Chyba miałam zamiar dokumentować ilość ciężarów, które codziennie noszę. Po dwóch dniami mi się znudziło, lub przestawiłam się na torebkę MINI, lub byłam chora... przyznam, że nie pamiętam. Wiem, że jesienią co kilka tygodni miałam anginę lub inne gówno roznoszone drogą powietrzną.
środa, kwietnia 21, 2010
Zawartość torebki DKG
Chyba miałam zamiar dokumentować ilość ciężarów, które codziennie noszę. Po dwóch dniami mi się znudziło, lub przestawiłam się na torebkę MINI, lub byłam chora... przyznam, że nie pamiętam. Wiem, że jesienią co kilka tygodni miałam anginę lub inne gówno roznoszone drogą powietrzną.
poniedziałek, sierpnia 31, 2009
Flower Power

Dzięki Komarkowi dorobiłam się "przewodniej piosenki urlopowej". Jak tylko znajdę się w pobliżu komputera zaczynają szaleć bity disco. "You make me feel like dancing" w większym stopniu pokazuje możliwości wokalne Neo, jednak stylistyka "Flower Power Supergirl" bardziej do mnie przemawia. Szczególnie po kilkakrotnym przesłuchaniu. Pikolaki, koszula z żabotem, krzywy zgryz, disco Bond. Coś wspaniałego!
Skończył się czas wakacji, takich krótkich i intensywnych. Działo się dużo, były wzloty i upadki, bolesne upadki. Ogólnie ponownie nie udało się odpocząć, ale moc wrażeń rekompensuje tęczowe nogi oraz straty moralne. Zdjęcia są, ale raczej pojawią się tutaj w późniejszym terminie. Może zrobię serię weselną, w końcu mam ślubne lato. Oczywiście to dopiero po 12 września, gdy zakończę sezon. Mam nadzieję, że bez atrakcji z jakimi go zaczynałam.
Podróż powrotna do Wro okazała się w równym stopniu koszmarna jak pouczająca. Do Torunia jechałam z bandą 12-14-letniej młodzieży, która wracała z kolonii ( chyba na dodatek w Augu). Pakiet mądrości jakich wsłuchałam, pomimo słuchawek na uszach, wręcz paraliżował. Szczególnie odkrywcza okazała się para wakacyjna ( lat około 14), przede wszystkim jej żeńska część. Szalejące hormony połączone z ADHD i upałem, dały wybuchową mieszankę. Jeśli ja mam huśtawki nastojów, to dziewczę miało huragan. W jednej sekundzie opiekuńcza, dobrze wychowana, po chwili bez wyraźnego powodu szykowała się do bicia kogo popadnie. A jej chłopak, biedne stworzenie, nawet nie mógł iść z kumplami pogadać, tylko całą podróż musiał siedzieć przy niej i przytakiwać. Choć w jednym momencie zabłysnął. Na jej stwierdzenie, że ktoś musi nim rządzić, oznajmił, że robi to jego mama. Urocze. Poza tym okazało się, że polska młodzież słucha i śpiewa najnowsze polskie przeboje. Sama nie wiem czy to dobrze czy źle.
Ciekawe jakie atrakcje zapewni PKP jak będę za niecałe 2 tygodnie jechać do Puszczy.
piątek, sierpnia 07, 2009
True blood

Z nudów, bo obejrzałam wszystkie sezony Supernatural, zaczęłam nowe dziecko HBO.
Jakie było zaskoczenie, gdy okazało się, że serial o durnowatej blondynce ( może wszystkie 25-letnie blondynki są takie?) i zakochanym w niej wampirze okaże się tak wciągający. 12 odcinków w trzy dni! Jeszcze dzień trzeci się nie skończył, a pierwsze odcinki drugiej serii czekają :)
Sama historia miłosna przypomina tą ze "Zmierzchu". Tylko, że to Sookie potrafi czytać w myślach, a Bill nie zawsze jest abstynentem! Na szczęście wampir Bill, choć nie w moim typie, w niczym nie przypomina drewnianego Edwarda-Pattisona! Natomiast Sookie jest nieco podobna do Belli, oczywiście tej książkowej, a szczególnie z "Przed świtem".
(Tak, przeczytałam wszystkie części "Zmierzchu", przecież trzeba być na bieżąco z bestsellerami!)
Czyli nie tylko omdlewa w ramionach ukochanego, ale posiada własne zdanie, często przeklina.

Sookie i Bill to szczyt góry lodowej, w której niższych partiach kryją się o wiele ciekawsze postacie. Nie potrafię jednoznacznie stwierdzić kto w szczególności, bo całe miasteczko Bon Tempsa jest pokręcone. Na początku listy oczywiście znajduje się Jason, Tara, trochę niepozorny Terry oraz prawie 2-metrowy Eric.
Ogólnie cała Luizjana to taka duża Puszcza... mówią z dziwnym akcentem, piją wódkę, szwędają się po cmentarzu. Panuje upał, wszystkim jest gorąco i duszno. W modzie królują minispódniczki oraz kuse bluzki, nagie torsy oraz kowbojki. Pełno tu dziwnych obrzędów ( np. wypędzanie demona pseudo voodoo), część mieszkańców mieszka w lesie, większość nic nie robi lub udaje że coś robi. Połowa gada jedynie o Jezusie ( call from Jesus!), a reszta ma go w dupie. Sami wariaci otoczeni wodą i lasami, chodzący do jedynego baru w okolicy. Dodatkowo wampiry, zmiennokształtni i nie wiadomo co jeszcze. Plus oczywiście tajemniczy morderca uśmiercający młode dziewczęta oraz jedną staruszkę i kota. Każdy ma coś na sumieniu, wszyscy plotkują o wszystkich. Co wieczór spotykają się na piwie. Uroczo! Sielankowo!
Nawet wampiry ( formalne potwory) jakieś takie zaściankowe. Panuje podział na dwa typy wyglądu: bywalców klubów sado-maso oraz świadków Jehowych przesiadujących przed telewizorem.
Niby nic ciekawego, a ogląda się odcinek za odcinkiem i parska śmiechem.
wtorek, czerwca 09, 2009
sobota, maja 09, 2009
Kwietniowo-majowy
Ostatnimi czasy nie miałam często możliwości na korzystanie z dobrodziejstw wolnych dni. Teraz istnieje szansa na zmianę, całkiem realna. Właściwie już to się zaczęło ( 28.04.2009).
Tak chciałam skorzystać z wolności, że się pochorowałam. Majówkę spędziłam w górach, pracy i łóżku. Dokładnie w tej kolejności. Przymusowy pobyt w tym ostatnim przeciągnął się nawet na formalnie pracujący poniedziałek. Zrobiłam się lekko przezroczysta, trochę mnie mniej niż przed tygodniem, żebra i kości miednicy znów ujawniły swoje piękno lub brzydotę, jak kto woli.
Byłam nabuzowana chęcią pokazania wszystkim, że nadal potrafię brać udział w maratonach, a tu falstart. Bywa... Jak się wstaje o 6-7 rano (czasem na szczęście o 10), stoi 8 godzin na obcasach i uśmiecha do każdego, to czasem nie ma wyjścia i kończy się imprezę przed północą. Zaznaczmy... stanie a siedzenie to nie to samo, podobnie jak klikanie lub rozmowa z współpracownikami, a dbanie o bezpośredniego klienta (często z wyraźnymi symptomami choroby psychicznej). W moim przypadku podsypianie w pracy nie ma racji bytu. Jakoś się jeszcze nie nauczyłam drzemać na stojąco z otwartymi oczami, uśmiechem na ustach oraz obowiązkowym "dzień dobry". Czy to takie dziwne, że przy takim sposobie zarabiania, czasem nie mam siły na co weekendowe wyjścia? Szczególnie, gdy następnego dnia może czekać banda wieśniaków, którzy dni wolne spędzają w centrach handlowych zamiast na świeżym powietrzu. (9.05.2009)
wtorek, kwietnia 21, 2009
Wpis
Wracając do uzależnienia na które cierpię... ostatnio przeczytałam felieton autorki Activista o holiźmie książkowym. Jest to choroba cywilizacyjna, stopniowo atakująca od kilku wieków. Może chwilowo nie tak popularna jak cukrzyca lub depresja, ale mająca stałych żywicieli. W naszym kraju, a prawdopodobnie też w większej części świata uważa się, że czytanie sprzyja rozwojowi ( "cała Polska czyta dzieciom") i jest bardzo promowane. Tylko jak zauważa autorka felietonu wszystko szkodzi w nadmiarze, a szczególnie w złych proporcjach. Wyrafinowany szampan, a denaturat to zupełnie coś innego.
Osobiście muszę się przyznać, że ostatnio częściej "smakuję" tego denaturatu, a szampana od wieków nie doświadczyłam. Co gorsza jestem posiadaczem sporej ilości tanich win, na szczęście główne zaopatrzenie pobieram z biblioteki oraz ( o zgrozo) z ebooków. Ogólnie nie znoszę czytać na kompie, ale bywają sytuacje gdy jest to konieczne. Niektórych dzieł po prostu inaczej nie poznasz.
Każda wolna przestrzeń w mym otoczeniu jest zajęta przez papier ( ach te lasy... coraz ich mniej), co nadal jest wyznacznikiem bycia niby intelektualistą. Podobno! Grunt to porządna meblościanka, tyle się na niej mieści. Mogę wyliczyć jedynie kilka pozycji, do których wracam. Nie jest tego wiele, przeważnie są to utwory, które mam zapisane w głowie, a mimo to nadal cieszą. "Tanie wina" tuż po spożyciu wypieram z pamięci lub magazynuje w nieużywanych częściach mózgu.
Co jakiś czas wpadam w całkowity amok i ruszam na podbój "taniej książki". Wracam do domu z różnymi trunkami, które przez jakiś czas stoją nie wykorzystane, bo przecież inne ( biblioteczne, pożyczone) mają pierwszeństwo.
Ogólnie nie cierpię jakoś szczególnie z powodu tego uzależnienia, ale bywa ono uciążliwe i męczące. Najgorsze, że nie jest możliwe, żeby się od niego uwolnić. Nawet jakbym chciała to wszyscy będą przeciwni. Książki to przecież świętość, nie można ich wyrzucać, ani niszczyć.
wtorek, lutego 24, 2009
Wspominki i chandra
Teraz to co smoki lubią najbardziej. Ciepełko, słoneczko, wakacje... Zdjęcia działkowe, zapomniane, ostatnio otrzymane. W roli głównej: autorka bloga, jak by mogło być inaczej, ulubienica fotografa. Dziękuję Edi!
Urocze ognisko, którego Ojcem Organizatorem był A. Bućko, czasem zwany wujkiem Andrzejem. Nie ma tu jego zdjęcia przy pracy, bo się nie postarałam o oficjalne pozwolenia na wykorzystanie wizerunku, a nie mam ochoty potem się sądzić z przyszłą władzą sądowniczą naszego kraju. Zresztą wujek A. najczęściej ratuje mnie z różnych opresji i dba o mą moralność, więc nie chcę się narażać. Poza tym potrafi zawsze zaskoczyć, raz stworzy idealne ognisko, przy innej okazji jest mistrzem parkietu. Człowiek orkiestra! (To było bez sarkazmu i ironii, jedynie czysty zachwyt.)
Po kąpieli, przed kolejną porcją jedzonka. Nieco zmęczone, ale zadowolone. Powtórka w tym sierpniu???
sobota, stycznia 31, 2009
Kobieta Roku
Wspomnienia z Puszczy powoli się zacierają, nadal wzbudzają śmiech i wzruszenie, ale było minęło. Teraz czas na Wrocław i spotkania międzymiastowe, pełna integracja. Potem mogą pojawić się dzieci, które ograniczą swobodę, trzeba korzystać póki jest okazja i możliwości.
Nawet wspaniała firma postanowiła zadbać o moje rozwijanie horyzontów i za kilka dni jadę na ocenę przyszłej zimy do Poznania. Prawdopodobnie skończy się bez szaleństw, ale wyjazd darmowy zawsze się liczy!
środa, grudnia 31, 2008
Keep moving...
Oczywiście całkowitej sielanki brak, coś ciągle wierci mi dziurę w brzuchu, wywołuje niepokój, brak spełnienia. Może pora pobiegać po prawdziwej Puszczy, a nie trzymać się utartych ścieżek. Tylko trochę mam lenia, który szepcze, że pub lub wycieczka na majora, to szczyt możliwości skoro zimno i ciemno. Taaaa... Jeszcze trochę czasu do wyjazdu zostało, więc mam szansę na zwycięstwo lub jakąś niespodziewaną atrakcję.
Ten urlop udało się wyrwać wyjątkowo długi, wręcz zapominam że za parę dni znów powrócę na łono dorosłości. Ale jeszcze nie dziś, ani jutro! Nadal mam prawo do fochów, bycia niedojrzałą, upijania się, wracania nad ranem, spania do południa, nawet brudzenia dywanu winem. Takie prawo świąt w domu rodzinnym, gdzie wszyscy traktują cię niby poważnie, ale nie do końca, a wszelkie grzechy po chwili odchodzą w zapomnienie. Nikomu nie chce się ich notować, przecież mamy czas wybaczania! Nawet ja sama... chyba mam zrywy magii świąt. Niekoniecznie długotrwały, ale jednak jakaś miłość do bliźniego się odzywa.
piątek, grudnia 19, 2008
Disturbia
Tak jakoś od pewnego czasu nie pisałam. Nie to, że nie było o czym, bo właściwie zawsze jest. Tylko ostatnio mam problemy z ubraniem wszystkiego w odpowiednie słowa. Taka choroba mnie zaatakowała, że nie potrafię się wysłowić. Przy mojej pracy jest to nieco uciążliwe, choć powoli jest lepiej. Już na szczęście nie mylę części garderoby z kolorami lub materiałami, ale do pełnej formy nadal nie wróciłam. Na dodatek nie kojarzę kiedy dokładnie złapałam tego wirusa "brakusłów", tak po prostu pewnego dnia się obudziłam a on krążył w żyłach i tętnicach.
Z ostatnich atrakcji: byłam na zaproszenie Kasieńki w Łodzi. Chyba Fabrycznej, choć w tym dziwnym mieście, gdzie wszystkie ulice prowadzą na Piotrkowską, nie mam pewności. Zresztą moje zdolności do gubienia się mogły tam rozwinąć skrzydła. To że z hotelu trafiłam do teatru zamiast Manufaktury, nadal wywołuje zaskoczenie. Pozytywne, gdyż gdybym chciała iść do teatru to prawdopodobnie nigdy bym się tam nie dostała. Nawet na dworzec taksówkarz wiózł mnie podwórkowymi uliczkami między blokami i garażami. Łódź to najdziwniejsze miasto w jakim byłam! Za to z krótkiego zapoznania się z festiwalowym, vipowskim życiem jestem bardzo zadowolona. To najlepszy prezent jaki mogłam dostać z racji moich niedawnych urodzin. Kasiek, jeszcze raz bardzo dziękuję!!!
Te dwa dni uświadomiły mi, że za bardzo zakopałam się w obowiązkach i raz na dwa miesiące ( lub częściej) powinnam od nich uciekać. W innym wypadku staje się trudna w pożyciu i ciężko ze mną wytrzymać. Opanowuje mnie niepokój, który mogę jedynie opanować i rozładować poza Wrocławiem. Najlepiej z obcymi ludźmi, hi hi hi.
Za kilka dni święta, jadę do Puszczy. Nie wiem czy się cieszę, bo jakoś do końca do mnie nie dociera że to już. Mam jeszcze tyle do zrobienia, nie wspominając o obowiązkach które czekają jak wrócę na początku stycznia. Prawdopodobnie dopiero w pociągu wpadnę w euforię i amok, wcześniej nie będę miała do tego głowy. Jadę na prawie dwa tygodnie, więc może nawet uda się trochę odpocząć. Tylko że w Puszczy odpoczynek ma inne znaczenie niż na reszcie globu. Ale może wirusa i niepokoju się pozbędę, chociaż na jakiś czas. Pewnie złapię jakieś inne świństwo, pijackie świństwo. Ale nic to, nawet pasożyty mają prawo do urozmaicenia.
sobota, listopada 15, 2008
Notka
Takie zawirowanie czasowe wywołane jest raczej uwolnieniem się z kieratu wrocławskiej codzienności. Ranne wstawanie ( mycie, ubieranie, malowanie, jedzenie jak jest czas) lub bardzo wczesne ranne wstawanie ( wtedy nawet jedzenie nie wchodzi w grę), potem wywołująca chandrę komunikacja miejska ( sama nie wiem czy gorsze są staruszki czy wrzeszczące bachory) i praca lub uczelnia, a na zakończenie powrót do domu, gdzie po jednym rozdziale książki zasypiam. W przypadku pracujących weekendów można szybko stracić orientację w dniach tygodnia. Oczywiście zdarzają się urozmaicenia, ale wszystko nadal trzyma się cholernej monotonii.
W Augu to że zawsze kończy się tak samo nie jest wywołane przymusem. Zamiast do pubu mogę pójść gdzie indziej, nad rzekę, posiedzieć w domu, robić cokolwiek. Takie to wszystko jakieś beztroskie. Nawet tamtejsze schematy sprawiają przyjemność i nie wywołują znużenia. Chyba właśnie brak przymusu spowodował że zapętliłam się w czasie.
niedziela, października 26, 2008
Chuj w bombki strzelił, choinki nie będzie!
wtorek, października 07, 2008
Kocio-smocza natura

niedziela, września 14, 2008
Urlop kontra wakacje
Jednym z wyznaczników bycia formalnie dorosłą jest zastąpienie wakacji urlopem. Dwa słowa określające dłuższy czas wolny w lipcu oraz (lub) sierpniu, a taka ogromna między nimi różnica. Przykre, ale jak prawdziwe! Wakacje zawsze można było jakoś przedłużyć, a na urlop nie da się wpłynąć, chyba że zastosuje się L4, a do tego potrzeba miłego i uczynnego lekarza. Co prawda 2 miesiące w Puszczy bywa ponad moje siły, ale 2 tygodnie to stanowczo za mało. Optymalny czas to 3-4 tygodnie oraz kilka dni dodatkowych by np. ruszyć wreszcie na Hel.
Miniony urlop można uznać za całkowicie udany, z kilkoma niewielkimi wpadkami. Początkowo wyśnione 2 tyg. miały być wykorzystane na kilka wyjazdów, ale ostatecznie jak zwykle Puszcza wciągnęła i trudno się było od niej uwolnić. Prawie łezka stoczyła się po policzku jak wsiadłyśmy do Jaćwinga by powrócić do codzienności. Królował Pub Bab (nic nowego!), gdyż lenistwo zwyciężyło nad potrzebą świeżego nocnego powietrza. Rzeka oraz osiedle Swoboda też zostały odwiedzone, choć jedynie parę razy. Zresztą częste plażowanie i uroczy, posiadówkowy pobyt w Gorczycy dotleniły w pełni moje płuca, by przetrwać dłuższy czas w lekko malarycznym Breslau.
środa, września 10, 2008
Augustów w obiektywie Sony Ericssona
piątek, sierpnia 22, 2008
Ironi - fot. Andrzej B. & Edward B.
wtorek, sierpnia 05, 2008
Na Horyzoncie
Na kanapach w Cafe, a za Magda Jakub za którym Kaśka się kryła. Tu podobno była najlepsza kawa w mieście.
środa, lipca 16, 2008
Eria :D

Oni są uroczy. Te małe zgrabne tyłki i ADHD, wszyscy idealnie zakonserwowani. Ach te lata 70-te, czysta szkoła przetrwania: hartuje lub zabija.
Jako męczennica nr 1 w naszej telenoweli prowadzę chwilowo całkowicie uporządkowane życie:
praca, dom i czasem jakieś dodatkowe atrakcje, np. jak teraz 10 dni kina. Od wczoraj chodzę i gadam w najdziwniejszych momentach: Eria Nowe Hioryzonty a dziś udawałam wielbłąda taszcząc do pracy torbę festiwalową z pakietem gadżetów. Trzeba pokazywać jaka jestem grzeczna i opanowana.
środa, lipca 02, 2008
Miłości ... słabości... Za co???
Robin Van Persie ( Holandia, Arsenal Londyn)Najważniejszy... za ADHD!!!! On już biega i podskakuje mimo że mecz się nawet nie zaczął! I kogucika na głowie, hihihi
Halil Altintop (Turcja, Schalke) oraz Hamit Altintop ( Turcja, Bayern Monachium)Za to że jest ich dwóch, chociaż Halila na Euro nie było. Boskie kości policzkowe oraz ogólną zaskakującą miłość do rewelacyjnej reprezentacji Turcji.
David Villa ( Hiszpania, Valencia CF)Za kontrast z Torresem, śmieszne miny, skoczność. Oczka pieska oraz minę gdy musiał zejść w meczu z Rosją mimo że nie wiedział czemu.
Fernando Torres ( Hiszpania, Liverpool FC)Za blond włoski, szerokie bary i ciągle fochy na boisku. Oczywiście także za bramki :)
Hiszpanów musiałam pokochać gdy zabrakło Persiego i Altintopa. Jakoś żadnego Włocha w tej grupie nie ma, nie zasłużyli. Byli tak nie poradni, że właściwie nie było ich szkoda, raczej wywoływali jedynie gniew. Ogólnie nadal to najlepsza drużyna, ale przydało by się ją jednak odmłodzić. Większość zawodników znam od 10 lat. Jak widać po ty turnieju, pora na emeryturę, niestety.
piątek, czerwca 20, 2008
Oni są fantastyczni, wariaci... hihihi Miło, że wreszcie udało się pokonać Francję i to nie tylko w karnych, ale w normalnym czasie gry. Zobaczymy jak będzie dalej, ale wyjście z grupy to pewien sukces, głównie po tym co pokazywali w pierwszych meczach. Niestety po pokonaniu Hiszpanii, znów wpadną na Holandię, więc finał leży prawdopodobnie poza zasięgiem. Jednak trzecie miejsce jest w ich zasięgu, tylko trzeba zrezygnować z giganta Toniego i postawić na del Piero i Cassano.
wtorek, czerwca 17, 2008
Dziś jest Ten Dzień
Prawie 15 a ja nadal w spodenkach (zwanych przez Młodego majtochami) oraz wyciągniętej bokserce. Czemu??? Mam wolne, jest czerwiec, wyszło słońce, więc siedzę w oknie a moje nogi dyndają na parapecie. Sielanka! Poza tym dziś jest Ten Dzień, gramy o wszystko. Azzurri muszą wyjść z grupy, koniecznie. Choć po pierwszym meczu jak w drodze do domu się poryczałam, do ich gry podchodzę z lekkim dystansem. Zresztą Holandia jest rewelacyjna.
niedziela, czerwca 01, 2008
telenowela
Kiedyś, całe chyba wieki temu wróciłam z Puszczy. Wyjeżdżając miałam wszystko poukładane i rozplanowane jak nigdy. A teraz po prawie miesiącu widać, że nie było sensu niczego planować, bo i tak każda myśl przegrała z rzeczywistością. Na dodatek ponownie miałam zbyt wygórowane mniemanie o niektórych, a przecież podświadomie wiedziałam że to tylko moja wyobraźnia.
Pewnym plusem jest to że ludzie miewają większe problemy. Nie da się ukryć że jest to budujące.
To że chwilowo jestem ta zła, też właściwie nie dziwi, chyba trochę mi się należy. Jednak nie mam zamiaru z niczego się tłumaczyć, ani prosić o wybaczenie. Upór ponownie wygrywa z uprzedzeniem. Życie w telenoweli rządzi się swoimi prawami. Aguś wręcz twierdzi, że moje domowe rewelacje są ciekawsze niż "M jak miłość"!
Ostatnio mam skłonność do popadania w samouwielbienie, szczególnie po pobycie w Katowicach. Dobrze na mnie wpłynęło to szkolenie, zwłaszcza czołówki dla hydraulika. W przeciwieństwie do Wrocławia, w tym dziwnym mieście, zwanym Katowice, nikt nie pije browarów w parku! Przyznam że musiałyśmy wyglądać ciekawie: pięć wystrojonych, w obcasach lasek z browarami, a w koło matki z dziećmi, ludzie z psami. Ale jakoś trzeba było spędzić ten czas do odjazdu pociągu. A ja dodatkowo potrzebowałam odreagować w innym środowisku.
poniedziałek, kwietnia 28, 2008
Teraz też, poprosiłam mamę, by zrobiła pranie, bo ciuchy śmierdzą ogniskiem i psem. To ona pierze je ręcznie zamiast w pralce, a ja mam wyrzuty sumienia, że ją wykorzystuję. Generalnie wyrzuty sumienia muszę wiecznie zagłuszać lub wypierać się ich istnienia. Tylko puszcza nadal taka sama, niewinna i dzika. A ja? Niewinności zero, dzikość natomiast w nadmiarze.
środa, kwietnia 23, 2008
Step By Step
Wielki powrót uwielbienia, ta fascynacja ośmiolatki wiele wyjaśnia. Miłość do lat 80-tych, nawet Szaruka (teraz jest jasne czemu kolczyki w uszach tak nie rażą). Jordan... w ogrodniczkach, ach! Chłopaki jednak tańczyć potrafią i kompletnie nie przypominają późniejszych boysbandów. Nie wiem gdzie się podziały wszystkie moje kasety, teraz byłyby sporo warte. Za to doskonale przypominam sobie serial animowany, który namiętnie oglądałam w telewizji. Ach sielankowe dzieciństwo: folwark, puszcza i New Kids On The Block!
środa, kwietnia 16, 2008
Ubarwiona prawda

Straciłam apetyt... niby jestem głodna, ale jak przychodzi do jedzenia to już mi się nie chce. Komar ma to samo, co jest nieco budujące. Obecnie nakręcamy się nawzajem na regularne jedzenie, a dodatkowo Hala wmusza we mnie zupy i inne specyfiki. Trzeba będzie w Puszczy być dzielną i iść na badania do mamy, a właściwie to pobieranie przyjdzie do mnie.
Ogólnie jestem jakaś zawieszona, sama nie wiem czego chcę. Przydałby się ktoś, kto dokonywałby za mnie wyborów, a ja jedynie ślizgałabym się na granicy świadomości i jak coś miała pretensje o złe decyzje. Tylko w pracy jeszcze nad sobą panuję. Może muszę pokrzyczeć to będzie lepiej? Zawsze to pomagało! Lub wybiorę się wreszcie po kozę... hihihi... zielona koza poprawiająca nastrój!
sobota, kwietnia 05, 2008
Platoniczny kubek kawy
czwartek, marca 06, 2008
... Daniel: genialny!!!
I love Him... I love Him... Kocham ten jego spuchnięty, krzywy nos, kanciastą buźkę i siwe oczka. Generalnie on cały jest jakiś taki kanciasty, co mnie szczególnie kręci. Nawet w powieściach fantasy zazwyczaj fascynujący są ci których "twarz jest wyrzeźbiona jakby z kamienia, którego twardość łagodzi niekiedy jedynie uśmiech". Moja miłość do Day-Lewisa kojarzy się z sinusoidą, ma wyraźne maksima i minima funkcji. Gdy po wielu miesiącach jałowych (bez jakichkolwiek wspomnień fascynacji) wreszcie pojawia się nowe dzieło zaczyna się szaleństwo... sny po nocach, ochy i achy, ponowne ogladanie wszystkich dostępnych filmów ( "W imię ojca" zawsze!!! bo "Nieznosnej lekkości bytu" nie posiadam), generalnie pełna wariacja. A potem nastepuje spadek, aż do kompletnego zapomnienia. I znów jakaś reklamówka nowego filmu lub jakieś info rozpoczyna wariację od początku.
Obejrzałam "To nie jest kraj dla starych ludzi" i jestem zdegustowana. Oprócz genialnego Javiera nic mi się nie podobało, może dlatego że całego filmu nie zrozumiałam. "Aż poleje się krew" był przejrzysty i w pełni zrozumiały, natomiast ten chaotyczny i nie równy. Tommy Lee Jones to pierwszy szeryf Hollywood którego wątek mógł byc spokojnie pominięty, bo dodatkowo wprowadzał zamęt. Dobrze że miałam pod ręką drinka oraz Halszkę obok której komentarze przynajmniej troszeczkę rozwiewały nudę.
Udało się wreszcie dokonać przeprowadzki, więc nie mam netu. Tego posta piszę chyba już od połowy lutego, tak partiami jak mam trochę luzu w pracy. Mieszkanko jest fajne, jedynie wchodzenie na 4 pietro jest nadal uciążliwe. Wreszcie osiągnęłyśmy sukces w kwestii ustawienia łóżek oraz biurka, prawdopodobnie po raz ostatni w najbliższym czasie wybieramy się do Ikei. Magdy to będzie chyba już 4 weekend na Bielanach! Mam krótkie włoski, grzywka w niektórych miejscach przypomina jeżyka a i ciągle głaszczę się po meszku na karku, taki nowy tik!

