Pokazywanie postów oznaczonych etykietą foto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą foto. Pokaż wszystkie posty

środa, lutego 15, 2017

Pocztówki z Barcelony


Trochę na spontanie udaliśmy się w podróż do Barcelony. Decyzja została podjęta podczas listopadowego, rodzinnego wieczoru. Uznaliśmy, że warto przy okazji tanich lotów i darmowego noclegu, udać się do stolicy Katalonii. Początkowo mieliśmy lecieć w czwórkę, ale ostatecznie była nas piątka (team szwagrów nie może być rozdzielany, szczególnie jak namiętnie gra w Hungry Shark!). I tak w styczniowy, śnieżny wieczór znaleźliśmy się na wrocławskim lotnisku. Polska zima nie chciała wypuścić nas ze swych objęć, 2 godziny spędziliśmy w samolocie czekając, aż śnieżyca minie i pas startowy zostanie oczyszczony z pokrywy lodowej. Z takim opóźnienie dotarliśmy do Girony, a tam przywitała nas ciepła noc i pastewny (wg niektórych ośli) zapaszek.
 

Uciekając od zimowej szarówki nagle znaleźliśmy się w słonecznym raju. Owszem po pierwszej euforii przypomnieliśmy sobie, że temperatura 14-15 stopni, to wcale nie upał. Należało zapiąć kurki, zawinąć się w szaliki i nałożyć czapki. Szczególnie dotyczyło to mnie, gdyż podróż (a właściwie czekanie na nią) nadwyrężyły moje siły i przeziębienie wygrało. Starałam się trzymać jak najlepiej, jednak co wieczór padałam ledwo żywa. Co nie zmienia faktu, że pomimo potwornego bólu gardła i smarkania, było warto. Nie tylko dla pysznego wina w baniaczkach oraz cudownego słońca...
 

... morza i miejskiej, prawie pustej plaży. Tu urządziliśmy sobie piknik w przerwie pomiędzy zwiedzaniem. To takie proste by smacznie i konkretnie zjeść. Wystarczą zielone oliwki (obowiązkowo z pestkami), mus z świeżych pomidorów, bagietka, sery i chorizo a do picia wspomniane wcześniej wino. Mniam, mniam, szczególnie jak można podziwiać taki widok. Jedynie uciążliwe są mewy, które zachowują się gorzej niż polskie gołębie.


Barcelona to nie tylko morze, ale także góry. Na szczęście liczne wspinaczki można ograniczyć do minimum. Jak się wie którędy iść, to dostępne są ruchome schody (widoczne na zdjęciu nie prowadzą do nieba, tylko parku Güell, stworzonego przez Gaudiego) lub kolejka linowa. Ach, jak ja kocham podniebne kolejki! My dwukrotnie zastosowaliśmy manewr mechanicznego wjeżdżania i schodzenia o własnych nogach. Uważam, że to najlepsza opcja, zwłaszcza jak się nie chce tracić czasu oraz energii. A schodzenie z górki też wzmacnia i pobudza mięśnie nóg. 
Ogólnie miasto świetnie zwiedza się pieszo, zwłaszcza że komunikacja miejska jest doskonale zorganizowana. Tylko nie liczcie na toalety publiczne, bo te chyba nie istnieją, nawet w fast foodach. Dlatego w wielu miejscach unosi się charakterystyczny zapach moczu. Przypuszczam, że w okresie upałów może być ciężki do zniesienia, zwłaszcza w okolicach gęstej zabudowy. Same wąskie uliczki Dzielnicy Gotyckiej mają mrocznie niesamowity klimat, nawet jak się nie czytało Zafona. Przyjemnie się w nich można zgubić, a na każdym rogu czeka jakaś knajpka, która zachęca do odwiedzin. My poprzestaliśmy na przetestowaniu pierożków i oczywiście piw rzemieślniczych (pochodzących głównie z krajów skandynawskich).


Panorama widoczna ze wzgórza, gdzie usytuowany jest park Güell (czyli w północno-środkowej części miasta). Cudowność! Dopiero z takiej perspektywy widać ogrom stolicy Katalonii. Tyle zieleni, palmy (!!!) i krzyczące zielone papugi. A w dali morze nad którym biesiadowaliśmy dzień wcześniej. Sam park sprawia wrażenie lekko bajkowego, z krętymi ścieżkami i kamiennymi mostami. Gdyby miało się czas i było jeszcze cieplej, można tam spędzić cały dzień. Ogólnie w mieście jest mnóstwo zieleni, gdzie każdy może wypocząć, odsapnąć. Myślę, że w miesiącach letnich jest to zbawienne, choć teraz też miło było się schować przed wiatrem wśród drzew. Posiedzieć na ławce, by dać wytchnienie zmęczonym stopom.


Widok z kolejnego wzgórza, tym razem znajdującego się w południowo-zachodniej części. Wzgórze Montjuic to olbrzymi teren, gdzie umiejscowiona jest m.in. forteca, cmentarz, Ogrody Botaniczne, Stadion Olimpijski, jak również Magiczna Fontanna. Niestety jedynie pobieżnie zwiedziliśmy  niektóre z tych miejsc, do reszty nie zdążyliśmy dotrzeć. Ciemność i głód wzywały nas do centrum. Schodzenie po trasie dawnego toru Formuły 1 jeszcze pobudziło nasz apetyt.
Po tym zdjęciu dopiero widać, że Barcelona nie jest jedynie miejscem turystycznym, ale przede wszystkim jedną z potęg gospodarczych Europy.  Tu widoczny jest niewielki fragment portu, co przyprawia o zawrót głowy. Nie potrafię sobie wyobrazić, ile przeróżnych towarów znajduje się w tych hangarach. I do, lub z jakich krajów wypływają. Tu widać cały świat.


Zwiedzanie miasta, a w szczególności jego najważniejszych zabytków to olbrzymi koszt. Gdy do wyboru jest wejście do Katedry lub wypicie piwa oraz zjedzenie czegoś pysznego, wtedy wybór jest nader prosty. A jak jeszcze przeliczymy euro na złotówki, och można złapać się za głowę. My postanowiliśmy skupić się na plenerach i gastronomii, a nie wnętrzach. Dlatego ograniczyliśmy się do zobaczenia od wewnątrz jedynie Sagrada Familia. Największe osiągnięcie Gaudiego nadal jest w budowie, cały czas od 1883 roku. Planowany koniec prac chwilowo jest zapowiedziany na 2028 (wg wikipedii), ale jak będzie, zobaczymy. W każdym razie robotnicy ciągle się uwijają, a zwiedzający finansują ich pracę. Tak, tak, pieniądze za bilety są przeznaczane na wykończenie budowy, więc tym bardziej można wykosztować się te 15 euro. 


I muszę przyznać, że warto. Jest mega! O ile zazwyczaj tego typu miejsca robią przede wszystkim wrażenie zewnętrzne, tu wnętrze urzekło mnie zdecydowanie bardziej. W przypadku Duomo lub Notre Dame powala piękno budynku, a sam środek z natłokiem obiektów sakralnych  przytłacza i nudzi. Dodatkowo tłum zwiedzających nie pozwala na chwilę wyciszenia. Tu mamy tego odwrotność. Oczywiście obie Fasady są niesamowite, i jednocześnie tak odmienne. Trudno aż uwierzyć, że są częścią tej samej budowli. Kościół, choć cudowny z zewnątrz, dopiero w środku pokazuje geniusz Gaudiego. Ta przestrzeń, te kolumny przypominające drzewa z konarami i witraże przez które wpada światło. Boskie! W takim miejscu można zrozumieć co znaczy kamienny las. Mogłabym tam siedzieć godzinami i gapić się. A jak się tam dźwięk rozchodzi, coś wspaniałego! Wiadomo, że jak zakończą się prace budowlane, to wnętrze też się zmieni. Dlatego warto pojechać do Sagrady zanim stanie się w pełni uczęszczanym kościołem.


Mniam, mniam... owoce morza, świeże owoce morza, dużo świeżych owoców morza.  Zjedliśmy na widocznym zdjęciu małże, które pani uczynnie nam otworzyła. Dziwne, ale ostatecznie dobre. Nikt nie miał odwagi skosztować jeżowca. Muszę przyznać, że nie spróbowaliśmy także słynnej paellii katalońskiej. Za to wieczór, po rajdzie Formuły 1, zakończyliśmy w knajpie z tapasami. Było dużo wina i różnych owoców morza. Wszystkie pyszne, choć niestety ostatecznie niektórych z nas dopadła klątwa faraona. Ale co cię nie zabije, to cię wzmocni, następnym razem nie jemy ośmiornicy! Kocham południe Europy nie tylko za frutti di mare, ale głównie za świeże, wygrzane w słońcu warzywa i owoce. Ach, ta pasta z pomidorów i oliwki!


Selfi z palmą musi być! Nie mówimy żegnaj Barcelona, tylko do zobaczenia. Mam nadzieję, że wkrótce. Bo chociaż nie wzbudziłaś we mnie takiego zachwytu jak Berlin (zabrakło zaskoczenia), to z chęcią odwiedzę cię w cieplejszym okresie i będąc w pełni sił. W pełni spełniłaś moje oczekiwania, a sporo miejsc jeszcze zostało do odwiedzenia. A i koniecznie musimy iść z M na mecz!

środa, lipca 15, 2015

Holiday w podróży (Morze - Grunwald - Puszcza)


Godzina 5.30, trasa S8 w stronę Łodzi. Czyli oficjalnie urlop został rozpoczęty. Jadąc w blasku słońca i pełnym błękicie z pierwszego rzędu można podziwiać polski krajobraz. Droga szybkiego ruchu w znacznym stopniu ułatwia przemieszczanie się do celu podróży, szczególnie o tak wczesnej porze.


Rewa, morze a konkretnie zatoka. Już po pierwszej kąpieli i plażowaniu. Teraz pora na spacer i zjedzenie smażonej rybki, mniam mniam. Co z tego, że trzeba nieco poczekać, jak potem można się delektować świetnymi filetami z flądry. Ale później należy koniecznie się położyć, bo inaczej można pęknąć z przejedzenia. A morze jak morze, mokre i co bardzo miłe pozbawione kwitnących, śmierdzących glonów. Z przyjemnością popływałam na materacu i o dziwo w miarę sprawnie się zanurzyłam. 


Sklep z souvenirami przy Europejskim Centrum Solidarności. Przyznam, że nie wiem czy siedzący przed wejściem pan był sprzedawcą w tym przybytku. Generalnie do gmachu muzeum Solidarności trochę trudno trafić, nawet jak już je zobaczysz z daleka. Po pierwsze nie wiesz, że to coś to muzeum, po drugie krążysz po tym ulicach gdzie nie masz kierunkowskazów i nie wiadomo którym zjazdem jechać, a po trzecie jak wreszcie trafisz na parking to nie wiadomo gdzie jest wejście. Widocznie ktoś założył, że odwiedzającymi będą jedynie okoliczni mieszkańcy lub ludzie wytrwali i uparci. 


Widok z dachu muzeum - kierunek Gdynia. Tras jest za free a widok świetny, zresztą ja uwielbiam wszelkie tarasy i punkty widokowe. I dobrze, że można było wjechać windą, bo nawet w klimatyzacji wspinaczka na 6 piętro nie należy do szczególnych przyjemności. Zwiedzanie samego muzeum sobie odpuściliśmy, jednak ciągnęło nas dalej. Poza tym szkoda marnować taki piękny dzień na oglądanie eksponatów. Takie rzeczy należy robić w deszczową pogodę. 


Skoro upał, a na plaży tłum, to należy wybrać się na wycieczkę do Trójmiasta. W znacznej części samochodową, bo przecież gorąco i tłoczno. W Gdańsku udało się pospacerować, zjeść pysznego burgera, pooglądać żaglowce. A wszystko dzięki przyjemnej bryzie od wody, która w znacznym stopniu obniżała temperaturę powietrza. Na dodatek ominęliśmy wszelkie korki w mieście.
  

Ostatni wieczór nad morzem, czyli obowiązkowe piwo na plaży. Cisza i spokój, po całym tłumie w dzień. Obserwowanie meduz których był jakiś wysyp, na szczęście miniaturowych i nieparzących. No i ten zachód słońca, róż na niebie i wodzie.


Grunwald zdobyty! W drodze do Puszczy odwiedziny na słynnym polu bitwy. Zawsze byłam przekonana, że zwycięstwo nad Krzyżakami miało miejsce gdzieś w Wielkopolsce lub Mazowszu, a tu proszę Mazury przez które wiodła trasa do domu. Na dodatek pełen profesjonalizm - muzeum, kamienna mapa, sklep z pamiątkami, oprowadzanie z przewodnikiem. Widać było nawet przygotowania do rekonstrukcji bitwy, trawa świeżo skoszona, kamienie wyczyszczone, teraz tylko czekać na rycerstwo.


Nie ma jak prywatne pole stokrotek z koniczyną, gdzie można się wylegiwać cały dzień. Oczywiście za nim nadejdzie chłodny, burzowy front, który uniemożliwi siedzenie w ogrodzie. Jednak na targu rolnicy narzekają na brak deszczu i świeżej trawy dla krów, więc niech trochę popada by było mleko i sery. Pierwsza czereśnia, której spróbowałam miała robaka, więc na niej zakończyłam obżarstwo. Za to w groszku robali nie ma, więc mogłam jeść do woli bez obaw. Jak zwykle miałam mega problem by wykąpać się w Sajnie. Chyba z godzinę zajęło mi zanurzenie się, a potem jeszcze holowałam materac z B. do brzegu. 


Ognisko na Folwarku, czyli obowiązkowy element wakacji w Puszczy. Co z tego, że pada, przecież zaraz przestanie. Zresztą trzeba spalić wszelkie uschnięte gałęzie i inne ogrodowe śmieci. Przy okazji upiec kiełbaski, poplotkować i ogólnie pogadać przy płomieniach, a także obejrzeć najpopularniejsze filmiki na youtubie. 

sobota, maja 16, 2015

Milano Italiano - weekend na spontanie

MIASTO


Widok z samolotu, prawdopodobnie Bergamo. Powoli po lekkich turbulencjach zbliżaliśmy się do lądowania. Jeszcze tylko godzinna podróż autokarem z bandą Duńczyków i docieramy na dworzec centralny w Mediolanie. "Mysim zmysłem" trafiamy na odpowiedni przystanek autobusowy i zaczynamy podbój drugiego największego po Rzymie miasta we Włoszech.


W Mediolanie nie czuć typowego południowego, włoskiego klimatu. Wyglądem przypomina raczej Kraków lub inne europejskie wielkie miasto. Z tą różnicą, że jest tam bardzo czysto. Nawet murali i innych ściennych napisów jest mało. Mediolańczycy mają lekkiego fioła na punkcie segregacji śmieci i widać to na każdym kroku. Na ulicach i w parkach nie zobaczysz papierków, butelek i innych syfów, których pełno jest u nas. Śmietniki stoją na każdym rogu, w publicznych miejscach znajdują się różne pojemniki na odpowiednie odpady. A domowa segregacja jest na mega zaawansowanym poziomie, aż czasem nie wie się z którego worka należy skorzystać. Przyznam, że fantastycznie chodzi się po mieście, gdzie nie trzeba ciągle uważać na śmieci lub psie kupy na chodnikach.


A propo psów, tych też jest pełno. Oczywiście nie chodzi mi o biedne, bezdomne mieszańce. Jak przystało na włoską stolicę mody, w większości rasowe czworonogi spacerują na smyczach ze swoimi właścicielami praktycznie wszędzie. Nawet uczestniczą w zakupach w sklepach - możliwe że pomagają wybrać odpowiednią sukienkę lub krawat. Wydaje mi się, że nie widziałam żadnego osobnika w kagańcu, choć owszem wszystkie były na smyczach. Generalnie posiadanie psów w kraju, gdzie sjesta trwa od 15 do 18 jest o wiele prostsze. Nie ma się wyrzutów sumienia, że zostawiamy pupila na cały dzień w domu. W ciągu dnia możemy spędzić z nim czas, wyjść na zewnątrz. A widząc, że nie ma zakazu wpuszczania psów do sklepów, podejrzewam że w niektórych firmach można zabrać zwierzę ze sobą do pracy. Choć nie wiem czy gdziekolwiek na świecie istnieje taki zwierzęcy raj.


Południowy styl życia to siedzenie w parku, knajpach lub knajpach w parku. Picie wina, piwa jest w pełni legalne. Zaznaczmy, że nikt się nie upija, a osoby śpiące na ławkach są normą nikogo niegorszącą. Bo przecież jest gorąco, słonecznie, więc każdemu należy się chwila wytchnienia w cieniu przy zimnym drinku. Miasto w weekend, poza strefą turystyczną zamiera. Ulice są opuszczone, jedynie od czasu do czasu widać jakiegoś człowieka. Gdzie są wszyscy, w domach? Nie, siedzą w parkach - których w Mediolanie jest całkiem sporo.  Wypoczywają, rozmawiają, bawią się, ćwiczą i biegają. Nie zależnie od wieku mnóstwo osób, szczególnie mężczyzn biega. A wieczorami sączą drinki, zagryzając przekąskami w parkowych knajpkach.




ZWIEDZANIE - ZABYTKI, SZTUKA, DESIGN, JEDZENIE, MODA


Włoski styl życia, czyli reklama pieczywa i kiełbasy na największym zabytku miasta - katedry Duomo. Zresztą reklamy mięsiwa towarzyszyły nam na każdym kroku, gdyż niepodzielnie rządziły w komunikacji miejskiej. Wiadomo Włosi lubią dobrze zjeść. Nie bez przyczyny wystawa Expo 2015 poświęcona jest "żywieniu planety, energii dla życia" odbywa się właśnie w Mediolanie. Na nasze szczęście z przeciwnikami wystawy rozminęłyśmy się o tydzień i w mieście było już spokojnie, choć policje widać było na każdym kroku.


Duomo to największa atrakcja Mediolanu, przynajmniej dla mnie. Czyli osoby o średniej pojemności portfela, niewielkim zapałem religijnym oraz nieco wyższej niż przeciętna fascynacji architekturą, sztuką  i designem. Ci ze złotymi i platynowymi kartami pewnie uznaliby dzielnicę mody, gdzie Versace ściga się z Pradą o najlepszą witrynę w mieście. Religijni z namaszczeniem ruszyliby zobaczyć "Ostatnią wieczerzę" i odwiedzili każdy kościół czy bazylikę. A ostatni wykorzystaliby MilanoCard by zwiedzić liczne muzea. Osobiście wolałam spacerować po dachu jednej z największych katedr na świecie, której budowa trwała ponad 400 lat. Przy Duomo Norte-Dame w Paryżu prezentuje się nieco marnie. Widok z góry jest wspaniały, szczególnie w tak słoneczny dzień, na jaki udało się nam trafić. Podziwianie panoramy miasta w otoczeniu setek gargulców i bandy świętych, a następnie wejście na sam szczyt jest wart tych 8 euro. A wspinaczka po schodach mija stosunkowo szybko, idąc nie czuje się właściwie kolejnych metrów. Co prawda w deszcz lub śnieg bym nie polecała tego typu wycieczki. Samo wnętrze jest monumentalne, a zarazem skromne w swej prostocie. 


Expo, expo, expo. Jeśli wybierając się do miasta nie miało się pojęcia, że właśnie trwa tam wystawa światowa, to wielkie, trawiaste jabłko na środku placu przez katedrą uświadomi każdego. Podobnie jak liczne flagi i inne emblematy wystawy. Pawilony i centrum znajduje się "za górami, za lasami itd.", czyli na ostatniej stacji metra, właściwie na przedmieściach. Już pierwszego wieczoru podjęłyśmy próbę wyprawy, jednak poniosłyśmy porażkę. Spóźniłyśmy się, kasy były nieczynne a dodatkowo nasze karty miejskie nie działały, bo Rho jest poza Milano. Na szczęście po tym falstarcie udałyśmy się do Triennale di Milano - muzeum designu, gdzie z racji Expo była wystawa "Arts & Foods". Dzięki temu na własne oczy zobaczyłam słynne puszki zupy Campbell's Warhola oraz jego "Ostatnią wieczerzę". Przyznam, że największe wrażenie robi sztuka współczesna i jej zabawa konwencją - np. dom z chleba, parówki przy ognisku. Dobrze było zafundować sobie alternatywne, muzealne zwiedzanie.


Jedzenie - najlepsza pizza była od Araba za 3 euro. Generalnie oprócz pizzy i kwiatowych lodów nie udało się nam nic zjeść na mieście. Albo była sjesta i wszystko nieczynne albo pora lunchu czyli brak miejsc. Za to serowe zakupy w markecie spełniły nasze oczekiwania, nie wspominając o prezencie w zamrażalce - dwóch opakowaniach lodów. Tak, tak jedzenie po nocy serów z melonem i popijanie winem nie jest najzdrowsze. Ale od tego właśnie się spontaniczne wakacje.


Chic girls na tle Prady w czarnych sandałach - hicie sezonu! Milano to stolica mody włoskiej, ale tego jakoś szczególnie nie widać. Chyba trafiłyśmy na czas fanów zdrowej żywności, a nie najnowszych trendów. Na Monte Napoleone, czyli ulicy z najważniejszymi butikami było sporo turystów, ale same sklepy świeciły pustkami. Możliwe, że życie rozkwita tam o innej porze dnia lub gdy nadchodzi tydzień mody. Mi pozostanie jedynie wspomnienie minięcia się ze Stefano Gabbana w Vittorio Emanuele II.


Każdy szanujący się rowerzysta, nawet ten najmłodszy, musi pamiętać by przypiąć swój rower. Szczególnie tak fantastyczny jak to czterokołowe różowe cudo. Jego właścicielka prawdopodobnie ruszyła na zakupy do Tigera.

niedziela, sierpnia 10, 2014

Nowohoryzontowo

 
Program przejrzany, filmy wybrane, karnet odebrany. Z racji obowiązków w pracy (szkoda, że nie można mieć urlopu przez miesiąc) musiałam ograniczyć się do 10 filmów oraz dodatkowo 3 pokazów na rynku. W praktyce wszystko dodatkowo się skurczyło przez zatrucie (ten wstrętny czosnek!), deszcz i przemęczenie. Na początek był najnowszy, w doskonałej formie Moodysson "We Are the Best". Potem było lepiej, dobrze, najlepiej, słabo (co mnie podkusiło, żeby znów się wybrać na tajlandzki film?) i bardzo średnio (niekiedy zapominam jak się czyta harmonogram ze zrozumieniem).

Z jednego seansu na drugi. Z kina na jakiś obiad, kawę, wieczorem do klubu, na pokaz na rynku. I ciągle po tych metalowych schodach. W górę i w dół. A w holu cały czas tłum. Nieustanna wymiana wrażeń, poglądów. I gdzie jest ta pani co rozdaje krem pod oczy przeciwko usypianiu? 
 


Schody - nie tylko się po nich biega, ale można też odsapnąć, poczytać, sprawdzić następny seans. W kolejnych latach powinni zainwestować w schodowe poduszki, by kanty się w plecy nie wbijały.
To już nie te same kolejki co kiedyś. Czasem tęsknię za życiem kolejkowym i jego urokami, nowymi znajomościami. Jednak potem sobie przypominam, że zamiast iść na obiad, to siedziałam przez 2 godziny pod salą by niekiedy usłyszeć że nie ma już miejsc. Teraz wyścig dotyczy zdobycia ulubionych miejsc, a nie dostania się na salę. Walka o film odbywa się obecnie wirtualnie.
Jak rozpoznać karnetowicza w tramwaju? Torba z logiem (w tym roku fantastyczna, za odpowiednią cenę dostępna dla każdego), szara koszulka z tym samym wzorem, smycz z karnetem na szyi (osobiście preferuję wersję z karnetem przypiętym do torby - na szyi wolę nosić naszyjniki a nie różową taśmę). Do cech charakterystycznych zaliczamy również: mokre włosy (ciężko się wstaje na ranne seanse), zmęczony wzrok (po kilku dniach nawet magiczny krem nie pomaga), w dłoni jakiś energetyk na pobudzenie.
 


Festiwal jest dla każdego, szczególnie przy tak różnorodnym i bogatym programie. Moda na koczek (kulkę na głowie) trwa w najlepsze, nie tylko w wersji młodzieżowej. "Baronowa" czyli tapir, loki i mały koczek na środku aureoli. Po prawej opcja klasyczna doskonale komponująca się z bluzką w żakardowy wzór. Przy takim mocnym deseniu nie należy przesadzać z fryzurą. Z lewej awangardowa, wakacyjna, z apaszką spływającą na plecy. Niezwykle praktyczna przy obecnych upałach, kark jest odsłonięty a okulary na głowie mają się lepiej niż w futerale. Przy odpowiedniej ilości lakieru nawet wichura nie jest wstanie zniszczyć konstrukcji.
 

 
14. festiwal NH to w moim przypadku głównie klub festiwalowy. Łącznie w Arsenale spędziłam więcej godzin niż w sali kinowej. O zgrozo! Oczywiście najlepsza impreza odbyła się w sobotę po ogłoszeniu wyników konkursów. Jednak najdłużej zapamiętam występ duetu Rebeka, który wypadł fantastycznie. Szczególnie, że w klubie w tym roku królowali didżeje zamiast klasycznych koncertów. Trochę brakowało bezpośrednich kontaktów z publicznością. Parkiet zazwyczaj zapełniał się gdy kończyło się ciasto na pizzę a stos butelek po Jamesonie zaczynał tworzyć wieżę.

środa, lipca 23, 2014

(Modni) ludzie na festiwalu


Tak, kombinezony są modne. Jednak nie za ciasne! Przecież to wygląda jak niebieska panterka zamknięta w puszce. Co z tego, że materiał się nieco poddał, gdy każdy kawałek ciała krzyczy: "chcę na wolność!". I jeszcze do kompletu wrzynająca się bielizna. Jak można się czuć komfortowo w za małych ciuchach? Na dodatek korzystanie z toi-toi'a wydaje się w tym stroju wyczynem dla herosa. Za to koleżanka "panterki w puszce" postawiła na wygodę i klasykę. Czarne rurki i zwiewna biała bluzka wyglądają zawsze dobrze, szczególnie jak nie są za małe.


Wiem, że na Openerze trudno o lustro, szczególnie jak się nocuje na polu namiotowym. Jednak od tego też są znajomi, by zauważyć i poinformować o pewnych wpadkach. Ja przynajmniej takich mam. Niestety Pani w czarnej sukience nie ma takiego szczęścia. Na zdjęciu nie jest to może tak widoczne, jak w rzeczywistości przy mocnym słońcu, ale ten dzianinowy materiał okazał się mocno prześwitujący. Sama posiadam model bardzo podobny i wiem że bielizna musi być w podobnym odcieniu, a przynajmniej jednolita kolorystycznie. W tym przypadku wszyscy mogli podziwiać majtki w kwiaty, które Pani miała na sobie.



Pinky Rock. Wiem, że styl jest najważniejszy i osobiście bardzo mi się podoba ten outfit. Szczególnie torba z aparatem i kurtka. Sama wieczorem zakładałam moją "piwną" czapkę, bo marzłam w głowę. Robiłam to dopiero po zmroku, jak faktycznie robiło się zimno. Wydaje się, że Pinky tak skupiła się by wyglądać fenomenalnie, że zapomniała zarejestrować jak jest ciepło i słonecznie.  


Dziewczęta... kwieciste, koronkowe, rockowe. Moda na wianki nieprzerwanie trwa, choć to nie na tym festiwalu śpiewała Florence Welch. Kwiaty we włosach, kwiaty na ubraniach, czyli wiosna i lato królują. Nieśmiało daje się zauważyć koronka, jednak w wersji rock a nie sweet. Zawsze mnie zadziwia ostentacyjne prezentowanie przyjaźni i podobnego gustu. Etap, gdy dziewczynki chodzą w takich samych ubraniach by pokazać, że są best friends powinien skończyć się razem z czasem przedszkola. 


Buty. Podstawa to wygoda. Conversy oraz inne tego typu trampki rządzą. Zazwyczaj w wersji jednolitej, najbardziej popularne są klasyczne czarne oraz białe z czerwonym paskiem. Moich wymarzonych śnieżnobiałych jakoś nie wypatrzyłam. Skoro w tym roku wyjątkowo postanowiło nie padać kalosze popadły w niełaskę. Jednak część żeńskiej populacji zdecydowała się pokazać posiadane gumiaki. W końcu zajmowały połowę bagażu, więc warto było wystąpić w nich chociaż jeden raz. Tu także wygrywała klasyka, choć znalazło się kilka kwiatków. Osobiście postawiłam na krótką, letnią wersję. Jesienna, czarna, gruba, sięgająca kolan została w domu.


Fani w klasycznym wydaniu. Ona biała, on czarny. Uroczo wyglądają te dwie bluzy zawiązane w pasie. Przypuszczam, że różowa należy dziewczyny, ale dżentelmen nie może dopuścić by dama się zmęczyła noszeniem zbędnej garderoby.


Na festiwalu warto czasem pokazać skąd się pochodzi. Ciekawe czy to oryginalny szkocki kilt. Takie przynajmniej sprawiał wrażenie. Jedynie te białe skarpetki przy czarnych butach rażą po oczach. Niektórzy nadal żyją w latach 90. gdy coś takiego było na porządku dziennym. Panowie pora wreszcie zainwestować w krótkie skarpetki, które nie wystają z butów!



W silent disco obowiązkowo w srebrnej kurtce i plecaku. Wcale nie jest tam gorąco i duszno, więc plastikowy materiał to idealny wybór. Ale na szczęście pod ścianami są miejsca by porzucić nadmiar garderoby. A na pierwszym planie świecący neonowo ochroniarz - doskonale wkomponowany w tłum.



Tu taki augustowski dodatek w postaci klasycznego pempucha - koszulka polo wsadzona do za dużych ściągniętych pasem spodni, kabura na telefon i nieśmiertelne długie czarne skarpetki, które gdyby tylko mogły sięgałyby do kolan oraz jasne adidaso-sandały. Czyli nigdy nie byłem harcerzem, a zawsze chciałem nim zostać. 

niedziela, lipca 13, 2014

Wakacyjne selfeet

Urlop powoli się kończy, więc najwyższa pora na relację w wersji selfeet.


 Już na miejscu, Mosty, pora rozpakować walizki i wyciągnąć japonki. Wersja ze skarpetkami lub rajstopami, czyli polska gejsza. 


Kaloszki ruszają na koncerty - do wyboru, do koloru. Wersja chic z kokardkami, leśna limonka, czarne lakierki i różowa landrynka.


Wreszcie słońce i lato. Śniadanie w ogrodzie, w końcu gołe, nadal białe nogi, obowiązkowo w japonkach.


Plaża, piasek, morze, kamyki i muszelki czyli trampki w podróży są obowiązkowe.


Całe stopy w piasku na małym molo w okolicach Mostów. Smok wysmarowany filtrem +50.


Chwila odpoczynku pomiędzy koncertami i tańcami. Nie ma jak ubita, wyschnięta trawa i zero błota! Można spokojnie się relaksować bez ryzyka ubrudzenia. 


Wycieczka do Sopotu, więc pora na sandałki zamiast trampek, kaloszy czy japonek. Grupa SATC podbija molo.


Fuj wodorosty! Ale do morza trzeba wejść pomimo lekkiego wstrętu.


Pod sceną - najlepiej w trampkach lub butach do biegania. 


Augu, w ogrodzie, chwila odpoczynku. Aż pojawiają się komary, mrówki i inne robale, więc trzeba uciekać, bo smok nie potrafi się odgryźć.


Na rowerku wodnym, na Necku w stronę Rospudy. Cała wysmarowana wodoodpornym +50, by przypadkiem nie złapać poparzenia. 


Pora na wycieczkę na ziemię wileńską. I co? W Polsce pada, więc chic kaloszki ruszają w podróż.


Na litewskim pomoście.


W Ostrej Bramie, gdzie tłum ludzi, zaduch i przepych kościoła katolickiego.


Przy drzewie zapakowanym w włóczkowy, tęczowy kaftanek.


Ostatnia chwila relaksu, na hamaku  w ogrodzie. Za chwile pora ruszać w podróż powrotną do Wro.