży by inni dusili się w dymie ich karkówki. Dodatkowo wszelkie piaskowe i wodne zabawki rozrzucone, by chodzenie zmieniło się w slalom. O kawałkach szkła ukrytych pod piachem oraz petach nie wspominając. Wśród plażowiczów znajdują się także lokalsi, czyli mieszkańcy okolicy. Zazwyczaj zajmują najlepsze, często odosobnione miejscówki. Z lekką pogardą patrzą na przyjezdnych, ale część z nich pod względem mentalnym spokojnie można by było zaliczyć do mieszczuchów. Mają nad nim jednak przewagę, gdyż doskonale znają własną okolicę. Wiedzą gdzie należy rozłożyć koce, by nikt im nie przeszkadzał a nadal mieć słońce. W którym miejscu zejście do wody jest łagodniejsze i mniej muliste. To prawdziwi królowie plaży. 


Wiem, wiem... ale nie mogłam się powstrzymać. Jak można w czymś takim paradować po plaży? To, że facet kompletnie nie ogarnia dress codu jakoś nawet mnie nie dziwi, ale jego partnerka? Serio, jak ona mogła zgodzić z nim wyjść? Tego nawet nie można zaliczyć do kategorii slipek. Gaciory, bo inaczej nie można tego nazwać wyglądają koszmarnie. Aż dziwne, że mu nie spadają. Jednak na plaży wskazane są kąpielówki typu bokserki lub spodenki. Chyba, że ktoś koniecznie chce zostać anty-gwiazdą wakacji. 


Zalew tuż przed burzą. Chmury tak gęste, że nie widać Ślęży. Cóż, to był tylko chwilowy przerywnik, który niewiele wpłyną na upał. Choć narzekam, to i tak cieszę się, że mam w okolicy kilka miejsc gdzie można choć na minutę schłodzić się w wodzie. Oczywiście nie jest to Puszcza z czystymi jeziorami, gdzie mogę nurkować do woli. Tu odradzam jakiekolwiek moczenie głowy, zresztą widoczność jest zerowa. Nadal lepsza jakaś woda niż żadna. Ciekawe jak wyglądają inne okoliczne zbiorniki, po tylu latach wreszcie nadeszła pora by się z nimi zapoznać.

niedziela, sierpnia 09, 2015

Jak żyć (po festiwalu)?


To był 15 festiwal, chyba 10 we Wrocławiu. Wiele się przez te lata zmieniło i coraz częściej słychać głosy wspominające dawne czasy z nostalgią. Jakiś czas temu zrezygnowałam z kupowania karnetu (praca, pieniądze, starość) i przyznam, że właściwie nie żałuję. Wolę wcześniej mieć bilety na konkretne filmy niż potem się wkurzać, że na coś się nie dostałam. Pobudka rano, by zalogować się do systemu jest dla mnie nieosiągalna. I tak poszłam po 10 latach po mądrość do głowy i nie rezerwuję porannych seansów. Od wieków nie udało mi się wstać na film o 9.45, więc koniec z marnowaniem pieniędzy i zajmowaniem miejsca. Przyznam, że nieco brakuje mi opcji możliwości zwrotu biletu. Czasem zdarzają się sytuacje kryzysowe i miejsce się marnuje, zamiast być przez kogoś wykorzystane.
Jak się okazało w tym roku, także bilety na "hity" należy kupować jak tylko się pojawią w sprzedaży. Dostanie ich gdy trwa festiwal raczej graniczy z cudem. Szczególnie, że sporo biletów dostają pracownicy różnych firm sponsorskich. To oni, a nie fani kina bez karnetów, zasiadają na seansach wieczorami oraz w weekendy. Jak dobrze, że przynajmniej do 17 "korpo" musi pracować i budynek kina jest od nich wolny. Co prawda, raczej nie chodzą na filmy konkursowe a tym bardziej dokumenty. Chyba, że film zostanie polecony przez znajomych lub jakieś guru (R. Gutek, Newsweek, itd). Oni preferują panoramę i znane nazwiska.


Klub festiwalowy powoli wraca do dawnej formy. Codziennie koncert, a nie tylko DJ jak w zeszłym roku. Jest widoczna poprawa, co mnie bardzo cieszy. Na zdjęciu koncert Pustek, gdzie mogłam poskakać i pobujać się. Ponownie spędziłam w Arsenale większość wieczorów przez te 10 dni. Nie było to szczególnie trudne, mając właściwie codziennie minimum jeden film lub bilet na koncert. Tylko pokazy na rynku wypadły z mego planu dnia. Nie było tam za wiele ciekawego, szczególnie że praktycznie wszystkie propozycje widziałam wcześniej.
Generalnie obejrzałam 11 obrazów. Tylko na jeden nie wstałam, co jest znacznym postępem. Zobaczyłam tylko 3 filmy konkursowe, jakoś większość opisów mnie odrzucała. Ale o dziwo trafiłam na 2 najważniejsze! "Lucyfera", którego wolę nie komentować, bo bardzo mnie zmęczył i kompletnie nie kumam decyzji jurorów. Tym bardziej jak podali dlaczego zgarnął główną nagrodę. Uważam, że był nudny i banalny, ale pewnie się nie znam. Za to "Widzę, widzę" było bardzo dobre (choć nie wybitne), trzymało w napięciu i kompletnie zaskoczyło na koniec. Nie dziwię się, że większość publiczności głosowała na ten tzn. horror. A Ci co wyszli przed końcówką niech żałują! Podsumowując z 11, 3 były bardzo słabe (wspomniany "Lucyfer", "Wideofilia" - też konkursowy), na jednym było mi niedobrze, inny rozśmieszył, 4 były smutne ale dobre, horror pozytywnie zaskoczył, a śluzowce to opowieść na osobnego posta.
  

Podążając za modą, zamiast festiwalowej torby mamy plecaczek z ekoskóry i płótna. Wygodny, gdy nie masz w nim za dużo rzeczy. Odpowiedni lans jest. Oczywiście do tego karnet na szyi by było wiadomo, że jesteśmy fanami i bywalcami. Najlepiej mieć jeszcze śmierdzącą (jednak 3 tygodnie noszenia) bransoletę z Openera. W końcu nie tylko kinem człowiek żyje. Na lunch wybieramy się do jednej z okolicznych knajp. Wszyscy festiwalowicze starają się dotrzeć tam jak najszybciej, by zdążyć zjeść i wypić przed kolejnym seansem. Zresztą trzeba się pokazać na mieście. Także na plaży, a nawet (dla odważnych i wodoodpornych) zaliczyć przejazd na desce. Wtedy oficjalnie możemy opierdalać innych, że nie znają zasad festiwalowych i zajmują nasze "zarezerwowane" miejsca na pełnej sali. Co z tego, że nie wiemy, że kiedyś festiwal nazywano w zdrobnieniu "Era", a Cieszyn znamy jedynie z Street View. W końcu za nasz karnet zapłacili rodzice. Powiedzieliśmy im, że na Nowych Horyzontach musimy być, bo tam będą "wszyscy". Lans i szpan ponad wszystko.


Dancing shoes. W Arsenale (dla niektórych Arsenalu) najlepiej sprawdzają się buty na elastycznej, mocnej podeszwie. Można w nich skakać na deskach parkietu, biegać po trawie między leżakami i wędrować po kostce brukowej po Jamesona lub bułę. Należy tylko uważać na mostku, szczególnie jak wcześniej padał deszcz. 

Jak zwykle gdy wyszłam z ostatniego seansu dopadła mnie melancholia. Co teraz? Co robić z nadmiarem wolnego czasu? Jaki film wchodzi do kin, który warto zobaczyć? Nadeszła pora powrotu do codzienności i normalności. I czekania na Americana, którego zdecydowanie faworyzuję i preferuję.

piątek, lipca 31, 2015

Miasto widmo - Detroit

Miasto, które było żywym wizerunkiem "amerykańskiego snu" obecnie bardziej przypomina "amerykański koszmar". Rzadko pojawia się na ekranach kin, a jeśli już to jest pesymistycznym i depresyjnym tłem. Niedawno wpadła mi w ręce książka Charliego LeDuffa "Detroit. Sekcja zwłok Ameryki". Właściwie jest to zbiór esejów reportera, który po latach wraca do swego rodzinnego miasta i próbuje w nim znów żyć. A może by użyć właściwego słowa, stara się przetrwać. Autor z całych sił stara się by poszczególne historie nie były za bardzo drastyczne i dołujące. Niestety na każdej stronie opisuje kolejne tragedie mieszkańców. Zniszczenie, które ciągle postępuje. Miastem rządzą debile, dla których liczy się tylko kasa. Większość społeczeństwa to niewykształceni ludzie, uzależnieni od alkoholu, narkotyków a także przemocy. Centrum Detroit to widmowe miasto, opuszczone fabryki, drapacze chmur. Ludzie mieszkają na przedmieściach, w domach kupionych na kredyty, których nie mają za co spłacać. Co chwilę jakiś dom staje w płomieniach, ktoś ginie. LeDuff nie jest biernym obserwatorem, jest obywatelem miasta. Zaprzyjaźnia się z drużyną strażaków, opłakuje bliskich, próbuje pokazać korupcję i zdegenerowanie. Walczy z systemem, ale też ma chwile zwątpienia. Wspomina, że kiedyś było lepiej, a jeszcze wcześniej było wspaniale. Choć tego akurat sam nie pamięta, nie było go jeszcze na świecie. A przecież Detroit było dla tysięcy imigrantów z Europy samospełniającym się marzeniem. To tu dziadkowie Stephanides (Jeffrey Eugenides "Middlesex") uciekli ze zniszczonej Grecji, by stworzyć nowe życie. Henry Ford i inni przemysłowcy dawali nadzieję na sukces. Obecnie firmy motoryzacyjne są utrzymywane z podatków. Zarząd lata prywatnymi samolotami, by prosić o kolejne pożyczki. Nie ma pieniędzy na pensje pracowników, więc produkcja jest przenoszona w tańsze rejony świata. Puste fabryki straszą nawet w dzień, ale przecież prezesi nie mieszkają w umierającym mieście. 




Kadr z "Tylko kochankowie przeżyją". Jakie inne miejsce na świecie byłoby tak idealne dla kilkuset letniego wampira z depresją? Dom na opuszczonych przedmieściach, gdzie pojawiają się jedynie dawno wymarłe porosty a kanalizacja od zawsze nie działa. Na szczęście jej wampir nie potrzebuje. Za to krew nie stanowi problemu, gdy się zna odpowiedniego doktora w obskurnym szpitalu. Ukochaną można zabrać na przejażdżkę po zniszczonych fabrykach, wyglądających jak stare świątynie. A przypadkową ofiarę utopić w kanałach, gdzie stężenie chemikaliów jest tak duże, że w ciągu chwili rozpuszcza nawet ludzie kości. W Detroit nikt nie zwraca uwagi na istoty w ciemnych okularach i skórzanych rękawiczkach, które siedzą przy stoliku w rogu. W tym mieście każdy jest dziwny, inaczej dawno by uciekł.

 
"Coś za mną chodzi" - horror, który zrywa z obecną tendencją do nadmiernego rozlewu krwi i innych płynów wewnętrznych. Nazywany nowatorskim, świeżym. Z niewielkim budżetem, nie najgorszą fabułą oraz młodym zespołem. Prosta historia, która trzyma w napięciu (choć miejscami jest przy długa), a nawet momentami potrafi wystraszyć. I Detroit jako tło! Sielankowe przedmieścia, gdzie powoli widać degradację i postępujące zniszczenie. W basenach pływają liście, których nikt nie wyławia. Co raz więcej domów stoi opuszczonych, a uliczki straszą pustką. Całkiem blisko przebiega niewidzialna granica, gdzie dzieciaki nie powinny się zapuszczać. Jest tam niebezpiecznie. W fabryce, gdzie dochodzi do zarażenia głównej bohaterki graffiti znika pod roślinnością. Piękny ceglany, zamknięty basen popada w ruinę. Dlatego jest idealnym miejscem by pokonać skradające się zło. Czy jednak da się zwyciężyć ze śmiercią? Jak widać miasta też mogą umrzeć.
 


Przyznam, że "Lost river" jest o Detroit i o niczym więcej. Oczywiście to moja  opinia, bo może czegoś nie załapałam. Gdybym nie przeczytała książki LeDuffa, nawet to nie byłoby dla mnie jasne. Jednak w filmie przewija się za dużo podobnych motywów, by Gosling umieścił je przypadkowo. Pokazane są w nieco surrealistyczny sposób, ale mocno nawiązują do obecnej rzeczywistości. Pożary, wyburzenia domów, przyroda przejmująca kolejne fragmenty miasta, bezsilność przeciętnych mieszkańców, wspominanie czasów świetności, korupcja... I w tym wszystkim mamy matkę z synami, która nie ma dokąd uciec. Zadłużony dom, to jedyne co posiada. Może Rat ma rację, że ktoś rzucił klątwę na Detroit. Miasto, które w połowie XX wieku rozrastało się i pochłaniało kolejne miejscowości, obecnie zapada się w sobie. Woda i ziemia odzyskują dawno zabrane terytoria. Człowiekowi pozostaje bierność, marazm lub ucieczka. Ulicami rządzą zwierzęta, niektóre nawet z zewnątrz przypominają ludzi.

sobota, maja 16, 2015

Milano Italiano - weekend na spontanie

MIASTO


Widok z samolotu, prawdopodobnie Bergamo. Powoli po lekkich turbulencjach zbliżaliśmy się do lądowania. Jeszcze tylko godzinna podróż autokarem z bandą Duńczyków i docieramy na dworzec centralny w Mediolanie. "Mysim zmysłem" trafiamy na odpowiedni przystanek autobusowy i zaczynamy podbój drugiego największego po Rzymie miasta we Włoszech.


W Mediolanie nie czuć typowego południowego, włoskiego klimatu. Wyglądem przypomina raczej Kraków lub inne europejskie wielkie miasto. Z tą różnicą, że jest tam bardzo czysto. Nawet murali i innych ściennych napisów jest mało. Mediolańczycy mają lekkiego fioła na punkcie segregacji śmieci i widać to na każdym kroku. Na ulicach i w parkach nie zobaczysz papierków, butelek i innych syfów, których pełno jest u nas. Śmietniki stoją na każdym rogu, w publicznych miejscach znajdują się różne pojemniki na odpowiednie odpady. A domowa segregacja jest na mega zaawansowanym poziomie, aż czasem nie wie się z którego worka należy skorzystać. Przyznam, że fantastycznie chodzi się po mieście, gdzie nie trzeba ciągle uważać na śmieci lub psie kupy na chodnikach.


A propo psów, tych też jest pełno. Oczywiście nie chodzi mi o biedne, bezdomne mieszańce. Jak przystało na włoską stolicę mody, w większości rasowe czworonogi spacerują na smyczach ze swoimi właścicielami praktycznie wszędzie. Nawet uczestniczą w zakupach w sklepach - możliwe że pomagają wybrać odpowiednią sukienkę lub krawat. Wydaje mi się, że nie widziałam żadnego osobnika w kagańcu, choć owszem wszystkie były na smyczach. Generalnie posiadanie psów w kraju, gdzie sjesta trwa od 15 do 18 jest o wiele prostsze. Nie ma się wyrzutów sumienia, że zostawiamy pupila na cały dzień w domu. W ciągu dnia możemy spędzić z nim czas, wyjść na zewnątrz. A widząc, że nie ma zakazu wpuszczania psów do sklepów, podejrzewam że w niektórych firmach można zabrać zwierzę ze sobą do pracy. Choć nie wiem czy gdziekolwiek na świecie istnieje taki zwierzęcy raj.


Południowy styl życia to siedzenie w parku, knajpach lub knajpach w parku. Picie wina, piwa jest w pełni legalne. Zaznaczmy, że nikt się nie upija, a osoby śpiące na ławkach są normą nikogo niegorszącą. Bo przecież jest gorąco, słonecznie, więc każdemu należy się chwila wytchnienia w cieniu przy zimnym drinku. Miasto w weekend, poza strefą turystyczną zamiera. Ulice są opuszczone, jedynie od czasu do czasu widać jakiegoś człowieka. Gdzie są wszyscy, w domach? Nie, siedzą w parkach - których w Mediolanie jest całkiem sporo.  Wypoczywają, rozmawiają, bawią się, ćwiczą i biegają. Nie zależnie od wieku mnóstwo osób, szczególnie mężczyzn biega. A wieczorami sączą drinki, zagryzając przekąskami w parkowych knajpkach.




ZWIEDZANIE - ZABYTKI, SZTUKA, DESIGN, JEDZENIE, MODA


Włoski styl życia, czyli reklama pieczywa i kiełbasy na największym zabytku miasta - katedry Duomo. Zresztą reklamy mięsiwa towarzyszyły nam na każdym kroku, gdyż niepodzielnie rządziły w komunikacji miejskiej. Wiadomo Włosi lubią dobrze zjeść. Nie bez przyczyny wystawa Expo 2015 poświęcona jest "żywieniu planety, energii dla życia" odbywa się właśnie w Mediolanie. Na nasze szczęście z przeciwnikami wystawy rozminęłyśmy się o tydzień i w mieście było już spokojnie, choć policje widać było na każdym kroku.


Duomo to największa atrakcja Mediolanu, przynajmniej dla mnie. Czyli osoby o średniej pojemności portfela, niewielkim zapałem religijnym oraz nieco wyższej niż przeciętna fascynacji architekturą, sztuką  i designem. Ci ze złotymi i platynowymi kartami pewnie uznaliby dzielnicę mody, gdzie Versace ściga się z Pradą o najlepszą witrynę w mieście. Religijni z namaszczeniem ruszyliby zobaczyć "Ostatnią wieczerzę" i odwiedzili każdy kościół czy bazylikę. A ostatni wykorzystaliby MilanoCard by zwiedzić liczne muzea. Osobiście wolałam spacerować po dachu jednej z największych katedr na świecie, której budowa trwała ponad 400 lat. Przy Duomo Norte-Dame w Paryżu prezentuje się nieco marnie. Widok z góry jest wspaniały, szczególnie w tak słoneczny dzień, na jaki udało się nam trafić. Podziwianie panoramy miasta w otoczeniu setek gargulców i bandy świętych, a następnie wejście na sam szczyt jest wart tych 8 euro. A wspinaczka po schodach mija stosunkowo szybko, idąc nie czuje się właściwie kolejnych metrów. Co prawda w deszcz lub śnieg bym nie polecała tego typu wycieczki. Samo wnętrze jest monumentalne, a zarazem skromne w swej prostocie. 


Expo, expo, expo. Jeśli wybierając się do miasta nie miało się pojęcia, że właśnie trwa tam wystawa światowa, to wielkie, trawiaste jabłko na środku placu przez katedrą uświadomi każdego. Podobnie jak liczne flagi i inne emblematy wystawy. Pawilony i centrum znajduje się "za górami, za lasami itd.", czyli na ostatniej stacji metra, właściwie na przedmieściach. Już pierwszego wieczoru podjęłyśmy próbę wyprawy, jednak poniosłyśmy porażkę. Spóźniłyśmy się, kasy były nieczynne a dodatkowo nasze karty miejskie nie działały, bo Rho jest poza Milano. Na szczęście po tym falstarcie udałyśmy się do Triennale di Milano - muzeum designu, gdzie z racji Expo była wystawa "Arts & Foods". Dzięki temu na własne oczy zobaczyłam słynne puszki zupy Campbell's Warhola oraz jego "Ostatnią wieczerzę". Przyznam, że największe wrażenie robi sztuka współczesna i jej zabawa konwencją - np. dom z chleba, parówki przy ognisku. Dobrze było zafundować sobie alternatywne, muzealne zwiedzanie.


Jedzenie - najlepsza pizza była od Araba za 3 euro. Generalnie oprócz pizzy i kwiatowych lodów nie udało się nam nic zjeść na mieście. Albo była sjesta i wszystko nieczynne albo pora lunchu czyli brak miejsc. Za to serowe zakupy w markecie spełniły nasze oczekiwania, nie wspominając o prezencie w zamrażalce - dwóch opakowaniach lodów. Tak, tak jedzenie po nocy serów z melonem i popijanie winem nie jest najzdrowsze. Ale od tego właśnie się spontaniczne wakacje.


Chic girls na tle Prady w czarnych sandałach - hicie sezonu! Milano to stolica mody włoskiej, ale tego jakoś szczególnie nie widać. Chyba trafiłyśmy na czas fanów zdrowej żywności, a nie najnowszych trendów. Na Monte Napoleone, czyli ulicy z najważniejszymi butikami było sporo turystów, ale same sklepy świeciły pustkami. Możliwe, że życie rozkwita tam o innej porze dnia lub gdy nadchodzi tydzień mody. Mi pozostanie jedynie wspomnienie minięcia się ze Stefano Gabbana w Vittorio Emanuele II.


Każdy szanujący się rowerzysta, nawet ten najmłodszy, musi pamiętać by przypiąć swój rower. Szczególnie tak fantastyczny jak to czterokołowe różowe cudo. Jego właścicielka prawdopodobnie ruszyła na zakupy do Tigera.