Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty

piątek, listopada 09, 2018

Bolonia w październiku

BOLONIA


Pierwszy raz od wielu lat zamiast Americana i święta amerykańskiego kina postanowiłam koniec października spędzić poza Wrocławiem. Po kilku analizach i konsultacjach nasz wybór padł na Bolonię. Decyzja bezpieczna, bo jak to podsumowała M.: Włochy zawsze są dobre - świetne jedzenie, wyśmienite wino i raczej odpowiednia do zwiedzania pogoda. Bolonia okazała się dokładnie tym czego szukaliśmy na jesienny odpoczynek.


Mieszkaliśmy w dzielinicy Bolognina, więc po przeciwnej stronie dworca niż Stare Miasto.  Spokojna, stosunkowo cicha okolica, bardzo blisko samego centrum. To właśnie tam jest świetna knajpa Trattoria di Via Serra. Mam fuksem się udało zdobyć stolik (A. zauroczyła właściciela), ale jak chcielibyście tam zjeść, lepiej zadzwonić i spróbować zrobić rezerwację. Obsługa mówi po angielsku, ale menu jest oczywiście tylko po włosku. Jedzenie jest świetne, sezonowe. Akurat był sezon dyniowo-grzybowy, więc najlepiej. A i jeszcze zupa krem z ziemniaków! Tam zdecydowanie nie jest najtaniej, ale naprawdę warto.


Z knajp odwiedziliśmy jeszcze Osteria dell'Orsa. To jest już w Starym Mieście w jednej z bocznych uliczek. Też bardzo popularne miejsce, ale jak się przyjdzie przed 18 to bez problemu można dostać stolik. Zdecydowanie taniej i też bardzo smacznie - my jedliśmy oczywiście Ragu, a także Ravioli. Podczas zwiedzania wciągnęliśmy pizze z okienka pod Dwoma Wieżami (Le due Torri: Garisenda e degli Asinelli). Kupuje się ją na kawałki, więc można popróbować różnych smaków. Oczywiście byliśmy też na lodach - Gelateria Gianni. Tu było chyba z 100 smaków do wyboru. Ceny są zależne od wielkości rożka i gałek lodów, zawsze możesz wybrać trzy smaki.


Jeśli chodzi o zwiedzanie, my zawsze zaczynaliśmy od Montagnola Park, bo mieliśmy go po drodze. Można iść przez sam park lub równoległą do niego ulicę handlową. Wszystkie atrakcje są zgrupowane w Starym Mieście. Oczywiście pełno tu kościołów, my zaszliśmy do Katedry św. Piotra, Bazyliki Petroniusza na Piazza Maggiore oraz  Basilica Santo Stefano (to taki kościół co się składa z 7 połączonych - architektonicznie bardzo ciekawe). Wszędzie tam jest wejście za darmo. Właściwie wszędzie są kościoły, niekiedy przytulone do kamienic, zamknięte na kłódkę. W różnych stylach, ale zawsze czerwono-rude jak całe miasto.
Nie mogłam darować zobaczenia miasta z góry. Za 3 euro wjechaliśmy na taras w remontowanej Bazylice Petroniusza, widok jest fantastyczny. Mega warto! I to napięcie jak jedziesz windą budowlaną. Można też w soboty wejść na wieżę w Katedrze św. Piotra lub na wyższą z Dwóch Wież (ale tam się wspinasz po schodach a bilety trzeba kupować wcześniej w punkcie informacji na Piazza Maggiore). My niestety nie ogarnęliśmy tematu wcześniej i nie weszliśmy na wieżę, choć ja bardzo chciałam. Może jeszcze kiedyś... 
Najsłynniejszy w Bolonii jest Neptun, choć tam w okolicy żadnej wody nie ma, a dwa tzn. kanały wyglądają jak ścieki. Nas bardziej od Neptuna zainteresowały Syreny, które go otaczają  i oczywiście jego podwójne przyrodzenie. Nie mieliśmy parcia na muzea i tego typu atrakcje. Odwiedziliśmy Bibliotekę Uniwersytecką (za opłatą można zobaczyć salę gdzie przeprowadzano sekcje zwłok, a także przez kratę fragment samej Biblioteki z jej cennymi zbiorami). Bardzo ładnie odrestaurowana i warto ją zobaczyć na żywo, dla samego klimatu miejsca. 
Ogólnie sporo się szwędaliśmy po Starym Mieście, dawnej dzielnicy żydowskiej, okolicach Uniwersytetu. Tam wszędzie chodzisz pod arkadami, na ścianach widać murale lub dawne freski a chodniki są wykładane przeróżnymi kostkami. Bardzo to urokliwe, a jednocześnie chroni przed słońcem i deszczem. Jak się zmęczysz, to co rusz jest jakaś knajpa/kawiarnia. Można wypić kawę lub drinka. 
 







Bolonia jest miastem studenckim, a także nastawionym na biznes. Turyści nie rzucają się tam tak w oczy. Oczywiście jest ich dużo, ale też bez przesady. Widać, że dla miasta nie są oni priorytetem - trudno nawet znaleźć punkt gdzie sprzedają pamiątki. Warto się tam wybrać, szczególnie właśnie na jesień. Gdy w Polsce pada deszcz i robi się szaro, a tu jeszcze czuć lato. Jest to doskonale miejsce na krótki, miejski relaks. 


  

sobota, lipca 02, 2016

Początek wakacji - Puszcza na spontanie


W ostatnich dniach czerwca wybrałam się na małe wakacje. Można stwierdzić, że bardzo małe - dwa dni w podróży i trzy dni wypoczynku. W pierwotnych planach był Berlin, jednak ostatecznie nie wypalił ten pomysł. Nie zastanawiając się długo zdecydowałam, że skoro Zachód chwilowo odpada, należy udać się na Wschód. A jeśli chodzi o Wschód, to najlepszym miejscem na Ziemi jest oczywiście Puszcza. Puszcza tuż przed sezonem, bez tłumu pempuchów, ale już upalnie wakacyjna. Czysta woda w prawdziwych jeziorach, marzenie! 
Niestety pech nie chciał odpuścić mego wyczekiwanego urlopu i podróżując ekskluzywnym ekspresem Intercity przeziębiłam/przegrzałam się. Taki wysoki standard, że aż klimatyzacja się zepsuła. Nawet w pierwszej klasie był potworny zaduch, otwarcie okna nie pomagało, a mi wręcz zaszkodziło. Oczywiście picie zimnego piwa następnego dnia po podróży, w upał, też nie było odpowiednie w walce z zarazkami. Ale jak tu oglądać Euro bez chłodnego, procentowego, gazowanego napoju? Miałam pić herbatkę? Za duże emocje, szczególnie jak jednego dnia są trzy mecze fazy pucharowej. I niestety kolejny dzień spędziłam w łóżku bawiąc się w niemowę i próbując zregenerować organizm zapadając w śpiączkę. W poniedziałek czułam się zdecydowanie lepiej, choć mocna chrypka jeszcze nie odpuściła. Za to upał zelżał i zachmurzyło się. Dlatego (oprócz choroby) nie dane mi było tym razem zanurzyć nawet stopy w jeziorze, o nurkowaniu nie wspominając. Mam jeszcze na szczęście szansę w sierpniu.  


Wypad można byłoby uznać za stracony, ale ostatni dzień zrekompensował mi wszelkie wcześniejsze niedogodności. Najpierw Babcia zafundowała na obiad te wspaniałości widoczne powyżej. Uprzedzając rodzinny bulwers, były kupowane. Podobno w najlepszej miejscówce tuż za knajpą w Płaskiej (tam czynne dopiero od lipca). Oczywiście były dobre (moim zdaniem trochę za słone), ale babcine kartacze zwyciężają nawet nad cepelinami wileńskimi i żadne im nie dorównują. Później udałam się z Mamą na lumping, gdzie upolowałam najpiękniejszą, najcudowniejszą bomberkę i kilka innych skarbów. Wszystko w ekstra promocyjnych cenach. I jeszcze moi Włosi rozgromili i wyeliminowali obecnych mistrzów Europy, Hiszpanów. Zrobili to w mega pięknym stylu, zupełnie do nich nie podobnym. Tym bardziej zachwycającym.
Oficjalnie: pierwszy raz od nie wiem kiedy wypoczęłam na urlopie! Może dlatego, że miałam minimalną aktywność towarzyską. Teraz tylko czekać na ten długi urlop, który zapowiada się bardzo intensywnie. Czyli wrócę bardziej zmęczona niż gdy się na niego wybierałam. Ale o tym dopiero będę mogła opowiadać.

środa, czerwca 24, 2015

Sobota z veganmaniakami


Czasem słońce, czasem deszcz nad Browarem Mieszczańskim. Pora zwijać się do domu po intensywnym dniu z Otwartymi Klatkami oraz Veganmanią. Pogoda nas nie rozpieszczała, ale chętnych i odważnych nie brakowało. Okazuje się, że dobre jedzenie jest w modzie i cenie. Veganmania jak nazwa wskazuje, skierowana była do wegan oraz wegetarian, ale nie tylko. Każdy mógł w ostatnią sobotę zawitać do Browaru. Popróbować ciekawych potraw (w tym ogromnych ilości ciast i innych słodkości), zakupić wegańskie specjały oraz kosmetyki, ekotorby z przesłaniem i inne sympatyzujące artykuły. Pomiędzy shoppingiem i jedzeniem, posłuchać interesujących wykładów. A nawet zrobić nowy/pierwszy tatuaż. Osobiście trzymałam się z daleka od strefy Vegan Ink, by nie dać się skusić na jakieś maleństwo. Oficjalnie cztery mi obecnie starczą - wszystkie wykonane wegańskimi tuszami. 


Gdy pojawił się pomysł stoiska Dobrej Kreski na Veganmanii automatycznie rozpoczęła się burza mózgów. Tu widać część jej rezultatów. Narodziły się pięcioraczki: Krowa, Świnka, Królik, Kogut oraz Koziołek. Młodsze rodzeństwo Sówki i Pandy zawitało w wersji rewelacyjnych ekotoreb, co których wejdzie nawet 6 kartonów mleka sojowego. Każdy zwierzak niesie pewne przesłanie lub inaczej ujmując własny charakterek. Wszystkie cieszyły się dość znacznym zainteresowaniem (szczególnie Koziołek Seitan), jednak veganmaniacy byli tego dnia raczej nastawieni na obżarstwo a nie modowy shopping. Oczywiście nic straconego, torby są już dostępne na dawandzie. Przypuszczam, że jeśli ktoś wymarzył sobie inne zwierzątko to może debatować z autorką. Sama tak postąpiłam i wkrótce zaprezentuję efekty/dziecko tej dyskusji.


Propagang ze swoimi broszkami, naszyjnikami, torbami i koszulkami. Zwierzątka we wszystkich kolorach tęczy, do przypięcia na torbę, kurtkę lub cokolwiek. Mi szczególnie przypadły do gusty apaszki. Jedną pewna pani chciała sprezentować swojemu pieskowi, on jednak preferował outfit bez dodatków. Niestety nie każdy chce być chic, zresztą trudno by nawet mały psiak został vege!


Niewielka część pyszności zaprezentowanych przez Szczyptę Świata. Czekolady w większości gorzkie (niestety nie należę do fanek), choć znalazły się dwie białe i dwie mleczne. Wyśmienite kakao na mleku ryżowym. Dostępne były również wyjątkowe kawy oraz gorąca czekolada. Całe stoisko przyciągało rozmaitością, a jednocześnie uporządkowaniem produktów. Od razu było wiadomo czego gdzie trzeba szukać. Przyznam się oficjalnie, że ze słodkości wygrały batony Zmiany Zmiany, które namiętnie podjadałam przy każdej wyprawie na podwórko. Aloha rządzi na całej linii (ach ten kokos), ale goni ją malinowa Petarda.


Kosmetyczne cuda prosto z Maroka zaprezentowało Ecorocco. Na ich szminkę dopasowującą się do pH ust nakręciłam się już przed sobotą i nie mogłam się wprost doczekać testowania. Dlatego jak tylko ich stoisko zostało rozstawione zakupiłam magiczne cudo. I co? Przez cały dzień chodziłam z malinowymi, dającymi lekko po oczach ustami. Szminka okazała się cudownie kremowa i aksamitna, na dodatek mega wytrzymała (nawet za bardzo). W celu uzyskania lekkiego połysku można do niej zastosować bezbarwny błyszczyk. Pełen bajer!


Browarowe podwórze z food truckami, na zdjęciu akurat widać raj z goframi i pyszną kawą, dzięki której udało się obudzić G. Dodatkowo swój namiocik rozstawili wolontariusze z Fundacji Dwa Plus Cztery, gdzie można było adoptować psiaka. Szkoda, że pogoda była nieco przeciwko nam. Deszcz wystraszył część gości, a sporą grupę na pewien czas uziemił w gmachu browaru. A u mnie wywołał napad migreny. Ale szczytny cel oraz moc (zapach) pyszności nie przestraszyły większości, wręcz przyciągnęły. W końcu wszystko było zorganizowane by wspomóc Otwarte Klatki i ich walkę o prawa tych co nie mogą bronić się sami.


Mój faworyt jedzeniowy - gofr na słono (Taho Cafe). Ciasto z cieciorki (czyli falafel w wersji gofrowej), w środku pomidory, ogórek, cebula, pietruszka (fuj! zjedzona przez M.) oraz hummus. Mniam, mniam!!! Co prawda, żeby zjeść to cudo musiałam nieźle się namęczyć, łącznie z zdewastowaniem talerzyka, ale było warto. Poza tym skosztowałam od Pepperminta pokrzywowego makaronu z bobem, rukolą i sezamem - uwielbiam jak jest zielono na talerzu. Od Drogi Mlecznej spróbowałam cytrynowo-imbirowe kaszotto z mlekiem kokosowym - bardzo wyraźnie czuć było imbir co nie dla wszystkich byłoby zaletą, ale mi smakowało. Zrezygnowałam z próby walki z burgerem od Krowarzywa (wielkość mnie przeraziła), ale podgryzłam trochę ich hot-doga, który zajadała z "żółtym" smakiem K. Muszę przyznać, że nie jestem stworzona by jeść tego typu rzeczy w miejscach publicznych, bo zaraz jestem cała brudna. Niestety nie chciało mi się stać po pyszności Zdrowej Krowy, ale akurat do nich mam blisko, więc zawitam w najbliższym czasie. A tłum tam szalał prawie jak przy burgerach. Ogólnie w Browarze było mega dużo pyszności i aż ślinka ciekła jak wybrałam się na zwiedzanie.


G. nie mogła się powstrzymać i zakupiła gorącą czekoladę z malinami od Pizca del Mundo. Tu foto z pierwszych testów, które wypadły rewelacyjnie. Szczególnie w połączeniu z lodami z wiśniami. Tak, pełne słodyczowe szaleństwo zapanowało na naszym poddaszu. Ale co tam, w końcu mamy lato! Choć na zewnątrz średnio to widać.

poniedziałek, grudnia 15, 2014

Zimowo... zapiekankowo

Zimno, buro, oczywiście śniegu nie ma. Czyli mamy grudzień w Breslau. Chandra atakuje, więc najlepiej się przed nią bronić pysznym JEDZENIEM. Konkretnie pożywnymi zupami (ostatnio mistrzowska ogórkowa G. - tym razem bez chili, ale z odpowiednią dawką pieprzu) oraz zapiekankami. Nie chodzi o klasyczne typu: bułka, pieczarki, ser i oczywiście kiełbasa lub inne zwierzątko. Mowa o wypasionych zapiekankach z makaronem lub ziemniakami, a także z masą innych roślinnych pyszności.


Zapiekanka makaronowa - świderkowa.  Warstwa warzywna: pokrojone w paski i uduszone marchewka, cukinia, czerwona papryka oraz cebula czerwona i biała. Wszystko w sosie z pomidorów w puszce (konkretnie to miałam w kartoniku). Przyprawione pieprzem, solą, czosnkiem niedźwiedzimi oraz szałwią. Na część warzywną wrzucamy ugotowany (nierozgotowany) makaron świderki - pilnujemy by warstwy się nie wymieszały. Na koniec dodajemy potarkowany żółty ser (goudę lub mozzarellę) oraz słonecznik. Całość zapiekamy w piekarniku przed 15 minut - termoobieg z grillem.


Zapiekanka - puree. Farsz: starta marchewka, cukinia i cebula pokrojona w kostkę, prażony słonecznik - wszystko usmażone na oleju z aromatem chili i czosnku (smażymy przyprawy aż są czarne, następnie je wyrzucamy - zostaje tylko aromat) oraz odrobiną soli i większą drobiną pieprzu. Górna warstwa to puree z ziemniaków z jogurtem greckim z dodatkiem pasków masła (żeby nie wyschło) słonecznikiem i czosnkiem niedźwiedzim. Całość tez trzeba zapiec przez 15 min z termoobiegiem, ale bez grilla.



Zapiekanka - makaronowa ze szpinakiem. Makaron świderki (najulubieńsze) z wierzchu zapieczony starty ser, posypany czosnkiem niedźwiedzim i szałwią. Dolna (niewidoczna) warstwa: uduszony mrożony szpinak z dodatkiem usmażonej czerwonej i białej cebuli, rucoli oraz fety (najlepsza jest ta gotowa w zalewie pokrojona w kostkę - prawdziwa feta się nie topi). Z przypraw standardowo: pieprz, sól, szałwia, czosnek niedźwiedzi, trochę soku z cytryny. Zapieczone w piekarniku przez magiczne 15 min z termoobiegiem oraz grillem.

wtorek, listopada 25, 2014

Coś smacznego... kulinarnie, muzycznie, filmowo


Dawno nie bawiłam się tak dobrze na jakimś filmie, jak przy projekcji "Chef". Jedyny feler polegał na tym, że zrobiłam się bardzo głodna, nawet poczułam brak mięsa w mojej diecie. Co ostatecznie nie skończyło się dla mnie najlepiej, ale było minęło i nie będziemy do tego wracać.

"Chef" to autorski projekt Jona Favreau, reżysera między innymi dwóch pierwszych Iron Manów (tych bardziej śmiesznych). Widać od razu, że gotowanie należy do jego pasji. Profesjonalnie sieka, smaży, doprawia i dekoruje potrawy, czyli w każdym calu Master Chef. A na dodatek lubi eksperymentować, bawić się smakami. W przypadku jego bohatera (którego sam gra) chęć zmian i urozmaicenia okazują się gwoździem do trumny. Nie tylko traci pracę, ale dodatkowo daje się skompromitować na twitterze. Wniosek: zanim zaczniesz zabawę/walkę na portalach społecznościowych, warto zapoznać się z zasadami jakie na nich panują. Czytaj: najlepiej zapytaj własnego syna, dla którego wirtualny świat jest tak samo realny jak ten rzeczywisty.

Na szczęście nasz bohater ma nie tylko świetnego syna, ale też niesamowitą i przebojową byłą żonę - wiadomo po kim młody odziedziczył smykałkę do rozkręcania biznesów. Dodatkowo posiada najlepszego kumpla, który jest wstanie porzucić wszystko by go wspierać w ciężkich chwilach. Dzięki nim Carl wymienia ekskluzywną restaurację na foodtrucka, czyli spełnia swoje zapomniane marzenia. Życie na własny rachunek, gotowanie z przyjemnością dla zwyczajnych ludzi, słuchanie i taniec przy kubańskiej muzyce... Przestaje być sfrustrowanym, lekko zdziadziałym facetem, nie mającym czasu dla własnego syna. Wyrwanie się z zamkniętych pomieszczeń pozwala mu zmienić perspektywę, stać się lepszym, szczęśliwszym. A widz z przyjemnością ogląda jak następuje ta przemiana.

Wiadomo największym atutem filmu jest JEDZENIE, ale na równej szali postawiłabym muzykę. Prawie kapie ślinka na widok kolejnych potraw, jednak od tej muzyki nie można się uwolnić jeszcze przez kilka dni po obejrzeniu. Osobiście nie jestem szczególną fanką kubańskich rytmów, ale tutaj idealnie pasowały i nawet uzupełniały fabułę. Przecież nie można żyć tylko jedzeniem!  

Można powiedzieć, że "Chef" jest trochę filmem drogi. W końcu mamy podróż foodtruckiem po liftingu z Miami przez Nowy Orlean (ach te pączki!) do Los Angeles. Cała wycieczka jest na bieżąco rejestrowana i udostępniana przez syna Carla. Twitter okazuje się doskonałą reklamą, jeśli tylko potrafisz się nim posługiwać. Przyznam, że to pierwszy film w którym wykorzystanie tweetów nie wygląda sztucznie ("Frank") a wręcz wydaje się niezbędne. Jeśli chodzi o stronę aktorską to mam wrażenie, że wszystkie osoby zaangażowane doskonale się bawiły na planie i dały z siebie ponad 100%. Sam obraz reklamowany był przez znane nazwiska, które owszem pojawiają się, jednak tylko w epizodach. Gwiazdy wypadają tam świetnie, szczególnie Robert Downey Jr. - eks byłej żony z hipochondrią, jak również Dustin Hoffman - zaściankowy restaurator, któremu przydałby się kopniak od Magdy Gessler.  



Natchniona przez "Małego Głodomora" postanowiłam zrobić własną wersję faszerowanych papryk, a także pomidorów. Wyszedł kolorowy i smaczny obiad. Pomidory miały farsz z tuńczyka, kukurydzy, czerwonej cebuli oraz prażonego słonecznika. Papryki otrzymały bardziej konkretny pakiet - pęczak, ser bałkański, cebula, starta marchewka, suszone pomidory. Oba farsze przyprawione ukochanym czosnkiem niedźwiedzim, solą, pieprzem i odrobiną chili. 

piątek, sierpnia 08, 2014

Improwizacja w kuchni z M.


Pomysł z gazetki z Lidla, lekko zmodyfikowany. M. przeczytała go chyba raz i mniej więcej zapamiętała. Dodatkowo usunęłyśmy elementy niejadalne (pietruszka) i dodałyśmy ulubione (cukinia, papryka, ser pleśniowy). I powstało coś nowego.


Składniki: łosoś, pieczarki, cukinia, papryka, cebula, ser pleśniowy (taki niby lazur), żółtko, ciasto francuskie. Przyprawy: sól, pieprz, zioła prowansalskie, czosnek niedźwiedzi (jedyny jadalny).


W ramach wsparcia i orzeźwienia - różowe kalifornijskie półwytrawne winko. Przy takich upałach trudno stać przy garach bez minimalnej asekuracji.


Przepis: warzywa kroimy w kostkę i smażymy z dodatkiem przypraw. Łososia dusimy w szklance mleka, do momentu aż zrobi się miękki i bez problemu będzie można się pozbyć skórki. Ciasto kroimy wzdłuż 11 na 14 cm (oczywiście na oko). Na większej części układamy kawałki łososia, usmażone warzywa oraz plasterki sera. Przykrywamy pozostałym ciastem. Sklejamy razem z pomocą żółtka. Zapiekamy w piekarniku przez 20 minut (200 stopni). Dodatkowo można przygotować sos z jogurtu naturalnego z dodatkiem słodkiego chili i startej skórki cytryny.


Pora na degustacje na tarasie, dachu. W idealnym towarzystwie leżaków, parasola, słońca i wina. Doskonale smakowało w doborowym towarzystwie. Czekam na kolejną improwizację...

czwartek, lipca 31, 2014

ArbuzLove


Uwielbiam arbuzy w każdej postaci. 

Na zdjęciu prezentuję przepis na chłodnik arbuzowy podpatrzony w Zupie. Moja wersja została trochę zmodyfikowana z racji posiadanych w lodówce składników, elementów niejadalnych przez G. oraz przede wszystkim mniejszych potrzeb konsumpcyjnych. 
Czyli: 1/8 arbuza pozbawiona pestek (och to jest najgorsza część roboty), mały kefir w butelce, 2 łyżki jogurtu greckiego, pół opakowania sera bałkańskiego, szczypta kolorowego pieprzu (jak ktoś lubi). Wszystko wrzucamy do blendera i miksujemy. Zostawiamy na jakiś czas w lodówce i mamy idealną letnią zupę. Pożywną i orzeźwiającą. G. stwierdziła, że całość smakuje ogórkiem (?) a B. wypił duszkiem i powiedział że smaczne.

Oczywiście arbuzy najlepsze są w wersji naturalnej, pochłaniane przy użyciu noża i widelca. Co prawda podczas takiego posiłku wyglądam jak smok pożerający pół cielaka. Wspomnienia związane z rowerowymi wyprawami razem z K. do sklepu w Gorczycy by zdobyć najlepszy wakacyjny owoc są nadal bezcenne i rekompensują sok cieknący po brodzie oraz zazwyczaj ubrudzone ubranie. 

wtorek, czerwca 24, 2014

Zielono na talerzu

Kalendarzowe lato trwa, czyli huśtawka pogodowa króluje w najlepsze. Zimno i leje, za chwilę żar kapie z nieba, a błękit poraża ogromem. Ostatnie, spóźnialskie drzewa kwitną, a cała reszta świata roślinnego pokryła się intensywną, zdrową zielenią. Trawa jeszcze nie jest wyschnięta, brak upałów i odpowiednia ilość opadów zapewniają jej doskonale warunki do wzrostu. Nawet woda w okolicznym stawie przybiera powoli odcień kwitnących glonów. W mojej kuchni też rządzi zielony, z dodatkiem żółci  i odrobiną bieli. Skoro ostatnio jadłam bób, pora na kolejnego ulubieńca - fasolkę szparagową.


Wspomniana fasolka, koniecznie zielona, kupowana na garście. Polska biało-żółta papryka - ma doskonale połączenie smaku zielonej (której raczej nie lubię) oraz żółtej. Biała, młoda cebula i szczypiorek. Obecnie, cudownie tania cukinia, stały bywalec lodówki.


Cukinię z cebulą oraz słonecznikiem smażymy. Dodajemy paprykę i przyprawy: sól, pieprz, czosnek niedźwiedzi, szałwię, bazylię. Następnie pora na szczypiorek (dodany wcześniej zapewne by się spalił) oraz ugotowaną wcześniej fasolkę.


Do kompletu mamy makaron świderki oraz sparzonego i obranego ze skórki pomidora malinowego. W końcu z czegoś sos musi być, skoro minimalizuję używanie śmietany, a tym bardziej gotowych produktów.

piątek, czerwca 20, 2014

Smok w kuchni

Jedzenie i moda rządzą na blogach. Nie mogę być w tym wypadku gorsza i ograniczać się jedynie do drugiego tematu. W końcu czasem też mi się zdarza coś przyrządzić i nawet jest to zazwyczaj smaczne - a przynajmniej takie mam wrażenie. Generalnie we wszelakich daniach (ciepłych i zimnych) preferuję warzywa, szczególnie teraz, gdy skrzynki w warzywniakach się od nich uginają. 


Szybki obiad do pracy (częściowo już zjedzony) - warzywa i orzeszki ziemne smażone na woku z sosem sojowym, kurkumą i słodkim chili + brązowy (hiper zdrowy) ryż. Przygotowanie zajmuje max 30 min, w zależności jak szybko potrafimy kroić. Jeśli chodzi o warzywa to najlepiej wykorzystać to co ma się akurat pod ręką. W moim przypadku była cukinia (jak zwykle), marchewka, czerwona cebula i papryka. Wszystko pokrojone w słupki a nie krążki - w końcu jest to danie azjatyckie, a nie polskie. Do tego orzeszki ziemne, ważne by nie były solone. W momencie, gdy raczej nie jem mięsa, orzechy są doskonałym źródłem mocy, a przy okazji świetnie smakują. Z racji, że japoński sos sojowy jest sam w sobie ostry i słony, w ramach przypraw dodaję tylko kurkumę (w odwrocie do curry nadaje nieco słodyczy) i trochę ostrej papryki oraz dużą łyżkę sosu słodkie chili. Na koniec dodajemy ryż, nie musi być koniecznie brązowy.


Wieczór filmowy - pieczone warzywa, kurczak w tajskiej panierce (gotowe danie z Lidla), sos chili, jogurt grecki z przyprawami. Warzywa - buraki, marchewki, cebule, batat, seler - pieczemy około godziny w piekarniku. Można je posypać różnymi przyprawami, ja ograniczam się do pieprzu, soli, szałwii i czosnku niedźwiedziego, i oczywiście dodać olej, by się nie spaliły. Batat jest idealnym połączeniem ziemniaka i dyni, więc jeśli jest trudny do zdobycia, można zastosować te dwa zamienniki. W ramach sosów: chili z racji tajskiego kurczaka i niezastąpiony jogurt grecki z pieprzem, startą skórką cytryny, bazylią i odrobiną soli. 


Letnia zielona sałatka - bób, ogórek, szczypiorek i feta. Oczywiście bób trzeba ugotować, poczekać aż ostygnie i obrać ze skórki. Dodać pokrojone warzywa oraz fetę, polać odrobiną greckiej oliwy (K. dziękuję za trafiony prezent z Krety), sokiem z cytryny, z przypraw użyć niezastąpiony czosnek niedźwiedzi, pieprz i sól. Oficjalnie kocham bób, jak tylko pojawia się w warzywniakach to wiem że już jest lato - nawet jak pogoda temu przeczy. Dla niektórych to truskawki są symbolem wakacji, ja jednak ostatnimi czasy nie należę do ich fanek. Bardziej wyczekuję czereśni, mimo wiecznego lęku przed robakami, oraz letnich, swojskich warzyw . Jak dobrze, że wreszcie znów nadeszła pora bobu, botwinki, żółtej cukinii i rabarbaru.