Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stadion miejski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stadion miejski. Pokaż wszystkie posty

piątek, czerwca 06, 2014

Koncertowo na Stadionie Miejskim

Tym razem w ramach urozmaicenia zamieszczam filmiki z koncertu LP i FOB. Zdjęcia selfeet znajdą się w późniejszym terminie w ramach osobnego projektu. Jakość obrazu jest średnia, ale nie najgorsza. Za to dźwięk wypadł całkiem, całkiem. Generalnie nasz stadion miejski sprawdza się na koncertach, aż się chce wybrać na kolejny. Cudownie było wygrać bilety, zachęcam do polubienia #StadionWroclaw na FB, może Wam też się kiedyś uda. 


Linkin Park, jakoś przed 22. Publika w komplecie.


Fall Out Boy, jakoś po 20. Dopiero zaczyna się zbierać 30. tysięczny tłum.

poniedziałek, listopada 25, 2013

Meet Fashion

Fuksjowy stadion stał się weekendowym stoiskiem mody
Po raz pierwszy i mam nadzieję nie ostatni, mogłam uczestniczyć w mini święcie mody zorganizowanym we Wrocławiu. Fashion Meeting odbył się po raz trzeci, czyli przez ostatnie 2 lata byłam kompletnie niedoinformowana w kwestii okolicznych imprez modowych. Ale to na szczęście uległo zmianie, więc w przyszłości będę przygotowana, szczególnie finansowo. Pora przygotować skarbonkę z napisem FM.
  
Moda, moda, moda
Ciuchy, ciuchy, ciuchy, a właściwie to odzież. Czasami mega dizajnerska, niekiedy dziwna, ale w większości przypadków nadająca się po prostu do noszenia. W końcu Wrocław to nie Paryż podczas pokazów Haute Couture. Właściwie każdy znalazłby tu coś dla siebie, nawet w okazyjnych cenach. A wszystko wykonane z porządnych, oryginalnych materiałów - nie zawsze do końca dobrze skrojonych, ale obowiązkowo unikatowych. Królowała eko-skóra (pora coś zdobyć z tego tworzywa, może spódniczkę), różnorodne bluzy z nadrukami, kapturami, asymetrią. Spódnice - rozkloszowane mini i midi oraz ogólnie styl vintage.
 
Przyznam, że przy kolejnych edycjach organizatorzy powinni zadbać o stworzenia sektora z przymierzalniami. O ile mierzenie bluzy wśród tłumu ludzi nie stanowi problemu, to jednak nie podjęłam wyzwania nakładania skórzanych spodenek, a tym bardziej wieczorowej sukienki.
 
Moja (pensjonarkowa) oraz K. (rockowa) stylizacja na niedzielę
Oprócz stylowej odzieży, było mnóstwo stoisk z przeróżną, zawsze ręcznie wykonaną biżuterią. Aż można było dostać oczopląsu. Oczywiście pojawiły się dzieła z drukarki 3D, przeważnie ażurkowe, super lekkie. Podobnej wagi (a może raczej jej braku), ale bardziej subtelna była biżuteria wykonana z barwionej żywicy. Mistrzowskie pierścionki z odkręcanym oczkiem, czyli codziennie można nosić inny kolor. Moim faworytem zostały bransolety/naszyjniki zrobione z kolorowych sznurów połączonych elementami hydraulicznymi (rurkami, śrubkami, gwintami). Dla tradycjonalistek (niezafascynowanych nowinkami technicznymi, ani recyklingiem) istniał spory wybór kamieni półszlachetnych, bursztynów oraz klasycznego srebrna i złota.
 
Jednorożcowy portfel
Jeśli chodzi o kwestię oszczędzania, byłam bardzo bliska wygranej. Całą swoją osobą broniłam się przed wydawaniem pieniędzy na wszystkie wspaniałe bajery, gadżety i ciuchy. Co prawda bluzy od Mr. GUGU & Miss GO odwiedzałam kilkanaście razy. Jednak cena oraz niezdecydowanie w kwestii wzoru uratowały mój portfel. Dzielnie miałam zamiar opuścić stadion, gdy tuż przy schodach natknęłyśmy się na stoisko Dynomighty z eko-portfelami. Jak wiadomo, mam kompletnego świra na punkcie jednorożców. Dlatego zupełnie nie powinno dziwić, że musiałam mieć to cudo widoczne na zdjęciu. Teraz moja mamona jest bezpiecznie ukryta w bajkowym origami. Raczej żaden złodziej nie powinien wpaść na to, że w kawałku papieru trzymam kartę dostępu do konta.
 
Oczywiście odwiedziłam już stronę Mr. GUGU & Miss GO i tu też jest magiczny jednorożec, o którym będę marzyć, a także kostium kąpielowy z chmurkami lub pandą. Chyba jakaś siła wyższa postanowiła mnie chronić, skoro twórcy marki nie przyjechali z tymi konkretnymi ślicznościami. 

poniedziałek, listopada 18, 2013

Piłka jest okrągła, ale polska reprezentacja o tym nie wie


W piątek 15-tego (a przecież nie był to piątek 13-tego!) we Wrocławiu odbył się po raz trzeci mecz polskiej reprezentacji. Oczywiście w piłce nożnej. Nie oszukujmy się, tylko ta tak na serio się liczy. Mecz towarzyski, z sąsiadami Słowakami. Czyli zero stresu, parcia na awans. Po prostu sympatyczne kopanie piłki, żeby nie wyjść z wprawy.


Bardzo cieszyłam się, że idę na mecz, na "ten mecz". Jak widać po zdjęciach miejsca miałyśmy rewelacyjne. Pierwszy rząd, środkowy sektor, dokładnie na przeciwko ławka rezerwowych Polaków. To oczywiście zasługa ponad 300-tu osób głosujących na pewne zdjęcie na FB, a przede wszystkim Kamy, która postanowiła zrobić mi taki prezent. Co z tego, że jest zimno. Dla takiej miejscówki warto się poświęcić. Nałożyć kilka warstw ciuchów (w tym najgrubszy posiadany sweter), polarowe skarpetki, a nawet wygrzebać z szafy szalik biało-czerwony z orzełkiem (zakupiony na potrzeby meczu Polska-Włochy).  


Taka byłam szczęśliwa i kompletnie zapomniałam, że idę dopingować "naszą reprezentację". Jak dobrze wiadomo, zostało mi to szybko przypomniane. Wszystko potoczyło się według dobrze znanego schematu, który moim zdaniem zupełnie nie zależy od tego, jakiego mamy przeciwnika. 
Na początek atakujemy: Błaszczykowski zdobywa piłkę, biegnie, podaje do Lewandowskiego, ten w okolicach bramki wywraca się sam lub z czyjąś pomocą (niekiedy te wywrotki wyglądają całkiem spektakularnie). Model B-L powtarza się kilkakrotnie, przy niewielkim udziale pozostałych członków drużyny. Przy okazji udaje się wywalczyć kilka rzutów rożnych, które nie są naszą specjalnością, więc oczywiście nie kończą się golem. Po dość krótkim czasie następuje kontra przeciwników, w tym wypadku Słowaków, i tu mamy już wynik 1:0. Obrona jak zwykle nie spodziewała się, że niektórzy potrafią szybko biegać. A sam bramkarz, nawet międzynarodowej klasy, jak Artur Boruc, nie zawsze może uratować zespół. Szczególnie, że tyle osób kotłuje się pod jego bramką. Chwilę później jest już 2:0 i przechodzimy na kolejny znany level: spadek motywacji, czyli "w sumie, to nie chce nam się już grać i moglibyśmy wracać do domu, ale mamy pecha, bo mecz musi trwać minimum 90 minut". Dlatego rozpoczyna się podawanie piłki do własnego bramkarza, a nie kolegów z przodu. Ataki na rywali stają się sporadyczne, właściwie tylko Błaszczykowski i Słowacy nadal biegają po boisku, cała reszta spaceruje. Co gorsza Słowacy mają ochotę na więcej goli, więc trzeba uważać, by utrzymać ten wynik. Przecież może być już tylko gorzej. Na szczęście 94 minuty mijają i "nasza drużyna" przy gwizdach schodzi z boiska. Niestety chłopaki nawet nie są dobrze wychowani, bo nie dziękują sąsiadom za mecz, o wymianie koszulek nie wspomnę.



Porównując oba zespoły na boisku nie dało się nie zauważyć pewnych cech charakterystycznych. Słowacy, to raczej raczej szczupli faceci, z umięśnionymi nogami - pewnie dlatego potrafią biegać. Na dodatek całkiem sprawnie. Za to Polacy mają chude nóżki i wielkie klaty. Co ewidentnie sugeruje, że więcej czasu spędzają na siłowni, a nie bieżni lub boisku. Tylko, że jak sama nazwa wskazuje "piłka nożna" opiera się na nogach, a nie bicepsach. Brak kondycji oraz nadmiar mięśni w górnych partiach ciała, nie daje nadziei na drużynę, która wytrzyma 90 minut ciężkiej pracy. Na dodatek patrząc na obie ławki rezerwowych, można dostać napadu śmiechu.  Słowacy - twarde chłopaki - ubrani w dresy czekają na swoją kolej. Polacy, jak kuracjusze w sanatorium, grzeją się wspólnie pod uroczymi kocykami w kratkę.

Można narzekać na pecha (Polacy jeszcze ani razu nie wygrali na nowym, wrocławskim stadionie), na pogodę, murawę, trenera, a nawet na kibiców. Jednak nie ma co się oszukiwać, polska reprezentacja jest beznadziejna. Mamy gwiazdy i to nawet jedne z lepszych, ale przy grze zespołowej 2-3 gwiazdy nie wystarczą (wie o tym np. Argentyna pokonana przez Urugwaj). Wystaczy unieruchomić najlepszych i wygrana jest w kieszeni, bo nie ma alternatywy. 



Jak widać było w drugiej połowie meczu, nawet najwierniejsi kibice mieli dość. W momencie, gdy praktycznie cały zespół szwenda się po boisku, to nie należą się mu brawa, a właśnie gwizdy. I na takie pożegnanie w pełni zasłużyli nasi zawodnicy. Oklaski dostali Słowacy, za klasę i chęć do gry przez cały mecz. Po nich było widać, że kochają swoją pracę. Bo przecież to jest ich praca, za którą dostają spore pieniądze. I my wszyscy zapewniamy im pensje, dzięki którym mogą kupić sobie kolejny sportowy samochód lub ekskluzywne wakacje.