Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chorowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chorowanie. Pokaż wszystkie posty

środa, lutego 15, 2017

Pocztówki z Barcelony


Trochę na spontanie udaliśmy się w podróż do Barcelony. Decyzja została podjęta podczas listopadowego, rodzinnego wieczoru. Uznaliśmy, że warto przy okazji tanich lotów i darmowego noclegu, udać się do stolicy Katalonii. Początkowo mieliśmy lecieć w czwórkę, ale ostatecznie była nas piątka (team szwagrów nie może być rozdzielany, szczególnie jak namiętnie gra w Hungry Shark!). I tak w styczniowy, śnieżny wieczór znaleźliśmy się na wrocławskim lotnisku. Polska zima nie chciała wypuścić nas ze swych objęć, 2 godziny spędziliśmy w samolocie czekając, aż śnieżyca minie i pas startowy zostanie oczyszczony z pokrywy lodowej. Z takim opóźnienie dotarliśmy do Girony, a tam przywitała nas ciepła noc i pastewny (wg niektórych ośli) zapaszek.
 

Uciekając od zimowej szarówki nagle znaleźliśmy się w słonecznym raju. Owszem po pierwszej euforii przypomnieliśmy sobie, że temperatura 14-15 stopni, to wcale nie upał. Należało zapiąć kurki, zawinąć się w szaliki i nałożyć czapki. Szczególnie dotyczyło to mnie, gdyż podróż (a właściwie czekanie na nią) nadwyrężyły moje siły i przeziębienie wygrało. Starałam się trzymać jak najlepiej, jednak co wieczór padałam ledwo żywa. Co nie zmienia faktu, że pomimo potwornego bólu gardła i smarkania, było warto. Nie tylko dla pysznego wina w baniaczkach oraz cudownego słońca...
 

... morza i miejskiej, prawie pustej plaży. Tu urządziliśmy sobie piknik w przerwie pomiędzy zwiedzaniem. To takie proste by smacznie i konkretnie zjeść. Wystarczą zielone oliwki (obowiązkowo z pestkami), mus z świeżych pomidorów, bagietka, sery i chorizo a do picia wspomniane wcześniej wino. Mniam, mniam, szczególnie jak można podziwiać taki widok. Jedynie uciążliwe są mewy, które zachowują się gorzej niż polskie gołębie.


Barcelona to nie tylko morze, ale także góry. Na szczęście liczne wspinaczki można ograniczyć do minimum. Jak się wie którędy iść, to dostępne są ruchome schody (widoczne na zdjęciu nie prowadzą do nieba, tylko parku Güell, stworzonego przez Gaudiego) lub kolejka linowa. Ach, jak ja kocham podniebne kolejki! My dwukrotnie zastosowaliśmy manewr mechanicznego wjeżdżania i schodzenia o własnych nogach. Uważam, że to najlepsza opcja, zwłaszcza jak się nie chce tracić czasu oraz energii. A schodzenie z górki też wzmacnia i pobudza mięśnie nóg. 
Ogólnie miasto świetnie zwiedza się pieszo, zwłaszcza że komunikacja miejska jest doskonale zorganizowana. Tylko nie liczcie na toalety publiczne, bo te chyba nie istnieją, nawet w fast foodach. Dlatego w wielu miejscach unosi się charakterystyczny zapach moczu. Przypuszczam, że w okresie upałów może być ciężki do zniesienia, zwłaszcza w okolicach gęstej zabudowy. Same wąskie uliczki Dzielnicy Gotyckiej mają mrocznie niesamowity klimat, nawet jak się nie czytało Zafona. Przyjemnie się w nich można zgubić, a na każdym rogu czeka jakaś knajpka, która zachęca do odwiedzin. My poprzestaliśmy na przetestowaniu pierożków i oczywiście piw rzemieślniczych (pochodzących głównie z krajów skandynawskich).


Panorama widoczna ze wzgórza, gdzie usytuowany jest park Güell (czyli w północno-środkowej części miasta). Cudowność! Dopiero z takiej perspektywy widać ogrom stolicy Katalonii. Tyle zieleni, palmy (!!!) i krzyczące zielone papugi. A w dali morze nad którym biesiadowaliśmy dzień wcześniej. Sam park sprawia wrażenie lekko bajkowego, z krętymi ścieżkami i kamiennymi mostami. Gdyby miało się czas i było jeszcze cieplej, można tam spędzić cały dzień. Ogólnie w mieście jest mnóstwo zieleni, gdzie każdy może wypocząć, odsapnąć. Myślę, że w miesiącach letnich jest to zbawienne, choć teraz też miło było się schować przed wiatrem wśród drzew. Posiedzieć na ławce, by dać wytchnienie zmęczonym stopom.


Widok z kolejnego wzgórza, tym razem znajdującego się w południowo-zachodniej części. Wzgórze Montjuic to olbrzymi teren, gdzie umiejscowiona jest m.in. forteca, cmentarz, Ogrody Botaniczne, Stadion Olimpijski, jak również Magiczna Fontanna. Niestety jedynie pobieżnie zwiedziliśmy  niektóre z tych miejsc, do reszty nie zdążyliśmy dotrzeć. Ciemność i głód wzywały nas do centrum. Schodzenie po trasie dawnego toru Formuły 1 jeszcze pobudziło nasz apetyt.
Po tym zdjęciu dopiero widać, że Barcelona nie jest jedynie miejscem turystycznym, ale przede wszystkim jedną z potęg gospodarczych Europy.  Tu widoczny jest niewielki fragment portu, co przyprawia o zawrót głowy. Nie potrafię sobie wyobrazić, ile przeróżnych towarów znajduje się w tych hangarach. I do, lub z jakich krajów wypływają. Tu widać cały świat.


Zwiedzanie miasta, a w szczególności jego najważniejszych zabytków to olbrzymi koszt. Gdy do wyboru jest wejście do Katedry lub wypicie piwa oraz zjedzenie czegoś pysznego, wtedy wybór jest nader prosty. A jak jeszcze przeliczymy euro na złotówki, och można złapać się za głowę. My postanowiliśmy skupić się na plenerach i gastronomii, a nie wnętrzach. Dlatego ograniczyliśmy się do zobaczenia od wewnątrz jedynie Sagrada Familia. Największe osiągnięcie Gaudiego nadal jest w budowie, cały czas od 1883 roku. Planowany koniec prac chwilowo jest zapowiedziany na 2028 (wg wikipedii), ale jak będzie, zobaczymy. W każdym razie robotnicy ciągle się uwijają, a zwiedzający finansują ich pracę. Tak, tak, pieniądze za bilety są przeznaczane na wykończenie budowy, więc tym bardziej można wykosztować się te 15 euro. 


I muszę przyznać, że warto. Jest mega! O ile zazwyczaj tego typu miejsca robią przede wszystkim wrażenie zewnętrzne, tu wnętrze urzekło mnie zdecydowanie bardziej. W przypadku Duomo lub Notre Dame powala piękno budynku, a sam środek z natłokiem obiektów sakralnych  przytłacza i nudzi. Dodatkowo tłum zwiedzających nie pozwala na chwilę wyciszenia. Tu mamy tego odwrotność. Oczywiście obie Fasady są niesamowite, i jednocześnie tak odmienne. Trudno aż uwierzyć, że są częścią tej samej budowli. Kościół, choć cudowny z zewnątrz, dopiero w środku pokazuje geniusz Gaudiego. Ta przestrzeń, te kolumny przypominające drzewa z konarami i witraże przez które wpada światło. Boskie! W takim miejscu można zrozumieć co znaczy kamienny las. Mogłabym tam siedzieć godzinami i gapić się. A jak się tam dźwięk rozchodzi, coś wspaniałego! Wiadomo, że jak zakończą się prace budowlane, to wnętrze też się zmieni. Dlatego warto pojechać do Sagrady zanim stanie się w pełni uczęszczanym kościołem.


Mniam, mniam... owoce morza, świeże owoce morza, dużo świeżych owoców morza.  Zjedliśmy na widocznym zdjęciu małże, które pani uczynnie nam otworzyła. Dziwne, ale ostatecznie dobre. Nikt nie miał odwagi skosztować jeżowca. Muszę przyznać, że nie spróbowaliśmy także słynnej paellii katalońskiej. Za to wieczór, po rajdzie Formuły 1, zakończyliśmy w knajpie z tapasami. Było dużo wina i różnych owoców morza. Wszystkie pyszne, choć niestety ostatecznie niektórych z nas dopadła klątwa faraona. Ale co cię nie zabije, to cię wzmocni, następnym razem nie jemy ośmiornicy! Kocham południe Europy nie tylko za frutti di mare, ale głównie za świeże, wygrzane w słońcu warzywa i owoce. Ach, ta pasta z pomidorów i oliwki!


Selfi z palmą musi być! Nie mówimy żegnaj Barcelona, tylko do zobaczenia. Mam nadzieję, że wkrótce. Bo chociaż nie wzbudziłaś we mnie takiego zachwytu jak Berlin (zabrakło zaskoczenia), to z chęcią odwiedzę cię w cieplejszym okresie i będąc w pełni sił. W pełni spełniłaś moje oczekiwania, a sporo miejsc jeszcze zostało do odwiedzenia. A i koniecznie musimy iść z M na mecz!

sobota, lipca 02, 2016

Początek wakacji - Puszcza na spontanie


W ostatnich dniach czerwca wybrałam się na małe wakacje. Można stwierdzić, że bardzo małe - dwa dni w podróży i trzy dni wypoczynku. W pierwotnych planach był Berlin, jednak ostatecznie nie wypalił ten pomysł. Nie zastanawiając się długo zdecydowałam, że skoro Zachód chwilowo odpada, należy udać się na Wschód. A jeśli chodzi o Wschód, to najlepszym miejscem na Ziemi jest oczywiście Puszcza. Puszcza tuż przed sezonem, bez tłumu pempuchów, ale już upalnie wakacyjna. Czysta woda w prawdziwych jeziorach, marzenie! 
Niestety pech nie chciał odpuścić mego wyczekiwanego urlopu i podróżując ekskluzywnym ekspresem Intercity przeziębiłam/przegrzałam się. Taki wysoki standard, że aż klimatyzacja się zepsuła. Nawet w pierwszej klasie był potworny zaduch, otwarcie okna nie pomagało, a mi wręcz zaszkodziło. Oczywiście picie zimnego piwa następnego dnia po podróży, w upał, też nie było odpowiednie w walce z zarazkami. Ale jak tu oglądać Euro bez chłodnego, procentowego, gazowanego napoju? Miałam pić herbatkę? Za duże emocje, szczególnie jak jednego dnia są trzy mecze fazy pucharowej. I niestety kolejny dzień spędziłam w łóżku bawiąc się w niemowę i próbując zregenerować organizm zapadając w śpiączkę. W poniedziałek czułam się zdecydowanie lepiej, choć mocna chrypka jeszcze nie odpuściła. Za to upał zelżał i zachmurzyło się. Dlatego (oprócz choroby) nie dane mi było tym razem zanurzyć nawet stopy w jeziorze, o nurkowaniu nie wspominając. Mam jeszcze na szczęście szansę w sierpniu.  


Wypad można byłoby uznać za stracony, ale ostatni dzień zrekompensował mi wszelkie wcześniejsze niedogodności. Najpierw Babcia zafundowała na obiad te wspaniałości widoczne powyżej. Uprzedzając rodzinny bulwers, były kupowane. Podobno w najlepszej miejscówce tuż za knajpą w Płaskiej (tam czynne dopiero od lipca). Oczywiście były dobre (moim zdaniem trochę za słone), ale babcine kartacze zwyciężają nawet nad cepelinami wileńskimi i żadne im nie dorównują. Później udałam się z Mamą na lumping, gdzie upolowałam najpiękniejszą, najcudowniejszą bomberkę i kilka innych skarbów. Wszystko w ekstra promocyjnych cenach. I jeszcze moi Włosi rozgromili i wyeliminowali obecnych mistrzów Europy, Hiszpanów. Zrobili to w mega pięknym stylu, zupełnie do nich nie podobnym. Tym bardziej zachwycającym.
Oficjalnie: pierwszy raz od nie wiem kiedy wypoczęłam na urlopie! Może dlatego, że miałam minimalną aktywność towarzyską. Teraz tylko czekać na ten długi urlop, który zapowiada się bardzo intensywnie. Czyli wrócę bardziej zmęczona niż gdy się na niego wybierałam. Ale o tym dopiero będę mogła opowiadać.

środa, marca 12, 2014

Marzec w bollywood


Te przeciągające się przeziębienie to jakiś kompletny mrok. Drugi tydzień z zatkanym nosem to stanowczo za dużo. Mam problem ze spaniem, siedzeniem na zajęciach, w pracy (tu więcej stoję) i teatrze, bo ciągle się duszę. Aż trudno uwierzyć, że tyle świństwa mieści się w moich zatokach. Jednak ludzki organizm produkuje miliony syfu!

Już nawet Disney i Ghibli nie ratują. W sumie za dużo bajek też nie jest zdrowe, można ulec przedawkowaniu animacją i nabawić się przesłodzenia. Szczególnie jak się ogląda wygładzone historie produkcji amerykańskiej. Po odstawieniu księżniczkowych opowieści zafundowałam sobie trochę przygody ("Piotruś Pan" - bardzo średni i mało ciekawy, "Tarzan" - świetny muzycznie i Edyta Olszówka jako Jane, "Alicja w krainie czarów" - mocno złagodzona i uproszczona wersja oraz "Bambi" - najukochańsza bajka), ale to niewiele pomogło. Przestawienie się na Studio Ghibli też nic nie dało, "Podniebna poczta Kiki" okazała się mało dramatyczna porównując np. Hauru. Narastająca chandra potrzebowała innego lekarstwa niż baśniowy świat. I zostało ono przynajmniej częściowo znalezione. Całkiem przypadkiem, bo ostatnio (chyba ponad rok) kompletnie się tym nie interesowałam, trafiłam na youtube na piosenkę z filmu z Shah Rukh Khanem. Od pierwszych dźwięków wiedziałam, że właśnie tego teraz mi trzeba. Okazało się, że jestem nieco do tyłu, jeśli chodzi o bieżącą filmografię SRK. Na szczęście król bolly gra obecnie w jednym filmie rocznie, więc musiałam nadrobić tylko dwa obrazy. Oczywiście każdy trwający ponad 3 godziny.



To "Jiya Re" z "Jab Tak Hai Jaan" tak przyciągnęło moją uwagę, że jak najszybciej musiałam obejrzeć pozostałe piosenki. Jednak oczywiście ta pierwsza okazała się ulubioną. Ostatni film Yasha Chopry (premiera odbyła się już po jego śmierci) jak przystało na mistrza bollywoodu jest melodramatem. Dramatem z elementami komediowymi, sensacyjnymi oraz pakietem piosenek. Na szczęście, wbrew panujące tendencji, mamy tylko jeden dyskotekowy hit z roznegliżowanymi tancerzami. Akcja w większości toczy się we współczesnym Londynie, więc ich całkowity brak byłby dziwny. Pozostałe utwory klasycznie dzieją się w realu oraz wyobraźni, głównie w charakterystycznych punktach miasta. Czasy Szwajcarii odeszły razem z latami 90-tymi, jednak teren górzysty nadal pozostaje ulubionym plenerem bollywoodzkich reżyserów (w części indyjskiej). 

Początek historii jest standardowy: biedny, pracowity chłopak z Pendżabu oraz bogata, religijna (wierzy w Jezusa) dziewczyna wychowana w Anglii. On świetnie śpiewa i gra na gitarze, ona potrzebuje nauczyć się tradycyjnej piosenki hinduskiej. W ramach wymiany, ona uczy go perfekcyjnego angielskiego, zaczynają się spotykać. I chłopak z Pendżabu pokazuje angielskiej dziewczynie jak się bawić, cieszyć, kochać, żyć. Ale... ona jest zaręczona (jak zwykle!). Początkowo dzielnie bronią się przez uczuciem, lecz miłość jest silniejsza. Tylko, że Meera ma tendencję do zawierania dziwnych umów z bogiem (Jezusem), gdy czegoś bardzo potrzebuje. Dlatego, gdy Samar ma wypadek motocyklowy prosi by bóg zachował go przy życiu, a w zamian obiecuje zakończyć ich związek. Pomimo próśb i błagań nie chce zmienić zdania. Samar postanawia wrócić do Indii i zostać saperem, by sprawdzić jak długo bóg Meery utrzyma go przy życiu. Po rozbrojeniu 98 bomby poznaje Akirę, wyzwoloną, nowoczesną hinduskę, która znajduje jego pamiętnik... I mamy INTERMISSION. Dalej proszę obejrzeć samemu. Co wygra, wiara czy miłość? Czy można pokonać boga? Czy można czekać całe życie na ukochaną osobę? (zaznaczymy nawet w bollywood nie zawsze mamy happy endy)

To mój ulubiony typ filmu bolly (jak "Kal Ho Naa Ho"). Trochę Indii, trochę Zachodu, wszystko wymieszane w idealnych proporcjach. Tylko nieco brakowało mi tradycyjnych strojów i obrzędów. Co prawda Meera ma na sobie kilka razy sari, ale mam wrażenie, że obecnie jest to strój nakładany jedynie na wyjątkowe okazje. SRK w najwyższej formie tanecznej i wizualnej, uwielbiam go w tej wersji z zarostem jak w "Chak De India". Powoli pojawiają się u niego zmarszczki mimiczne, ale tylko dodają mu uroku. I te wszystkie miny! Drganie ust jak się wzrusza, ten półuśmiech oraz gesty. Ale on całuje Meerę w usta (!!!), tego jeszcze nie było. Widać, że nawet bollywood musi iść z duchem czasu. Przyznam, że nie spodziewałam się po 80-letnim reżyserze, że pokaże tyle nagości i będzie mówił bezpośrednio o seksie. W końcu w Indiach to nadal temat tabu, choć może to własnie kino jest najlepszym miejscem by uświadamiać społeczeństwo.

Ogólnie "Jab Tak Hai Jaan" spełniło swoją rolę, leku na chandrę oraz nudę. Zapewniło pakiet zabawy i romantyczności na przyjemnym poziomie. Było inteligentnie, śmiesznie, wzruszająco, dramatycznie, a nawet nieco pouczająco. A "Jiya Re" jest idealnym dzwonkiem na przyjemną pobudkę.



Tak durnego filmu, to ja dawno nie widziałam. Nie mam pojęcia czym się kierował Szaruk decydując się na udział w tej produkcji. Chyba sukcesem kasowy (jego żona jest producentem tego obrazu), bo na pewno nie prestiżem i uznaniem krytyków. Fabuła prawdopodobnie miała na celu przybliżenie fanowi bollywood tradycji kollywood (tamilski przemysł filmowy). Oto mamy rozpuszczonego mieszkańca Mumbaju, który pomaga wsiąść do pociągu młodej tamilce, którą ściga trzech bandziorów. Mamy tu nawiązanie do "Żony dla zuchwałych", ale generalnie cały obraz jest napakowany motywami z innych filmów. Ciekawym zabiegiem miały być rozmowy głównych bohaterów za pomocą znanych piosenek hindi (zbiry rozumieją tylko po tamilsku), jednak wyszło to jakoś płytko i nieciekawe. Chyba, że miałam marne tłumaczenie, bo śpiewanie o WC było mocno głupawe. 

Historia klasyk: on z bogatej północy oraz ona z zacofanego południa, początkowo się nie cierpią. Ona ma poślubić zbira z sąsiedniej wioski, on nieco przez pomyłkę ją ratuje. Oczywiście po wielu kłótniach wychodzi, że się w sobie zakochali. A on ostatecznie z lekkoducha przemienia się w bohatera. W tle prochy jego dziadka w urnie, która aż dziwne ani razu się nie otworzyła.

Ogólnie "Chennai Express" przypomina trochę filmy z połowy lat 90-tych (bez Szwajcarii), ale w wersji mega przerysowanej. Nawet SRK gra tu średnio, o reszcie już nie wspominam. Na dodatek piosenki też nie przyciągają uwagi, ani tekstem, muzyką czy tańcem (którego jest stanowczo za mało). Skoro chcieli pokazać piękno i wyjątkowość południa mogli się bardziej postarać. Miałam nadzieję, że występ SRK w "Ra One" był jednorazową wpadką (tam historia była głupawa, ale przynajmniej z pomysłem), ale jak widać może być gorzej. Dobrze, że w ramach równowagi powstał JTHJ, przynajmniej na produktach Yash Rai zawsze można polegać.

sobota, marca 31, 2012

Paskudne choróbska

W ciągu ostatnich miesięcy pojawiło się kilka filmów, które łączy śmierć.
Nie chodzi o horrory z Kostuchą w roli głównej, ani opowieści o babci/dziadku, która/y przygotowuje się do odejścia wspominając dawne czasy. Nie są to dramaty o stracie ukochanej lub dziecka.
Filmy o 20-30-latkach, których nagle dopada śmiertelna choroba. Guz mózgu, rak kręgosłupa itp.
Skoro za jakiś czas dobiję do nieszczególnie magicznej 30-stki, ten temat w pewien sposób mnie dotyczy. Na szczęście nie posiadam osobistych doświadczeń. Ciąża, dzieci itd, tym żyje coraz więcej osób wokół. Nikt nie rozmawia o chorobach, chyba że chodzi o grypę, wysypkę lub najbardziej popularnego - kaca. A przecież zagrożenie z każdym rokiem jest coraz większe.


50/50
Czyli ulubiony kosmita walczy z rakiem kręgosłupa.
Uwielbiam Josepha! Nawet w durnowatych komediach romantycznych, typu "500 Days of Summer". W "50/50" nadal jest tym samym nieporadnym, prostodusznym 30-latkiem, który nie do końca ogarnia otaczającą go rzeczywistość. A tu nagle pojawia się śmiertelne zagrożenie. Nie są to kosmici, terroryści, ani psychopatyczny morderca. Coś z pozoru banalnego, choroba. O tak skomplikowanej nazwie, że filmie pojawia się tylko raz. Cytując Setha Rogena: "im dłuższa nazwa, tym gorzej".
Cała historia przedstawia kolejne etapy walki. Chemioterapia i jej następstwa, zdrada ukochanej, zgolenie włosów (Rogen jest tam genialny!), podryw na umierającego, odejście jednego z kumpli. Oczywiście pomiędzy wplata się miłość, do terapeutki - nieporadnej, prostodusznej 30-latki. Czy naprawdę podobieństwa się przyciągają?
Bohater nr 1 to rak, a wszystko inne tworzy tło. I oczywiście mamy happy end!


Restless
Czyli Gus Van Sant romantycznie z śmiercią w tle.
Van Sant lubi zaskakiwać. Tym razem zrobił uroczy film o miłości.
Enoch to zagubiony 20-latek, który stracił rodziców w wypadku. Cały jego świat się zawalił, co mu chyba całkowicie odpowiada. Czas spędza na pogrzebach i spacerach z wyimaginowanym przyjacielem - japońskim kamikaze z II Wojny Światowej. Poznaje Annabel, oczywiście na pogrzebie! Zakochują się, ale ona jest śmiertelnie chora. I znów mamy chemioterapię, wizyty w szpitalu itp.
Jednak to wszystko jest na drugim planie. Najważniejsza jest miłości i emocje Enocha, który ogólnie jest cholernym egoistą. Wszystko kręci się wokół niego. W niektórych momentach miałam ochotę kopnąć go porządnie w dupę! Annabel jest jednak bardziej cierpliwa i wyrozumiała, dzięki czemu wyprowadza Enocha na ludzi.
Bohater nr 1 to miłość, która śmierci pokonać nie potrafi, ale pomaga sobie z nią poradzić. Mini Happy End.



Do rana
Czyli ostatnia noc na ziemi, a może pierwsza prawdziwa.
Elliot to wybitny informatyk, złote dziecko elektroniki, twórca jakiegoś super zajebistego programu komputerowego. Co jednocześnie oznacza, że całe życie licealne, a tym bardziej studenckie go ominęło szerokim łukiem. Taki aspołeczny dziwak. Poznajemy go dzień przed operacją. Nie jest to wycięcie wyrostka, ani trzeciego migdałka. Mówimy o usunięciu guza mózgu, czyli na sali operacyjnej będzie czekał Dr McDreamy z "Grey's Anatomy".
W wyniku przypadkowej wizyty w kawiarni Elliot poznaje Chloe. W tym momencie rozpoczyna się jego najlepszy dzień w dotychczasowym życiu. Chloe to typowa 20-to parolatka. Zajmuje się fotografią, dorabia w kawiarni, a wieczory spędza z grupą przyjaciół. Ach, te szalone życie studenckie. Koncerty, domówki, zabawy przy ognisku i oczywiście alkohol.
W to wszystko wpada Elliot, i łał (!!!) poznaje szczęście, radość i zabawę. Oczywiście rano sielanka się kończy i dwójka bohaterów wyrusza na spotkanie z Dr Shepardem. Ale coś się zmieniło, pojawia się chęć walki oraz nadzieja na happy end.
Bohater nr 1 to odkrycie, że w życiu najważniejsze są relacje z innymi ludźmi. One dają szczęście i nadzieję. Zakończenie otwarte.