Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oskary. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oskary. Pokaż wszystkie posty

niedziela, lutego 26, 2017

Tra La La (Land)


W ramach zbliżających się wielkimi krokami Oskarów, postanowiłam się wypowiedzieć na temat tegorocznego faworyta. Zarazem zdecydowanego zwycięzcę, jeśli chodzi o liczbę nominacji - 14! Taki sam wynik do tej pory osiągnął jedynie Titanic (ostatecznie zdobył 11 statuetek) oraz Wszystko o Ewie (6 statuetek). Już wkrótce zobaczymy, czy uda mu się pobić rekord tego pierwszego. Osobiście mam nadzieję, że nie. Przynajmniej w kategoriach Najlepszy Aktor, Najlepsza Aktorka, Najlepszy Scenariusz Oryginalny. Tu mam lepszych, bardziej zasłużonych kandydatów. Jeśli chodzi o resztę... niech zwycięża, nawet może (i pewnie zgarnie) nagrodę za Najlepszy Film. Na zdrowie!
Czemu? Bo ludzie, my, potrzebujemy pozytywnych filmów! Szczególnie w obecnych czasach, gdzie głównie królują obrazy dramatyczne i sensacyjne. Zwyczajnie ciężko jest, wybierając się do kina, znaleźć coś sympatycznego, a jednocześnie nie będącego durnowatą komedią lub kolejną produkcją Marvela (DC stawia na durnowatość i mroczność). Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, co miałabym oglądać gdyby nie istniały kina studyjne. Przypuszczam, że statystyczny Amerykanin ma jeszcze trudniejszy dostęp do dzieł niewchodzących do głównego, mainstreamowego nurtu. Romanie Gutku, dzięki Ci za kino i festiwale.
Owszem, nie uważam La La Land za wybitne dzieło, raczej zupełnie przyzwoitą komedię muzyczną. Nie mylmy tego gatunku z musicalem, bo do tego zdecydowanie mu daleko. Damien Chazelle i Justin Hurwitz twórcami kolejnego już filmu muzycznego. Jak widać mają do tego zdecydowany dryg. Whiplash byłam zachwycona, ale nie ma co ukrywać, nie było to kino miłe i przyjemne. Za to mocno wgniatające w fotel, długo zostające w głowie i uszach.  Swój kolejny, wspólny film zrobili bardziej pozytywny, ale też niecukierkowy, na szczęście! Wszelkie zarzuty jakie słyszę odnośnie tego obrazu dotyczą właśnie, o dziwo, strony muzycznej. Spowodowane jest to głównie tym, jak był on reklamowany. Niestety jako musical, którym przecież nie jest. Owszem mamy sceny tańca, kilka piosenek. Są one jednak tylko atrakcyjnym dodatkiem, a nie częścią narracji. A na pewno nie w takim stopniu, jak mamy to w prawdziwych broadwayowskich spektaklach. Z których spora większość została przeniesiona na ekrany kinowe. Tu mamy do czynienia z oryginalnym scenariuszem stworzonym przez dwóch kolesi po 30. Dlatego nie można po nich oczekiwać, że nie nakręcili kolejnego Chicago lub Nine. Zatrudnili w rolach głównych Goslinga i Stone, którzy mają świetną chemię ekranową, ale nie są przeszkoleni muzycznie. Trudno, nie to miało być najważniejsze. Chazelle postawił właśnie na chemię między aktorami. Tak, jak w Whiplash na charyzmę J.K. Simmonsa. W La La Land liczą się główni bohaterowie i ich marzenia, a nie perfekcyjny śpiew czy taniec. Ma być pięknie, a jednocześnie nostalgicznie. Jak w filmach z czasów Technicoloru Hollywood. 
Oskary, to nie święto ambitnego kina, od tego Ameryka na Roberta Redforda i Sundance. Tu liczą się masowi widzowie, a przede wszystkim wielkie wytwórnie i ich kasowe wpływy. Dlatego często decyzje komisji są bardzo przewidywalne, co niekoniecznie oznacza, że wygrywa najlepszy. Jak było widać na przykładzie zeszłorocznej gali, DiCaprio musiał wreszcie dostać nagrodę, choć nie trafiło na jego najlepszą rolę. Bywa... było, minęło. Zupełnie nie dziwi mnie, że La La Land ma tyle nominacji. Zwyczajnie wyróżnia się na tle pozostałych obrazów. Jest powiewem świeżości i hołdem złożonym dawnemu Hollywood, gdzie marzenia się spełniają. Choć należy uważać o czym się konkretnie marzy. Ja na przykład dziś marzę, że w nocy Isabelle Huppert i Casey Affleck otrzymają swoje statuetki.    

czwartek, marca 31, 2016

Marcowy wycieczkowy chillout


Muszę przyznać, że praktycznie cały marzec obijałam się kinowo. W szczególności chodzi o wysokiej klasy filmy niedostępne w multipleksach. Choć pewnie niektóre są tam puszczane. Owszem odwiedzałam ukochane NH, ale jedynie w ramach akademii polskiego. Taki teraz czas, że po sezonie oskarowym następuje chwilowy zastój i niewiele się dzieje. Można nieco odpocząć, wyłączyć przegrzane szare komórki. Oczywiście także nadrobić zaległości lub w moim przypadku nawet zawitać do multipleksu na zabawę dla mas (ale bez popcornu). Dokonałam tego aż dwukrotnie w przeciągu 4 dni w dwóch różnych miastach! Muszę przyznać, że ogólnie nie jest najgorzej. Jednak smród przypalonego popcornu, a w szczególności ten ciąg durnowatych reklam jest przytłaczający. Za drugim razem byłam już lekko podirytowana pakietem sponsorskim i z utęsknieniem wspomniałam NH czy DCF. No, ale gdzie indziej miałam obejrzeć "Deadpoola"?
Poza lenistwem kinowym udzieliło mi się również lenistwo imprezowe. Jak mogło by inaczej skoro w większość weekendów  przebywałam poza Wrocławiem. Bycząc się na "stosiowej" kanapie z pakietem krówek pod ręką, podziwiając pejzaże wałbrzyskie lub ładując akumulatory i garderobę w Puszczy. A wszystko z kolejnymi lekturami w dłoni. 
I właśnie tego było mi trzeba! Nadrobiłam gigantyczne zaległości książkowe, spotkałam kochane osoby, formalnie odpoczęłam. Dlatego z czystym sumieniem zamówiłam karnet na NH i znów (po latach) w pełnym pakiecie będę mogła zanurzyć się w kino artystyczne. Możliwe, że to ostatni raz, zobaczymy.
Jedynymi istotami niezadowolonymi z moich wycieczek były dwa łobuzy pozostawione pod opieką G. W ramach rekompensaty cały praktycznie kwiecień przesiedzę w mieście. Chodząc do kina, na party i planując co, gdzie i jak. Czyli dla odmiany miejski kwietniowy chillout. 

niedziela, stycznia 24, 2016

Kryzysu filmowego ciąg dalszy


Trzymając się postanowienia: maksymalnie jeden film dziennie, oglądam oskarowe nominacje i z każdym kolejnym obrazem jestem coraz bardziej zawiedziona. Z niewielkimi wyjątkami, oczywiście, ale o nich innym razem. Obejrzałam już wszystkie dzieła nominowane do głównej nagrody, oprócz "Mostu szpiegów" Spielberga. To postanowiłam sobie darować z premedytacją, gdyż nic nie zachęciło mnie do tego typu poświęcenia. Muszę przyznać, że członkowie Akademii (nad ich głowami już zgromadziły się czarne chmury przez podejrzenie o dyskryminację rasową) chyba typowali na chybił trafił lub nie mieli w czym wybierać. Druga opcja jest jednak mało prawdopodobna. Serio "Mad Max" lub "Brooklyn"? Nie twierdzę, że to złe filmy, ale raczej zaliczyłabym je do klasy przeciętnych, do oglądania z nudów. A tu proszę, znajdują się w gronie 8 najlepszych obrazów minionego roku. 
Tylko czy pozostałe tytuły również zasługują na to miano? Moim zdaniem właściwie tylko dwa: wspaniały, wciągający i wzruszający "Room" oraz bulwersujący i doskonale zagrany "Spotlight". Reszta... kompletnie bez szału. Owszem warto zobaczyć "The Big Short" dla Christiana Bale'a, ale całość jakoś wydaje się niespójna i chaotyczna. Co nawet widać po grze pozostałych (aktorów z pierwszej półki), nawet ich nie wciąga opowiadana historia. "Marsjanin", czyli najlepsza komedia/musical roku (sic!) zrobiona w typowo amerykańskim/hollywoodzkim stylu. Ridley Scott doskonale potrafi manipulować emocjami, wzruszać do łez cukierkową opowieścią. Cholera w tym filmie nie ma żadnego negatywnego bohatera, nawet Chińczycy poświęcają swoje ściśle tajne plany dla jednego porzuconego botanika (och jakie to szczęście, że nie zostawili programisty, ona by raczej ziemniaków na Marsie nie wyhodowała!). Do oskarowej 8 brakuje, tylko "Zjawy"... filmu na którym tak mocno się zawiodłam, że aż robi mi się słabo z jego powodu. Jak Inarritu mógł zrobić coś takiego po wspaniałym "Birdmanie" czy "Amores perros"? Skąd pomysł na tak nudny i bezsensowny scenariusz? Doświadczony traper daje się zaskoczyć niedźwiedzicy z małymi, odzyskuje siły po walce z 200 kg grizzly, a jego syn umiera od jednej rany nożem, serio? I do tego te wizje nic nie wnoszące do fabuły, tylko dodatkowo przeciągające. Jedyne co jest dobre w tym filmie, to zdjęcia (no piękna i surowa ta dawna Ameryka, ehh!), charakteryzacja i Tom Hardy (jak zwykle!). Ani Leo, ani Inarritu nie zasłużyli na zwycięstwo. Ale cóż Leo już tak długo czeka, że dziś na pudlu wyczytałam, że chce zagrać Putina, więc może lepiej niech dostanie tego Oskara.
Twórca "Birdmana" nie jest jedynym reżyserem na którym się w ostatnim czasie zawiodłam. Do tego niechlubnego grona muszę dorzucić Tarantino za marną "Nienawistną ósemkę" (czy to jakieś pokrętne nawiązanie do 8 najlepszych filmów?), gdzie nawet muzyka, jej brak, nie bronią obrazu, a tym bardziej przegadanej fabuły. Todda Haynesa za zbyt grzeczną "Carol". Dobrze zagraną i piękną od strony wizualnej, jednak po twórcy "Velvet Goldmine" i "Mildred Pierce" spodziewałam się większej odwagi i śmiałości. Szczególnie jak się widziało "Życie Adele", to relacja ukazana w "Carol" trąci pruderią. O Ridley'u już wspomniałam wcześniej... Po "Joy" Russella jakoś też nie spodziewam się rewelacji, ale tu mogę się jeszcze mylić. W tym tygodniu zobaczę "The Danish Girl" i mam nadzieję, że przynajmniej nie zawiodę się na Eddiem. 


Przyznam, że nie wiem jakim cudem "Steve Jobs" nad którym zachwycałam się jesienią został praktycznie pominięty przez Akademię. Owszem Fassbender i Winslet mają nominacje, ale gdzie Boyle (reżyseria) i Sorkin (scenariusz)? Mogłabym wymienić jeszcze kilka obrazów, które spokojnie mogłyby zdobyć złotą statuetkę. Cóż nie jestem członkiem Akademii... Na szczęście w kategorii filmu zagranicznego są mocne pozycje, na czele z arcydziełem widzianym wczoraj (ach!) "Syn Szawła" oraz delikatnym i klimatycznym "Mustangiem". Jak widać w obecnych czasach najlepiej liczyć na kino europejskie, amerykańskie/niehollywoodzkie oraz debiutantów (Laszlo Nemes) i reżyserów, którzy dopiero zaczynają swoją drogę - Lenny Abrahamson "Room", a wcześniej "Frank", czy Tom McCarthy "Spotlight", wcześniej bardzo dobry "Drużnik". 
Jak podaje prasa, w Akademii mają nastąpić wielkie zmiany, czy one rzeczywiście coś zmienią zobaczymy. Zawsze (och, na szczęście) oprócz hollywoodzkich nagród mamy własne europejskie, a także warto pamiętać o Toronto a przede wszystkim Sundance, które obecnie trwa.

niedziela, czerwca 07, 2015

Wojna jest passe ale ciągle trwa


Najnowszy film Clinta Eastwooda "American Sniper" pokazuje, że w kinie amerykańskim nastąpił przesyt filmów wojennych, oczywiście dotyczących tematyki współczesnej amerykańskiej wojny. Po licznych nominacjach, w tym oskarowych, na półkach twórców znalazło się bardzo niewiele statuetek. Dla przykładu Oskar otrzymał tylko duet czysto techniczny, zajmujący się montażem dźwięku. Sam film ogląda się w miarę dobrze, choć się nieco dłuży. Mamy historię żołnierza z powołania, Chris uważa za swój narodowy obowiązek obronę zaatakowanej ojczyzny. Jest prostym kowbojem, który nie ma problemów ze spełnianiem rozkazów i wypełnianiem poleceń. W końcu tak został wychowany, należy chronić swoich nawet za najwyższą cenę. Czytaj zabijać wrogów kraju, nawet gdy są nimi dzieci lub kobiety. Prawdopodobnie między innymi dlatego zostaje najlepszym snajperem w amerykańskiej armii. On wierzy w słuszność sprawy. Jednocześnie uzależnia się od kolejnych tur służby, nie potrafi wysiedzieć w domu, z rodziną. Dopiero z czasem i po groźbie opuszczenia postanawia skończyć z misjami. Zostaje w kraju, choć nadal wspiera armię, pomaga weteranom wrócić do codzienności.
Eastwood tworząc swój film skorzystał z prawdziwej historii amerykańskiego bohatera. Pewnie dlatego, osiągnął tak wielki kasowy sukces. Amerykanie kochają herosów, nawet jeśli obecnie większość społeczeństwa jest przeciwna wojnie. Na szczęście Bradley Cooper pokazuje, że superbohater nie musi być patetyczny, dosadny i zuchwały. Jego postać nie jest idealnym żołnierzem, będącym bez skazy. Została zagrana w sposób subtelny i w pewien sposób bierny. Chris jest gburowaty, ale w pozytywnym znaczeniu, mało mówi (raczej mamrocze przez zarośniętą brodę), nie podważa rozkazów, dba o towarzyszy i nie jest wylewny w uczuciach. Jednak ma jasny cel - chronić swoich bezbronnych przed tymi "złymi". Cała biograficzna historia jest przedstawiona realistycznie od początku do końca. Eastwood podobnie jak nasz bohater nikogo nie ocenia, nie dyskutuje czy wojna ma sens. Stara się obiektywnie przedstawić poszczególne wydarzenia i to jest największa zaleta tego filmu.

























To ciekawe, że obecnie specjalistką od filmów wojennych (oczywiście piszę tu o wojnie w Iraku i Afganistanie) jest kobieta - Kathryn Bigelow. Za "The Hurt Locker" otrzymała jako pierwsza w historii kobieta-reżyser Oskara, a za "Wroga nr 1" miała nominację za najlepszy film (została pokonana przez wspaniałą "Operację Argo", też nawiązującą do klimatów wojennych). Przyznam, że oba te filmy były nieco przy długie - wiem regularnie na to ostatnio narzekam, jednak wyrosłam wreszcie z fascynacji dziełami które trwają ponad 120 minut a spokojnie mogłyby zamknąć się zamknąć w powiedzmy 95. 
Pierwszy film nie zrobił na mnie wyjątkowego wrażenia, choć nie mogę powiedzieć był bardzo dobry. Ograbił walki zbrojne a także samych żołnierzy z patosu i mitu o bohaterstwie, tak popularnego w kinie (męskim) amerykańskim. Pokazał dużych chłopców, którzy kochają ryzyko i zabawy z bronią. Wyjazd na misję jest dla nich świetną ucieczką przed codziennym życiem, w którym sobie nie radzą za dobrze. Bo kto w pełni normalny zostaje saperem? W armii i w czasie walki masz szansę na ciągły haj adrenalinowy. A jak nie lubisz słuchać rozkazów to zawsze pozostaje zostać najemnikiem i współczesnym łowcą nagród. Gorzej dla tych co zostają w domu i ciągle myślą czy wrócisz w jednym kawałku.
"The Hurt Locker" to męskie, twarde kino, za to "Zero Dark Thirty" pokazuje wojnę z perspektywy kobiety, agentki. Ona nie walczy bezpośrednio na terytorium wroga, nie trzyma karabinu w dłoniach. Jej bronią jest technologia oraz analityczny umysł. Oglądałam ten film w przerwie pomiędzy odcinkami ostatniego sezonu "Homeland", trwało to chyba z 3-4 dni (taka nowa przypadłość za długie obrazy oglądam w częściach).  W którymś momencie byłam tak zapętlona w obie historie, że już nie wiedziałam czy poluje na Bin Ladena czy walczę z wrogimi Pakistańczykami próbując uwolnić najlepszego przyjaciela. Czyli jednak! Wkręciłam się w kino wojenne! Czemu? Mam kilka przypuszczeń. Kobieta jako główna bohaterka, czyli łatwiej jest się utożsamiać z postacią. Jej motywacja, początkowo czysto teoretyczna i beznamiętna, z czasem zmienia się w chęć zemsty za śmierć bliskich osób - to można w pełni zrozumieć, w odwrocie do uzależnienia od życia na krawędzi czy tak zwanej miłości do ojczyzny. Fabuła, która miesza kino akcji z dramatem, a przede wszystkim z filmem szpiegowskim. To chęć poznania, rozwiązania zagadki (miejsca pobytu wroga) spowodowała, że nie zrezygnowałam z oglądania po pierwszych 40 minutach. 
Uważam, że drugie dzieło Bigelow jest dużo lepsze niż pierwsze i oba zostały zniszczone przez Oskary. "The Hurt Locker" zdobył ich za dużo i ma się wobec niego za duże oczekiwania. "Zero Dark Thirty" mógł otrzymać statuetkę jedynie w kategorii technicznej, bo nie wypada nagradzać tej samej ekipy. Szkoda. Zobaczymy co kolejnego zrobi specjalistka od kina wojennego.


"Homeland" to jeden z moich ulubionych seriali. Jak już wiadomo nie przepadam za klimatem wojennym a seriali o tej tematyce staram się wręcz unikać. Jednak perypetie agentki CIA i jej współpracowników oglądam z zapartym tchem. Porównując z tym na przykład przygody Jamesa Bonda są nudne i przewidywalne. Za to w rzeczywistości wykreowanej przez Showtime nawet nic nie znaczące wydarzenia mogą się okazać kluczowe. A najważniejszym przesłaniem jest, że "nie można ufać nikomu, nawet samemu sobie". Co w przypadku Carrie i jej choroby psychicznej (spoiler!!!) jest jak najbardziej na miejscu. 
O ile pierwsze dwa sezony były ok (rodzina Brodego była lekkim zgrzytem w fabule), to szaleństwo jakie następuje po finale w Langley jest świetne. Psychoza i fobie narastają, aż nie potrafię zliczyć ile razy dałam się nabrać scenarzystom kto jest wrogiem a kto przyjacielem. Wszystko się zmienia jak w kalejdoskopie. Coś tym jest, że niektórzy mają niesamowitą wyobraźnię i do takich ludzi można zaliczyć autorów "Homeland". Jak doskonale określił kolega Z. jeśli obmyślałaś wszystkie, nawet najbardziej nieprawdopodobne zakończenia sezonu to i tak nie trafiłaś. Oni są lepsi i właśnie znów wbili cię w fotel. Oczywiście jak bywa w serialach są odcinki słabsze i lepsze. Jednak siłą tej serii jest trzymanie się określonego pomysłu i sukcesywne jego realizowanie, nawet jak widzowie i szefostwo stacji kręcą nosem. Całe szczęście! Po wakacjach 5 sezon. Twórcy zapowiadają przeskok w czasie o 2 lata i Berlin. Carrie opuściła CIA, ale czy Agencja i Saul opuściły ją? Z kim i o co tym razem będzie walczyć?
  

poniedziałek, kwietnia 20, 2015

Człowiek-nietoperz a może człowiek-ptak? Ale czy to ważne...


Szanowni Państwo w najważniejszych kategoriach Oskara zdobywa... "Birdman" (tutaj mamy oklaski i wiwaty). Opowieść o człowieku-ptaku, choć może tak naprawdę historia pierwszego odtwórcy człowieka-nietoperza. Czy tylko? Gdyby jego reżyserem był ktoś inny możliwe, że tak. Jednak Inarritu jest autorem niejednoznacznych obrazów, lubiącym łączyć kilka opowieści w niekoniecznie spójną całość. Zebrał świetną ekipę, każda postać jest perfekcyjnie dopasowana. Kamera podąża po wąskich, klaustrofobicznych pomieszczeniach w broadwayowskim teatrze. Trochę przestrzeni otrzymujemy w scenach na dachu, gdzie wreszcie wszyscy mogą powiedzieć co naprawdę czują. Świerze powietrze działa jak eliksir prawdy, choć dla aktorów prawdziwe życie toczy się tylko na scenie.

Keaton przywdział lateksowy kostium Batmana, gdy Thor i reszta drużyny Avengersów bawiła się w superbohaterów klockami Lego. Walczył z Jokerem bez pomocy komputerowych speców. Wszystko wtedy (początek lat 90.) opierało się na inwencji twórczej ludzi od efektów specjalnych, kostiumografów, charakteryzatorów i innych mistrzów drugiego planu. Z ich i Keatona pomocą Tim Burton stworzył dwa klasyki komiksowego świata. Przyznam, że już się obecnie pogubiłam z kim i kiedy walczą obecni herosi (może z wyjątkiem Lokiego). Za to Joker, Pingwin i Kobieta-Kot niezmiennie trwają w mej pamięci. Ach ten kostium Michelle Pfeiffer, który jej bohaterka sama uszyła z lateksowego płaszcza i białej nitki!
Michael Keaton był gwiazdą ekranu do połowy lat 90. Mistrz komedii romantycznych, pierwszy superbohater Ameryki (nikt już wtedy nie pamiętał o filmowym Supermanie, królowała wersja "S" na srebrnym ekranie, gdzie pierwsze skrzypce grała Lois Lane a nie człowiek z peleryną). Potem musiał ustąpić miejsca młodszym, przystojniejszym. Może nie do końca lepszym, raczej nadążającym z rozpędzonym czasem nowego wieku i ery efektów komputerowych. Dlatego oglądając Birdmana ma się wrażenie, że Keaton gra samego siebie - obalonego króla ekranu który pragnie odrodzenia na deskach teatru. Tylko jak osiągnąć sukces, gdy własne heroiczne alter ego bojkotuje cały projekt. Nie wspominając o negatywnie nastawionej pani krytyk, nie dopieszczonej kochance, lekko niezrównoważonej córce, gwiazdorze marzącym by ukraść show, niedowartościowanej scenicznej partnerce i innych czysto techniczno-finansowych problemach. Riggan walczy z całych sił, czy jednak choć przez chwilę ktoś siedzący przed ekranem wierzy w jego zwycięstwo? Czy ktoś chce by wygrał, pokonał system? Przyznam, że ja początkowo owszem ale z każdą minutą filmu coraz mniej. Bo emerytowany superbohater jest zapatrzonym w siebie egoistą, który w dupie ma córkę, kochankę, ekipę. Właściwie nie obchodzi go sztuka, liczy się tylko powrót na szczyt, aplauz publiki, blask fleszy. Przez to jedyną osobą która wywołuje w nim lęk jest pani krytyk. Nie bez przyczyny ukazana jako dystyngowana starsza pani, ona nadal pragnie by teatralna scena należała artystów, aktorów, a nie gwiazd i celebrytów. 
"Birdman czyli nieoczekiwane pożytki z niewiedzy" to oczywiście próba rozliczenia z współczesną pop-kulturą. Ukazanie jej wad i wpływu na ludzi próbujących w niej egzystować. Coś w tym jest, że coraz więcej tzn. "sław" skupia się jedynie na zdobyciu popularności. Nieważne czy na podstawie dobrej bądź złej reputacji. Nie liczy się co o nas mówią, najważniejsze że mówią. Jeśli o nas zapomną to przestaniemy istnieć. Tak myśli Riggan - dramatyczna końcówka nie pokazuje jego poświęcenia dla sztuki, ale chęć zdobycia nieśmiertelności. W pogoni za nią zapomniał, że w dzisiejszym świecie łatwo ją zdobyć na 5 minut, ale by ją utrzymać trzeba być superbohaterem. Takim typem człowieka jak Mike (dawno nie widziany bez kostiumu Edward Norton), który żyje prawdziwie na scenie. Poza nią niestety nie potrafi normalnie funkcjonować. Ale czy to ważne, skoro jest artystą i gwiazdą a na dodatek tłumy go uwielbiają? 

sobota, lutego 21, 2015

Oskarowe choroby


Wielkimi krokami zbliża się wieczór rozdania najbardziej popularnych nagród filmowych na świecie. Dyskusyjne jest czy są to najważniejsze i najbardziej prestiżowe statuetki. Na pewno najbardziej komercyjne, ale już raczej nie budzące większych emocji. Od jakiegoś czasu mówi się o tym jak bardzo stały się przewidywalne. Większą ekscytację wywołują nominacje a zwłaszcza kreacje poszczególnych gwiazd i gwiazdek niż sami zwycięscy udający zaskoczenie zdobyciem nagrody. Zdaje się, że jury powoli idzie na łatwiznę i bazuje na innych tego typu wyróżnieniach m. in. Gildii Krytyków, Reżyserów, Aktorów itd. I co im się dziwić, skoro są to ludzie zasiadający także w tych komisjach.

O ile w kategorii najlepszego filmu niekiedy zdarzają się niespodzianki (byłoby wspaniale jakby wygrał "Grand Budapest Hotel" lub "Whiplash" ale pewnie padnie na "Teorię wszystkiego"), to nagrody aktorskie są z góry przesądzone. Podobno nawet bukmacherzy nie przyjmują na nie zakładów. W tym roku najlepszymi kreacjami mają zostać choroby XXI wieku - Alzheimer oraz ALS (stwardnienie zanikowe boczne). Obie są nieuleczalne i neurodegeneracyjne, czyli powodują zanik komórek nerwowych. Pierwsza atakuje duszę, a druga ciało. Co gorsze?

 
Jakiś czas temu bardzo psioczyłam na Julianne Moore za jej rozhisteryzowaną kreację w "Maps to the stars". W przypadku "Still Alice" nie mogę powiedzieć ani jednego złego słowa, wręcz odwrotnie jestem zachwycona. Moim zdaniem bije konkurencję na głowę w wyścigu po Oskara. Co prawda nie widziałam jeszcze Reese Witherspoon w "Dzikiej drodze", ale słodka blondynka (z nieco za dużą, amerykańską szczęką) jako brzydka narkomanka to już było (Charlize Theron w "Monster").
 
"Still Alice" nie jest dramatem jednej osoby, to tragedia całej rodziny, która musi poradzić sobie w nowej, nie dającej nadziei sytuacji. Oczywiście pierwsze skrzypce gra Moore jako przebojowa Alice Howland - uznana pani profesor, kobieta nowoczesna, potrafiąca pogodzić karierę z życiem rodzinnym. Uważam, że jest to jedna z jej najlepszy ról. Jest szczera i naturalna, w sytuacjach żenujących i tych wzruszających nie można wychwycić ani odrobiny sztuczności. Gra jakby na własnej skórze doświadczała kolejnych etatów tracenia samej siebie. Generalnie olbrzymim atutem całego filmu jest brak patetyzmu i moralizatorstwa, którego ostatnio nie cierpię. Cały przebieg choroby, a także wszystkie postacie są ukazane w sposób obiektywny, twórcy nikogo nie oceniają, zostawiają to widzom. Ale jak można tu kogokolwiek osądzać i krytykować? Nie da się przewidzieć własnego zachowania w obliczu tragedii, najlepsi ludzie niekiedy nie potrafią radzić sobie z cierpieniem i bezsilnością bliskich. Oczywiście Hollywood to Hollywood, więc ostatecznie na placu boju pozostaje "czarna owca" rodziny, ci idealni poddają się, uciekają. Czy można ich winić? Nie wydaje mi się, przecież próbowali, ale jak widać Alzheimerem nie da się pokonać. Niestety bohaterem zostaje najsłabszy element filmu, czyli "jedna-krzywa-mina" Kristen Stewart. Drewniana i rozczochrana jak zwykle. Ciągle nie pojmuję jej fenomenu.
 
Przyznam, że najbardziej przerażające w całej historii jest, że choroba (w tym wypadku konkretnie geny) nie wybiera. Nie ważne,  że Alice prowadzi zdrowy, aktywny tryb życia, regularnie się bada. Jest przykładem dla swoich dzieci, studentów i innych ludzi. Pomimo szybkiego wykrycia walka jest  właściwie przegrana. Leki niwelują objawy, ale nie postęp choroby. Alzheimer jest przerażającym schorzeniem, szczególnie dla najbliższych chorego. Alice powoli znika, jej osobowość rozmywa się. Jest osobą, która pracuje umysłowo, wykłada zawiłości lingwistyczne na uczelni. Dlatego zaniki pamięci są u niej szczególnie uciążliwe i bolesne. Oczywiście dla niej to straszne doświadczenie. Jednak na zaawansowanym etapie już nie czuje różnicy, po prostu nie pamięta kim była. To jej mąż oraz dzieci cierpią najbardziej. Jej z każdą kolejną minutą filmu ubywa, zostaje jedynie pusta skorupa, a rodzina zaczyna uciekać, odcinać się. Trzeba mieć wielką odwagę by żyć z człowiekiem, który wygląda jak ukochana osoba ale nią już nie jest. "Still Alice" nie ma happy endu, ale pokazuje nieświadomym widzom jak walczyć nawet w przegranej sprawie. Alice próbuje, w świadomych chwilach nadal stara się być dawną osobą (scena gdy wygłasza wykład na temat własnego przypadku jest świetna).
 


Lubię Eddiego Redmayne'a i uważam, że jest wszechstronnym aktorem, ale czy Stephen Hawking jest wart Oskara? Nie jestem pewna. Tu konkurencja jest bardzo wyrównana, szczególnie w osobie Steve'a Carella który dał popis w "Foxcatcherze". Amerykanie uwielbiają swoich bohaterów narodowych, a do nich na pewno obecnie zalicza się Chris Kyle w wykonaniu Bradley'a Coopera. Sam Cooper mnie ciągle zaskakuje, on chyba gra we wszystkim co mu agent podsunie, bo perełki mieszają się na równi z gównem w jego karierze.

"Teoria wszystkiego" moim zdaniem jest nudna i przy długa. Twórcy chyba nie do końca się zdecydowali o czym ma być film. Z jednej strony mamy historię miłości Jane do Stephena, bo nie oszukujmy się od razu widać kto tu kogo kochał bardziej lub wychował się w purytańskiej rodzinie gdzie dane zachowanie było wskazane (nie radzisz sobie z chorym mężem i dwójką dzieci, to zapisz się do kościelnego chóru - nie ma jak złote rady matki!). Z drugiej jest ALS, czyli stwardnienie zanikowe boczne, które powoli paraliżuje cały organizm bohatera. Ta część jest zagrana rewelacyjnie, choć nacisk został położony jedynie na fizyczną stronę choroby. Wiem, że przy tym schorzeniu granie ciałem jest trudne, ale Hawking dopiero w końcówce filmu przestaje mówić. A o jego emocjach nie wiemy praktycznie nic od momentu postawienia diagnozy. I na koniec trzeci element - geniusz i odkrycia naukowe, które na nie szczęście zostały potraktowane mało profesjonalnie. Niby wszyscy wiedzą, że Hawking jest bogiem współczesnej astrofizyki, ale mi w filmie zabrakło konkretów. Więcej poświęcono jego początkowemu niezdecydowaniu w wyborze pracy doktorskiej niż późniejszym badaniom. 

Mam wrażenie, że tak na serio to dostaliśmy opowieść o Jane, która poświęciła swoje życie dla schorowanego męża geniusza. Niby inteligentna, wykształcona kobieta, a sama wpakowała się w bycie opiekunką. I wcale nie z miłości, po prostu tak została wychowana. Felicity Jones męczy się w roli męczennicy i ciężko się ją ogląda. Za to Eddie rzeczywiście wypada świetnie i autentycznie. Stephen zawsze słyszał, że jest wyjątkowy i wiele osiągnie. Jest pewny siebie, a z postępem choroby staje się skupionym na sobie egoistą. Gdy zapada wyrok/diagnoza jedynie myśli o swoich teoriach, Jane jest tylko tłem. Widać, że w pewien sposób kocha ją i dzieci, ale nauka i prestiż są najważniejsze. Dlatego z upływem lat coraz bardziej potrzebuje opiekunki, a nie ukochanej. ALS powoduje, że człowiek staje się inwalidą uwięzionym we własnym ciele, ale nadal jest sobą. Jeśli jest wystarczająco silny psychicznie, przy obecnych możliwościach techniki może osiągnąć praktycznie wszystko. Trzeba mieć jednak jakiś cel, wyzwanie. Stephen Hawking jest tego idealnym przykładem.