wtorek, lutego 26, 2013

za chuda i za blond



"Bycie blondynką naturalną czyni kobietę jednostką aspołeczną, 
a bycie blondynką farbowaną czyni ją oszustką".
Pchli targ

Czasem nie pojmuję zawiści innych ludzi. Nie rozumiem, dlaczego ze społecznym przyzwoleniem wytykani są chudzielcy. Jakoś nie wypada nikomu powiedzieć, że rośnie mu drugi, lub co gorsza trzeci, podbródek. Za to jak tylko trochę wystają kości, to momentalnie następuje atak. Ty coś jesz? Głodzisz się? Masz anoreksję? Nikt jakoś nie wpadnie na pomysł,  że ludzie mają różną przemianę materii lub zamiast mięsa i pieczywa wolą sałatę z kiełkami. I to wcale nie dlatego, żeby być szczupłym, lecz dla smaku.  Jedni przypominają szkielety, inni pączki. Nikt przewracając się w wodach płodowych nie losuje ilości posiadanych kilogramów w dalszy życiu. A tym bardziej nie stoi w boskiej kolejce po talię osy. 
Tak samo jest z kolorem i rodzajem włosów. Naturalny blond to wymierający gatunek. Co gorsza trzeba o niego bardzo dbać. Nie tylko ciemnieje z wiekiem, to gdy brak słońca zielenieje lub rudzieje. Czyli gdy przez cały rok ktoś ma ten sam odcień to znak, że stosuje zajebistą farbę lub inne "coś", ale na pewno nie ma naturalnego koloru. Czasami zazdroszczę innym możliwości farbowania i zabawy kolorami. U mnie każda ingerencja mogłaby zakończyć się tragicznie. Niekiedy mam wrażenie, że sztuczny kolor prezentuje się o wiele lepiej niż mój wychuchany naturalny. Mimo to dobrze wiem, że należę w jakiś sposób do wyjątkowych mutantów.


Zdecydowanie nie przypominam ideału, choć mając filigranową budowę, złoto-popielate refleksy we włosach i całkiem niezły gust często padam ofiarą zawiści lub lekceważenia. Tak, bo co taka mała blondyneczka może wiedzieć o życiu, zapewne niewiele. W jej małej główce jest tyle szarych komórek, by była wstanie się spoko ubrać i normalnie funkcjonować. Jednak  o teoriach kwantowych lub najnowszym kinie tajlandzkim z nią nie porozmawiasz. Opinii nawet często nie zmienia, że ma średnią 4,5 - pewnie dostaje oceny  za dziewczęcy urok. 

Ach, te utarte stereotypy, które podświadomie sugerują nam jak należy oceniać innych po wyglądzie. 
  
To, że jestem chuda i blond to nie jedynie moja zasługa, takie mam geny. Nic na to nie poradzę. Oczywiście mogę się przefarbować i roztyć (chyba), ale po co? By innym było lepiej jak na mnie patrzą. No raczej nie! Jeśli chciałabym się zmienić to jedynie dla własnej satysfakcji i przyjemności. 
Osobiście nie mam nic do osób tęższych, rudych, czarnookich i itp. Raczej, przez zboczenie zawodowe, zwracam uwagę na ubranie. I tu potrafię być okrutna w krytyce, ale o tym może innym razem.




poniedziałek, lutego 04, 2013

Szkoła, Sesja, M&M'sy, czyli luty.


Shelli wśród notatek.

Znów chodzę do szkoły. Ale spokojnie, nie jestem znienawidzonym przez społeczeństwo studentem dzienny, ale ciężko pracującym i uczącym zaocznym. Co może niektórych dziwić, szkoła sprawia mi ogromną przyjemność. Na nic nie mam czasu, a jednak jakoś doba wydłużyła się. Podobno też jestem mniej wybuchowa i ogólnie spokojniejsza psychicznie.
Z racji, że na roku pozostało już tylko 15 osób, to wykładowcy podchodzą do nas bardziej indywidualnie i traktują z większą wyrozumiałością. Chociaż może po prostu na uniwerku stosuje się bardziej ludzkie podejście niż na polibudzie. W końcu humaniści powinni być bardziej wyluzowani i mniej rygorystyczni. 

Dobra, koniec nad zachwytami i zaletami - mam sesję.

Na szczęście został tylko jeden egzamin, resztę już mam z głowy.

Jak to zwykle bywa na koniec mam najgorszy, czytaj najmniej ciekawy i interesujący, przedmiot. Co oczywiście sprowadza się do wkuwania mnóstwa definicji, które praktycznie niczym się nie różnią, chyba że osobą która je sformułowała. Poza tym, czytam jakże ciekawe artykuły dotyczące historii i rozwoju bibliologii. Ech...

Koty i M&M'sy dzielnie mnie dopingują w nauce. Tak to już jest, gdy uczę się mało ciekawych (raczej niepotrzebnych w mojej opinii) rzeczy to odczuwam nieodpartą potrzebę czekolady. I tak ciągle podjadam M&M, których jakoś nie ubywa. Język mam w kolorach tęczy, a głowę wypełnioną XIX-wieczną nauką o książce.



wtorek, stycznia 29, 2013

Nowa kolekcja, czyli kiedy skończy się to wyprzedażowe szaleństwo?



Nie znoszę przecen, promocji i pokrewnych akcji obniżkowych. Nie twierdzę, że nigdy nic nie kupiłam w tym czasie, jednak staram się omijać galerie handlowe w tym okresie. Zazwyczaj zaglądam do trzech ulubionych marek, jakoś nie kręci mnie zwiedzanie innych przybytków. Skoro nic tam nie zauważyłam interesującego w sezonie, to tym bardziej nie wygrzebie w czasie wszechogarniającego burdelu. A nawet jeśli coś wpadnie w oko, to przeważnie okazuje się uszkodzone. 
Tak... bo po co traktować z szacunkiem ubrania, a tym bardziej pracę innych? W końcu jest szał wyprzedaży, czyli pora by zawładnęły nami pierwotne instynkty. Polowanie czas zacząć! Kiedy jest ono najbardziej udane? 
  • Gdy zdobyliśmy ostatnią, ukrytą (przeważnie w dziale nieprzecenionym), nieuszkodzoną sztukę, a niekiedy nawet kilka.  To co, że np. sukienka przez cały dzień przeleżała zmiętolona, podeptana i zakurzona. Po to mam pralkę, by wyprała wszelki brud.
  • Gdy przy kasie okazuje się, że cena jest niższa niż na metce. Czy to pomyłka ekspedientki (która potem z własnej kieszeni dopłaci różnicę), czy właśnie zaczął się kolejny etap przeceny ( - 70%). Nie ważne, grunt że coś jeszcze w portfelu zostało, czyli można szukać kolejnej okazji.
  • Gdy napotykamy przecenę powyżej 80%, choć wcale nie pojechaliśmy na drugi koniec miasta do outletu. Co z tego, że mamy kompletnie nie modną rzecz lub 0 2 rozmiary za małą/za dużą. Bywa... za 19 zł, to nawet może leżeć w szafie kilka lat i czekać na lepszy czas.
Czasem mi się wydaje, że na słowo "promocja" ludziom coś przeskakuje w głowach. Tzn. "klik", a następnie "wrrr" (grunt to powrót do edukacji, czyli Cialdini). 
Nasze mózgi przestawiają się na inny tryb. Na co dzień np. elegancka, uprzejma starsza pani, w czasie przecen staje się zdziecinniałą wariatką, która na zwrot "już nie ma" zaczyna jęczeć i piszczeć że ona "chce i musi to mieć".  Mrok!
Przyznam, że miejsce pracy uchroniło mnie przed staniem się promocjoholiczką. Za nim ruszę na polowanie, przeglądam ofertę online, dopiero wtedy udaję się do sklepu. Od wieków nic w czasie wyprzedaży nie zmierzyłam, po prostu biorę co mi się podoba, płacę i wychodzę. Szybko i na temat.  
Na szczęście przeceny mamy 2x w roku i już za chwilę wszystko wróci do normy. Odzież będzie wisieć schludnie na wieszakach, a nie walać po podłodze. Czas polowań dobiegnie końca i znów będziemy spokojnymi uśmiechniętymi osadnikami.

środa, kwietnia 04, 2012

akcja - żarówki

Przepaliły się żarówki w łazience. Została tylko jedna nieśmiertelna (odpukać w niepomalowane) nad wanną. Niby taki mały problem, ale jednak. Bo jak tu włożyć soczewki, rozczesać kołtuny na głowie i nałożyć róż na policzki bez odpowiedniego światła? Można oczywiście. Gdy słońce wstanie zrobić to przy oknie korzystając z niewielkiego podręcznego lusterka. Lub przy braku światła dziennego skorzystać z lustra w przedpokoju. Tylko, że w obu przypadkach trzeba kursować między łazienką a innymi pomieszczeniami, gdzie lustro za małe lub za ciemno. Dlatego odpowiednie oświetlenie musi być!
Jednak zdobycie żarówek wcale nie jest takie proste jak się wydaje. Posiadane w domu miały inne przeznaczenie, a konkretnie po prostu nie pasowały. Próbowałam, ale gwint za krótki, za wąski lub za duży. Do jakiegoś większego sklepu tez jakoś przez pewien czas nie miałam po drodze. A w "Żabce" żarówek nie sprzedają, przynajmniej w tej obok mnie.
O dziwo, w "Biedronce" posiadają. Niestety nie było mi dane zakupienie "biedronkowych", gdyż przy kasie zabrakło pieniędzy. Lekki wstyd, ale przy posiadanej gotówce ( ok. 60 zł) nie starczyło na oświetlenie. Czemu? Bo jedna "biedronkowa" żarówka przeznaczona do mych lamp łazienkowych kosztowała 14,99 zł! Jakaś masakra! Szczególnie, że byłam zachłanna i chciałam wymienić obie lampki. Spowodowałam korek kolejkowy, przymus wzywania kierownika zmiany, a dodatkowo musiałam przeżyć kolejny dzień bez światła.
Na szczęście, w Magnolii jest Tesco. Gdzie są opcje dla normalnych śmiertelników, którzy wolą wydać pieniądze na inne przyjemności. Dwie żarówki za 6,49 zł. Zaszalałam i zakupiłam 2 opakowania na zapas.

sobota, marca 31, 2012

Paskudne choróbska

W ciągu ostatnich miesięcy pojawiło się kilka filmów, które łączy śmierć.
Nie chodzi o horrory z Kostuchą w roli głównej, ani opowieści o babci/dziadku, która/y przygotowuje się do odejścia wspominając dawne czasy. Nie są to dramaty o stracie ukochanej lub dziecka.
Filmy o 20-30-latkach, których nagle dopada śmiertelna choroba. Guz mózgu, rak kręgosłupa itp.
Skoro za jakiś czas dobiję do nieszczególnie magicznej 30-stki, ten temat w pewien sposób mnie dotyczy. Na szczęście nie posiadam osobistych doświadczeń. Ciąża, dzieci itd, tym żyje coraz więcej osób wokół. Nikt nie rozmawia o chorobach, chyba że chodzi o grypę, wysypkę lub najbardziej popularnego - kaca. A przecież zagrożenie z każdym rokiem jest coraz większe.


50/50
Czyli ulubiony kosmita walczy z rakiem kręgosłupa.
Uwielbiam Josepha! Nawet w durnowatych komediach romantycznych, typu "500 Days of Summer". W "50/50" nadal jest tym samym nieporadnym, prostodusznym 30-latkiem, który nie do końca ogarnia otaczającą go rzeczywistość. A tu nagle pojawia się śmiertelne zagrożenie. Nie są to kosmici, terroryści, ani psychopatyczny morderca. Coś z pozoru banalnego, choroba. O tak skomplikowanej nazwie, że filmie pojawia się tylko raz. Cytując Setha Rogena: "im dłuższa nazwa, tym gorzej".
Cała historia przedstawia kolejne etapy walki. Chemioterapia i jej następstwa, zdrada ukochanej, zgolenie włosów (Rogen jest tam genialny!), podryw na umierającego, odejście jednego z kumpli. Oczywiście pomiędzy wplata się miłość, do terapeutki - nieporadnej, prostodusznej 30-latki. Czy naprawdę podobieństwa się przyciągają?
Bohater nr 1 to rak, a wszystko inne tworzy tło. I oczywiście mamy happy end!


Restless
Czyli Gus Van Sant romantycznie z śmiercią w tle.
Van Sant lubi zaskakiwać. Tym razem zrobił uroczy film o miłości.
Enoch to zagubiony 20-latek, który stracił rodziców w wypadku. Cały jego świat się zawalił, co mu chyba całkowicie odpowiada. Czas spędza na pogrzebach i spacerach z wyimaginowanym przyjacielem - japońskim kamikaze z II Wojny Światowej. Poznaje Annabel, oczywiście na pogrzebie! Zakochują się, ale ona jest śmiertelnie chora. I znów mamy chemioterapię, wizyty w szpitalu itp.
Jednak to wszystko jest na drugim planie. Najważniejsza jest miłości i emocje Enocha, który ogólnie jest cholernym egoistą. Wszystko kręci się wokół niego. W niektórych momentach miałam ochotę kopnąć go porządnie w dupę! Annabel jest jednak bardziej cierpliwa i wyrozumiała, dzięki czemu wyprowadza Enocha na ludzi.
Bohater nr 1 to miłość, która śmierci pokonać nie potrafi, ale pomaga sobie z nią poradzić. Mini Happy End.



Do rana
Czyli ostatnia noc na ziemi, a może pierwsza prawdziwa.
Elliot to wybitny informatyk, złote dziecko elektroniki, twórca jakiegoś super zajebistego programu komputerowego. Co jednocześnie oznacza, że całe życie licealne, a tym bardziej studenckie go ominęło szerokim łukiem. Taki aspołeczny dziwak. Poznajemy go dzień przed operacją. Nie jest to wycięcie wyrostka, ani trzeciego migdałka. Mówimy o usunięciu guza mózgu, czyli na sali operacyjnej będzie czekał Dr McDreamy z "Grey's Anatomy".
W wyniku przypadkowej wizyty w kawiarni Elliot poznaje Chloe. W tym momencie rozpoczyna się jego najlepszy dzień w dotychczasowym życiu. Chloe to typowa 20-to parolatka. Zajmuje się fotografią, dorabia w kawiarni, a wieczory spędza z grupą przyjaciół. Ach, te szalone życie studenckie. Koncerty, domówki, zabawy przy ognisku i oczywiście alkohol.
W to wszystko wpada Elliot, i łał (!!!) poznaje szczęście, radość i zabawę. Oczywiście rano sielanka się kończy i dwójka bohaterów wyrusza na spotkanie z Dr Shepardem. Ale coś się zmieniło, pojawia się chęć walki oraz nadzieja na happy end.
Bohater nr 1 to odkrycie, że w życiu najważniejsze są relacje z innymi ludźmi. One dają szczęście i nadzieję. Zakończenie otwarte.

czwartek, stycznia 26, 2012

Zima festiwalowa


Te dwie suknie, to jedyne które w bieżącym sezonie festiwalowym mogę z czystym sumieniem nazwać "fab". Są kompletnie różne, na zupełnie inne sylwetki, ale obie urzekają.

Kate Winslet na rozdaniu Złotych Globów wystąpiła w mega seksownej kreacji Jenny Packham. Generalnie Winslet jest ostatnio mistrzynią w doborze ubrań, które podkreślają jej kobiecą figurę. Każdy chyba widział wyszczuplające sukienki projektu Stelli McCartney, w których pokazała się w Cannes oraz na premierze filmu "Rzeź" w Paryżu.
Natomiast Charlize Theron pokazała się w dziele Azzedine Alaïa's na Critic's Choice Awards. Szczególnie ta druga mnie zachwyca. Oczywiście wiem, że tylko mając figurę Theron można sobie pozwolić taką ilość falban.


Jeśli chodzi o wybory Kate Winslet, osobiście wolę dzieło Packham, projekty McCartney za bardzo kojarzą się z kostiumami kąpielowymi zawodowych pływaczek. Nie wiem jak wąskie musiałyby być ramiona, by te sukienki ich nie uwydatniały.
Przeglądając całą kolekcję jesienną najbardziej przemawiają do mnie czarne suknie z siatką w grochy. Także podkreślają figurę, ale bez efektu "pływaczki". Są świetnie skrojone, nawet szkieletor Anja Rubik ma w jednej z nich zajebiste, seksowne biodra. Szczególnie, że w kolejnej sukience wygląda jak patyk. Groszki Rubik to mój nr 1, choć nie mam pojęcia jaką miałabym pod nią nałożyć bieliznę. Najprawdopodobniej żadnej. Ale przecież istnieje coś takiego jak silikonowy stanik, więc figi pewnie też! W sumie już to wygooglowałam, staniki można dostać od 30 zł!
Kate Winslet ogólnie jest fanką kolekcji córki Beatlesa. Podczas promocji miniserialu "Mildred Pierce" w NY pojawiła się moim nr 2, czyli "małej czarnej" z bokiem w grochy. I z tego co było widać, a raczej nie widać na zdjęciach, nie miała bielizny.


Stella McCartney w kolekcji wiosennej nadal trzyma się falistych linii. Tym razem odchodzi od jednolitych kolorów oraz klasycznych groszków. Króluje wzór pepitki w różnych odcieniach i modyfikacjach. Przyznam, że nie szczególnie prezentują się te projekty. Chyba nie wiele gwiazd zdecyduje się, by je prezentować na galach. Są za mało glamour.
W sumie jedynie sukienka prezentowana przez Rubik wpadła mi w oko, ale też jakoś trochę na siłę. Zresztą ona będzie wyglądać dobrze tylko na szkieletorach. Do codziennego noszenia fajnie może wyglądać tunika z dodatkiem koronki. Właściwie nie wiem czemu została ona pokazana samodzielnie. Modelce prawie widać krocze, chyba że właśnie takie było zamierzenie. Sama chętnie nosiłabym ją z granatowymi lub zielonymi legginsami.


Pokaz wiosny w wykonaniu Jenny Packham to zupełnie inna bajka. Bajka, a raczej baśń to dobre słowo opisujące te projekty. Wszystkie są cudownie zwiewne, eteryczne. Kolory lekko przytłumione, wyblakłe. Każda pomimo pozornej lekkości ma pas podkreślający talię oraz ciężkie elementy ozdobne, dodające klasy.
Szczególnie zjawiskowa jest nefrytowa - dla tych co nie wiedzą jaki to kolor, to chodzi mi o rudą modelkę w zielonkawej. Sukienka dla nimfy lub wróżki. Pozostałe również są wróżkowe, ale ta najbardziej. Zakochałam się w tej sukni, choć nie mam pojęcia gdzie miałabym w niej chodzić. Przecież nie biegałabym w niej po Puszczy!


Na koniec jesienne propozycje tureckiego projektanta Azzedine Alaia. O ile dzieła Packham mogę porównać do baśni w stylu Disneya, to Alaia wzoruje się na Braciach Grimm. Przyznam, że robi to genialnie.
Oczywiście trzeba mieć posągową figurę Theron, by nosić te falbaniaste arcydzieła. Jednak piórkowo-punkowe sukienki "Dzwoneczka" mogłyby się znaleźć w mojej szafie. Byłabym skłonna nosić je nawet do motocyklowych kozaków i frakowego żakietu. Wiem, że byłaby to lekka profanacja takiego dzieła sztuki, ale nie potrafiłabym jedynie na nie patrzeć.

poniedziałek, stycznia 23, 2012

Nowy Rok


Rok Smoka zaczyna się dziś. Co oznacza, że będzie lepiej. Podobno...
Chiński Smok jest symbolem dobrobytu, mądrości i wszystkiego co najlepsze. Czyli przynajmniej dla mieszkańców "kraju Środka" przyszłość przedstawia się różowo :)


"Powiadają, że to lodowata krew matrony
sprawiła, iż na tym świecie
narodziły się smoki
i że owa płynąca rzeka losu
przyniosła światło do ciemności i ciemność do światła,
ukazując wreszcie w swych zimnych jak lód oczach
dzieci chaosu..."

"Gdy światło wyłoniło się z ciemności
ujrzałem na polu
zastęp smoków schwytanych
jak grzbiet fali wiatru przed wiecznym płomieniem.
Zobaczyłem wieki w ich oczach
mapę świata utrwaloną
we wzorach każdej łuski ich skóry.
Czary wypływały z nich
niczym tchnienie gwiazd
i zrozumiałem, że
smoki zstąpiły między nas..."

"Ogrody księżyca" S. Erikson


czwartek, czerwca 30, 2011

poddasze

Mieszkanie na poddaszu ma kilka słabych stron.

Pająki.


"Gdzieś tu jest pająk,
w tym czy w tamtym kącie.
Jego troje oczu
stoi na palcach w ciemności,
jego osiem nóg
przebiega mi po plecach,
powtarzając me kroki
w drwiącym rytmie.
Gdzieś tu jest pająk,
który wie o mnie wszystko,
zapisał moją historię w pajęczynie.
Gdzieś w tym dziwnym miejscu
pająk czeka,
aż ucieknę w panice..."

"Ogrody księżyca" S. Erikson

Wielkie i włochate, a także długonogie z małym odwłokiem.
Szczególnie te pierwsze są obrzydliwe. Jakiś czas temu wróciłam w nocy do domu i pierwsze co zobaczyłam, to takie bydlę wielkości 3 cm siedzące obok mojej poduszki. Fuj!!! Z racji, że formalnie pająków się nie zabija, wciągnęłam go odkurzaczem. Nie wiem czy to przeżył. Kilka dniu później Hala opróżniała pojemnik i podobno nie było tam nic czarnego i włochatego. Te czarne olbrzymy najprawdopodobniej emigrują do mnie z drugiego, nie zamieszkanego poddasza. Najczęściej jakiś siedzi w okolicach mego łóżka lub schodów na górę.
Za to w łazience i kuchni królują osobniki długonogie. Mniej wstrętne, choć w miarę możliwości spłukiwane wodą.
Ogólnie nie mam arachnofobii i istnienie kilku stawonogów nie przeszkadza w normalnym funkcjonowaniu. Jednak nawet nie próbowałabym spać obok wielkiego robala, szczególnie gdy może ugryźć. A takie ugryzienie nie jest czymś przyjemnym, piecze i goi się kilka tygodni.

Schody.
Jest ich za dużo, są śliskie i nieproporcjonalnie rozmieszczone.
Aż dziwne, że jeszcze nigdy z nich nie zleciałam. Chociaż raz mało brakowało, ale to było na tych w samym mieszkaniu. Te są wyjątkowo wyślizgane, a dodatkowo strome.
Właściwie codziennie paszczę po nich 10 kg - rower. Czasami w dwóch turach, gdy mam dodatkowe zakupy. Muszę przyznać, że najlepsze tempo mam po kilku cytrynówkach z wodą. Jestem wtedy na górze w ciągu 2 minut i to bez zadyszki.
Ogólnie klatka nie wygląda zachęcająco. Co jakiś czas na poręczy siedzą gołębie, którym trzeba otworzyć wszystkie okna by durne wyleciały. O czym też przekonała się Edi w poprzednie wakacje. Już nie pamiętam, czy miała iść po zakupy, czy jechać po mnie do pracy. Gołąb pokonał Burzę, która z płaczem dzwoniła by ją ratować. Innym razem wracając z Magdą zastałyśmy żula, który spał na naszej wycieraczce. Dopiero po dłuższej rozmowie z policjantem ( pytania typu: czy jest z paniami ktoś dorosły? czy któryś sąsiad nie mógłby się tym zająć?), przyjechali faceci ze straży miejskiej by go zabrać. A smród po nim utrzymywał się jeszcze kilka dni.

Ptaki.

Gołębie, czyli najgłupsze i najbardziej brudniejsze ptaki, są wszędzie. Mam nadzieję, że podczas remontu dachu uda się je wykurzyć. Jednak jak widać na przykładzie innych części podwórka nie jest to proste. Po jakimś czasie można się przyzwyczaić do ciągłego gruchania, gdy człowiek bierze prysznic lub myje zęby. Na szczęście tutejszych gołębi nikt nie karmi. Dlatego bezpiecznie można siedzieć na parapecie. Nie ma ryzyka, że latająca chmara zaatakuje w celu otrzymania pożywienia.
Jaskółki, latające z prędkością świetlną, też występują w dużej ilości. Kiedyś przez jedną spóźniłam się godzinę do pracy. Chyba nie wyrobiła się na zakręcie i wleciała do mieszkania przez uchylone okno. Po kilku rundach kuchnia-salon padła przy parapecie. A ja dzielnie podniosłam ją przez rękawice kuchenne i wyrzuciłam na podwórko. Zaznaczmy, że w tym momencie przypomniała sobie do czego służą skrzydła i odleciała.
Sroki, a właściwie chyba jedna sroka. Jest najmniej uciążliwa, jednak jak się rozwrzeszczy to zamykanie okien nie pomaga.

sobota, maja 28, 2011

Uniform



Coraz częściej dochodzę do wniosku, że Polki nie mają wyobraźni, jeśli chodzi o ubrania. Mają koszmarne zamiłowanie do uniformów.

Nie chodzi tu o typowe mundury i styl militarny, bo on bywa ciekawy. Sama cierpię na obsesję dotyczącą bufek, pagonów, a moje najukochańsze kozaki nadawałyby się na poligon. Przez całą zimę wzdychałam do granatowego płaszcza, w którym wyglądałam jak mały oficer wojsk napoleońskich. Niestety nawet ze zniżką pracowniczą jego cena powalała, więc musiałam się zadowolić kożuszkiem z Zary, oczywiście dwurzędowym z pagonami.



Mówiąc o uniformach, chodzi mi o ubieranie się w jeden kolor lub ( o zgrozo!) wzór od stóp do głowy.
Zupełnie nie rozumiem tej tendencji by do żółtej spódnicy nakładać żółty sweter, bluzkę, a co gorsza niekiedy buty i biżuterię. I wszystko najlepiej, żeby było w tym samym odcieniu, czyli otrzymujemy człowieko-kanarka! Niestety regularnie słyszę, że Pani potrzebuje tak zwanej "kolorowej garsonki". Czyli marzy się takiej spódnica/spodnie z żakietem w kolorze np. koralu lub co gorsza w wersji w kwiaty. Od razu mam skojarzenia z królową Elżbietą II, która jest chyba niedoścignionym wzorem dla pewnej grupy kobiet. Ta grupa nie składa się, o dziwo, jedynie pań w okolicach 60-tki, ale także dużo młodszych osób. Tak zwane "urzędziary" w koślawych kostiumikach, które ani nie są wygodne, ani ładne i eleganckie. Takie panie, nawet po pracy, chodzą w swoich "uniformach". Tylko żakiet zostaje zastąpiony przez sweter lub bluzkę, w identycznej tonacji co spodnie/spódnica. Dla takich osób połączenie żółci z granatem/ begonii z szarym wydaje się bardziej agresywne niż zestaw w cytrynie/amarancie.


Oczywiście pominęłam kwestię sukienek, choć to sam w sobie temat rzeka.
Co powoduje, że kobiety potrafią zniszczyć najładniejszą sukienkę doborem dodatków?
Czy zestaw z prawej jest ładny, elegancki? Kategorycznie NIE! Rozumiem uwielbienie danego koloru/wzoru. Pojmuję, że komuś jest ślicznie w chabrowym, jednak bez przesady. Od nadmiaru głowa boli i to bardzo.
A zestaw lewy,czy nie prezentuje się lepiej? Sukienka, dzięki szarym dodatkom mocniej przyciąga uwagę, jest lepiej wyeksponowana. To ona jest najważniejsza, jej fason, krój, kolor. Dodatki tworzą tło, nie przytłaczają, a jednocześnie są doskonale widoczne.
"Chabrowa pani" sprawia wrażenie kiczowatej, wulgarnej. "Szaro-chabrowa" to jej przeciwieństwo, pomimo że obie mają na sobie ten sam model żakietu oraz podobne korale i torebkę.


Podsumowując moje wydumania - uniform jest zły. Prawie nigdy nie wygląda dobrze. Chyba, że wybieramy się na dwór brytyjski lub imprezę pod patronatem jednego koloru/wzoru. Czyli nawet jak kochamy panterkę/zielony to nie musimy wyglądać jak gepard/żaba. Oryginał zawsze prezentuje się lepiej niż podróbka.

wtorek, sierpnia 31, 2010

Dzieciństwo


W zeszłym tygodniu miałyśmy wizytę 10-latki. Obecnie chyba każde dziecko ma ADHD. Mam nadzieję, że przynajmniej połowa z tego wyrasta. Z tego co wiem to mi się udało.
Po serii "100 pytań do"( pojawiły się między innymi takie: "dlatego nie masz dzieci?", " chcesz mieć?", "czemu nie macie tv?") oraz obiedzie, nadeszła pora na bajkę. Wcześniej ustaliłyśmy, że obejrzymy mojego najukochańszego "Ostatniego Jednorożca". Jak było do przewidzenia był to film, którego nie widziała.
Zdecydowanie odbiega on od obecnych trendów panujących w filmach animowanych. Akcja rozwija się powoli, piosenki są raczej smutne ( zespół America nie należy do najżywszych), mało tu zabawnych scen. Nawet kreska zrobiona jest w stylu anime, a nie Disneya. Zresztą została zrobiona przez Japończyków, więc nie jest to dziwne. Cała historia powstała na podstawie książki Petera S. Beagle'a, która raczej nie jest przeznaczona dla dzieci. Powieść napisana jest jako ironia bajek o rycerzach i czarodziejach. Film to wygładzona i upiększona wersja historii.
Był to dobry wybór, gdyż przez 90 minut miałyśmy ciszę i spokój. Historia jest wciągająca, a Jednorogini zdecydowanie zachwycająca. Są momenty straszne, gdy trzeba było przytulić.
Jednak byłam jedyną osobą w pokoju, która prawie się w końcówce popłakała. Cóż, ja po prostu tak reaguję na tą opowieść. Na dodatek za każdym razem tak się zachowuję. Czasami to łzy mi lecą od początku filmu, bo wiem co będzie dalej. Jest on do bólu smutny. Co prawda jedynie w film, książka ma sarkastycznie ubarwiony koniec. Lir szybko otrząsa się po stracie ukochanej, gdyż znajduje następną "pannę w opałach".
Na koniec obejrzałyśmy fragmenty "Piratów z Karaibów", teraz w sercach 10-latek rządzi Jack Sparrow, a także o zgrozo Edward ze "Zmierzchu". Kogo ja kochałam mając 10 lat? Prawdopodobnie był to etap "Top Gun", także Christiana Slater w "Prawdziwym romansie". Możliwe, że w okresie świątecznym ze wszystkimi wygrywał Kmicic, który rządził w tv.

środa, kwietnia 21, 2010

Zawartość torebki DKG

To tylko taki zapomniany wpis. Odnaleziony po dokładnie 6 miesiącach.
Chyba miałam zamiar dokumentować ilość ciężarów, które codziennie noszę. Po dwóch dniami mi się znudziło, lub przestawiłam się na torebkę MINI, lub byłam chora... przyznam, że nie pamiętam. Wiem, że jesienią co kilka tygodni miałam anginę lub inne gówno roznoszone drogą powietrzną.



23.10.2009


22.10.2009

21.10.2009

poniedziałek, sierpnia 31, 2009

Flower Power


Dzięki Komarkowi dorobiłam się "przewodniej piosenki urlopowej". Jak tylko znajdę się w pobliżu komputera zaczynają szaleć bity disco. "You make me feel like dancing" w większym stopniu pokazuje możliwości wokalne Neo, jednak stylistyka "Flower Power Supergirl" bardziej do mnie przemawia. Szczególnie po kilkakrotnym przesłuchaniu. Pikolaki, koszula z żabotem, krzywy zgryz, disco Bond. Coś wspaniałego!

Skończył się czas wakacji, takich krótkich i intensywnych. Działo się dużo, były wzloty i upadki, bolesne upadki. Ogólnie ponownie nie udało się odpocząć, ale moc wrażeń rekompensuje tęczowe nogi oraz straty moralne. Zdjęcia są, ale raczej pojawią się tutaj w późniejszym terminie. Może zrobię serię weselną, w końcu mam ślubne lato. Oczywiście to dopiero po 12 września, gdy zakończę sezon. Mam nadzieję, że bez atrakcji z jakimi go zaczynałam.
Podróż powrotna do Wro okazała się w równym stopniu koszmarna jak pouczająca. Do Torunia jechałam z bandą 12-14-letniej młodzieży, która wracała z kolonii ( chyba na dodatek w Augu). Pakiet mądrości jakich wsłuchałam, pomimo słuchawek na uszach, wręcz paraliżował. Szczególnie odkrywcza okazała się para wakacyjna ( lat około 14), przede wszystkim jej żeńska część. Szalejące hormony połączone z ADHD i upałem, dały wybuchową mieszankę. Jeśli ja mam huśtawki nastojów, to dziewczę miało huragan. W jednej sekundzie opiekuńcza, dobrze wychowana, po chwili bez wyraźnego powodu szykowała się do bicia kogo popadnie. A jej chłopak, biedne stworzenie, nawet nie mógł iść z kumplami pogadać, tylko całą podróż musiał siedzieć przy niej i przytakiwać. Choć w jednym momencie zabłysnął. Na jej stwierdzenie, że ktoś musi nim rządzić, oznajmił, że robi to jego mama. Urocze. Poza tym okazało się, że polska młodzież słucha i śpiewa najnowsze polskie przeboje. Sama nie wiem czy to dobrze czy źle.
Ciekawe jakie atrakcje zapewni PKP jak będę za niecałe 2 tygodnie jechać do Puszczy.

piątek, sierpnia 07, 2009

True blood


Z nudów, bo obejrzałam wszystkie sezony Supernatural, zaczęłam nowe dziecko HBO.
Jakie było zaskoczenie, gdy okazało się, że serial o durnowatej blondynce ( może wszystkie 25-letnie blondynki są takie?) i zakochanym w niej wampirze okaże się tak wciągający. 12 odcinków w trzy dni! Jeszcze dzień trzeci się nie skończył, a pierwsze odcinki drugiej serii czekają :)
Sama historia miłosna przypomina tą ze "Zmierzchu". Tylko, że to Sookie potrafi czytać w myślach, a Bill nie zawsze jest abstynentem! Na szczęście wampir Bill, choć nie w moim typie, w niczym nie przypomina drewnianego Edwarda-Pattisona! Natomiast Sookie jest nieco podobna do Belli, oczywiście tej książkowej, a szczególnie z "Przed świtem".
(Tak, przeczytałam wszystkie części "Zmierzchu", przecież trzeba być na bieżąco z bestsellerami!)
Czyli nie tylko omdlewa w ramionach ukochanego, ale posiada własne zdanie, często przeklina.

Sookie i Bill to szczyt góry lodowej, w której niższych partiach kryją się o wiele ciekawsze postacie. Nie potrafię jednoznacznie stwierdzić kto w szczególności, bo całe miasteczko Bon Tempsa jest pokręcone. Na początku listy oczywiście znajduje się Jason, Tara, trochę niepozorny Terry oraz prawie 2-metrowy Eric.
Ogólnie cała Luizjana to taka duża Puszcza... mówią z dziwnym akcentem, piją wódkę, szwędają się po cmentarzu. Panuje upał, wszystkim jest gorąco i duszno. W modzie królują minispódniczki oraz kuse bluzki, nagie torsy oraz kowbojki. Pełno tu dziwnych obrzędów ( np. wypędzanie demona pseudo voodoo), część mieszkańców mieszka w lesie, większość nic nie robi lub udaje że coś robi. Połowa gada jedynie o Jezusie ( call from Jesus!), a reszta ma go w dupie. Sami wariaci otoczeni wodą i lasami, chodzący do jedynego baru w okolicy. Dodatkowo wampiry, zmiennokształtni i nie wiadomo co jeszcze. Plus oczywiście tajemniczy morderca uśmiercający młode dziewczęta oraz jedną staruszkę i kota. Każdy ma coś na sumieniu, wszyscy plotkują o wszystkich. Co wieczór spotykają się na piwie. Uroczo! Sielankowo!
Nawet wampiry ( formalne potwory) jakieś takie zaściankowe. Panuje podział na dwa typy wyglądu: bywalców klubów sado-maso oraz świadków Jehowych przesiadujących przed telewizorem.
Niby nic ciekawego, a ogląda się odcinek za odcinkiem i parska śmiechem.

wtorek, czerwca 09, 2009

W krainie Deszczowców czyli Dzień Dziecka w górach

Kraina Deszczowców, po wizycie w Jaskini. Zgadnij kto jest kto!

Młody i Jaskiniowe Stwory


W poszukiwaniu Baltazara Gąbki.


Powrót do Breslau. Chwila sielankowa, choć widać, że ja do końca nie śpię, w odwrocie do pozostałej dwójki.

sobota, maja 09, 2009

Kwietniowo-majowy

Zdjęcia weekendowo-świąteczne.
Ostatnimi czasy nie miałam często możliwości na korzystanie z dobrodziejstw wolnych dni. Teraz istnieje szansa na zmianę, całkiem realna. Właściwie już to się zaczęło ( 28.04.2009).

Tak chciałam skorzystać z wolności, że się pochorowałam. Majówkę spędziłam w górach, pracy i łóżku. Dokładnie w tej kolejności. Przymusowy pobyt w tym ostatnim przeciągnął się nawet na formalnie pracujący poniedziałek. Zrobiłam się lekko przezroczysta, trochę mnie mniej niż przed tygodniem, żebra i kości miednicy znów ujawniły swoje piękno lub brzydotę, jak kto woli.

Byłam nabuzowana chęcią pokazania wszystkim, że nadal potrafię brać udział w maratonach, a tu falstart. Bywa... Jak się wstaje o 6-7 rano (czasem na szczęście o 10), stoi 8 godzin na obcasach i uśmiecha do każdego, to czasem nie ma wyjścia i kończy się imprezę przed północą. Zaznaczmy... stanie a siedzenie to nie to samo, podobnie jak klikanie lub rozmowa z współpracownikami, a dbanie o bezpośredniego klienta (często z wyraźnymi symptomami choroby psychicznej). W moim przypadku podsypianie w pracy nie ma racji bytu. Jakoś się jeszcze nie nauczyłam drzemać na stojąco z otwartymi oczami, uśmiechem na ustach oraz obowiązkowym "dzień dobry". Czy to takie dziwne, że przy takim sposobie zarabiania, czasem nie mam siły na co weekendowe wyjścia? Szczególnie, gdy następnego dnia może czekać banda wieśniaków, którzy dni wolne spędzają w centrach handlowych zamiast na świeżym powietrzu. (9.05.2009)

Puszcza i Dziadek

Góry, konkretnie Kowary

wtorek, kwietnia 21, 2009

Wpis

Książkoholizm to choroba na którą cierpię, właściwie od kiedy pamiętam. Wbrew ogólnym tendencjom pierwsze wspomnienia posiadam z okresu przedszkolnego, a właściwie zerówkowego. Trudno pamiętać przedszkole, skoro byłam tam jeden ranek i przeprowadziłam profesjonalny szantaż emocjonalny, by nigdy nie wrócić do czterolatków.
Wracając do uzależnienia na które cierpię... ostatnio przeczytałam felieton autorki Activista o holiźmie książkowym. Jest to choroba cywilizacyjna, stopniowo atakująca od kilku wieków. Może chwilowo nie tak popularna jak cukrzyca lub depresja, ale mająca stałych żywicieli. W naszym kraju, a prawdopodobnie też w większej części świata uważa się, że czytanie sprzyja rozwojowi ( "cała Polska czyta dzieciom") i jest bardzo promowane. Tylko jak zauważa autorka felietonu wszystko szkodzi w nadmiarze, a szczególnie w złych proporcjach. Wyrafinowany szampan, a denaturat to zupełnie coś innego.
Osobiście muszę się przyznać, że ostatnio częściej "smakuję" tego denaturatu, a szampana od wieków nie doświadczyłam. Co gorsza jestem posiadaczem sporej ilości tanich win, na szczęście główne zaopatrzenie pobieram z biblioteki oraz ( o zgrozo) z ebooków. Ogólnie nie znoszę czytać na kompie, ale bywają sytuacje gdy jest to konieczne. Niektórych dzieł po prostu inaczej nie poznasz.
Każda wolna przestrzeń w mym otoczeniu jest zajęta przez papier ( ach te lasy... coraz ich mniej), co nadal jest wyznacznikiem bycia niby intelektualistą. Podobno! Grunt to porządna meblościanka, tyle się na niej mieści. Mogę wyliczyć jedynie kilka pozycji, do których wracam. Nie jest tego wiele, przeważnie są to utwory, które mam zapisane w głowie, a mimo to nadal cieszą. "Tanie wina" tuż po spożyciu wypieram z pamięci lub magazynuje w nieużywanych częściach mózgu.
Co jakiś czas wpadam w całkowity amok i ruszam na podbój "taniej książki". Wracam do domu z różnymi trunkami, które przez jakiś czas stoją nie wykorzystane, bo przecież inne ( biblioteczne, pożyczone) mają pierwszeństwo.
Ogólnie nie cierpię jakoś szczególnie z powodu tego uzależnienia, ale bywa ono uciążliwe i męczące. Najgorsze, że nie jest możliwe, żeby się od niego uwolnić. Nawet jakbym chciała to wszyscy będą przeciwni. Książki to przecież świętość, nie można ich wyrzucać, ani niszczyć.

wtorek, lutego 24, 2009

Wspominki i chandra



Zimowy park w Breslau. Całkowicie nieostry. Zasypany przez biały puch, który zamroził komunikację miejską i wywołał chandrę. A teraz w szybkim tempie topi się i znika, jakby go nigdy nie było. Tylko chandra pozostała i nie chce odejść. Kusi lenistwem, wolnością i niespełnionymi marzeniami w zasięgu ręki. Tylko jak zaczynam się skupiać to zauważam że marzenia są jak ten biały puch co się szybko pojawia i jeszcze szybciej znika. Przedwiośnie wywołuje nostalgię której mimo sprawnie działającego mózgu nie mogę opanować. Ciągle mami przyjemnymi obrazami... będącymi poza realnością.
Teraz to co smoki lubią najbardziej. Ciepełko, słoneczko, wakacje... Zdjęcia działkowe, zapomniane, ostatnio otrzymane. W roli głównej: autorka bloga, jak by mogło być inaczej, ulubienica fotografa. Dziękuję Edi!

Urocze ognisko, którego Ojcem Organizatorem był A. Bućko, czasem zwany wujkiem Andrzejem. Nie ma tu jego zdjęcia przy pracy, bo się nie postarałam o oficjalne pozwolenia na wykorzystanie wizerunku, a nie mam ochoty potem się sądzić z przyszłą władzą sądowniczą naszego kraju.
Zresztą wujek A. najczęściej ratuje mnie z różnych opresji i dba o mą moralność, więc nie chcę się narażać. Poza tym potrafi zawsze zaskoczyć, raz stworzy idealne ognisko, przy innej okazji jest mistrzem parkietu. Człowiek orkiestra! (To było bez sarkazmu i ironii, jedynie czysty zachwyt.)


Po kąpieli, przed kolejną porcją jedzonka. Nieco zmęczone, ale zadowolone. Powtórka w tym sierpniu???

Jeszcze formalnie jedzenie nie gotowe, a już czekam i coś wciągam do buzi. Cały wieczór był posiadówkowo-żywieniowy. Z małą przerwą na kąpiel w Jeziorku przy śluzie. Też mam zdjęcia, ale podlegające cenzurze. Zresztą tu mamy ostrość na moje kolana, a w tle znajdują się ciekawe eksponaty.
Chyba jedyne zdjęcie na którym nie jem lub nie gmeram w talerzu, choć widelec w garści trzymam i kiełbaski obserwuje. Takie to wszystko sielankowo-puszczańskie, aż można zacząć tęsknić, jak się człowiek przestaje kontrolować.

sobota, stycznia 31, 2009

Kobieta Roku

Nie zostałam Kobietą Roku 2008, nawet nie wiedziałam że startuję w wyborach a już przegrałam. Okazało się, że brak zahamowań nie jest zaletą. Przynajmniej w niektórych kręgach, a może w większości. Jakoś nie szczególnie mnie to rusza, raczej trochę denerwuje, jak komar bzyczący nad uchem, którego w każdej chwili można zlikwidować. Moralność to rzecz nabyta, wszyscy mają granicę której nie przekroczą. A punkt zero w zależności od sytuacji potrafi diametralnie się zmieniać. Rok temu wiele spraw wydawało się kompletnie nie możliwych, a obecnie są na porządku dziennym. Pewne zdarzenia bezpowrotnie mnie odmieniły i nie da się z tym nic zrobić. Dawniej było źle, teraz jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej! Tyle z podsumowań noworocznych.
Wspomnienia z Puszczy powoli się zacierają, nadal wzbudzają śmiech i wzruszenie, ale było minęło. Teraz czas na Wrocław i spotkania międzymiastowe, pełna integracja. Potem mogą pojawić się dzieci, które ograniczą swobodę, trzeba korzystać póki jest okazja i możliwości.
Nawet wspaniała firma postanowiła zadbać o moje rozwijanie horyzontów i za kilka dni jadę na ocenę przyszłej zimy do Poznania. Prawdopodobnie skończy się bez szaleństw, ale wyjazd darmowy zawsze się liczy!

środa, grudnia 31, 2008

Keep moving...

Siedzę w Augu już kilka dni. Trudno powiedzieć czy mam dość czy nadal czekam na przesyt... Wiem, że uwielbiam samotne powroty do domu, gdy w żyłach płynie etanol i inne środki a uszy dudnią muzyką (nie koniecznie najwyższych lotów, ale zawsze wywołującą reakcję), moje ciało odpowiada na nią automatycznie. Zaczyna się od prawego ramienia, potem cała ręka i reszta ciała z przewodnictwem lewej nogi, często też brzucha. Oczywiście z lekkim zagryzaniem wargi dla lepszej koordynacji. Tylko tutaj wracają do łask dawno zakopane przeboje i gwiazdy, pełen szał przełomu lat 80 i 90-tych. Banalny tekst, bujający bit to ideał na mróz i gwiaździste lub mgliste noce. Tylko tu puste (dosłownie) ulice pozwalają na pełne poddanie się dźwiękom, które mówią z słuchawek. Włączenie autopilota, który zawsze doprowadzi do domu i łóżka.
Oczywiście całkowitej sielanki brak, coś ciągle wierci mi dziurę w brzuchu, wywołuje niepokój, brak spełnienia. Może pora pobiegać po prawdziwej Puszczy, a nie trzymać się utartych ścieżek. Tylko trochę mam lenia, który szepcze, że pub lub wycieczka na majora, to szczyt możliwości skoro zimno i ciemno. Taaaa... Jeszcze trochę czasu do wyjazdu zostało, więc mam szansę na zwycięstwo lub jakąś niespodziewaną atrakcję.
Ten urlop udało się wyrwać wyjątkowo długi, wręcz zapominam że za parę dni znów powrócę na łono dorosłości. Ale jeszcze nie dziś, ani jutro! Nadal mam prawo do fochów, bycia niedojrzałą, upijania się, wracania nad ranem, spania do południa, nawet brudzenia dywanu winem. Takie prawo świąt w domu rodzinnym, gdzie wszyscy traktują cię niby poważnie, ale nie do końca, a wszelkie grzechy po chwili odchodzą w zapomnienie. Nikomu nie chce się ich notować, przecież mamy czas wybaczania! Nawet ja sama... chyba mam zrywy magii świąt. Niekoniecznie długotrwały, ale jednak jakaś miłość do bliźniego się odzywa.

piątek, grudnia 19, 2008

Disturbia


Bum Bum Be-dum
Tak jakoś od pewnego czasu nie pisałam. Nie to, że nie było o czym, bo właściwie zawsze jest. Tylko ostatnio mam problemy z ubraniem wszystkiego w odpowiednie słowa. Taka choroba mnie zaatakowała, że nie potrafię się wysłowić. Przy mojej pracy jest to nieco uciążliwe, choć powoli jest lepiej. Już na szczęście nie mylę części garderoby z kolorami lub materiałami, ale do pełnej formy nadal nie wróciłam. Na dodatek nie kojarzę kiedy dokładnie złapałam tego wirusa "brakusłów", tak po prostu pewnego dnia się obudziłam a on krążył w żyłach i tętnicach.
Z ostatnich atrakcji: byłam na zaproszenie Kasieńki w Łodzi. Chyba Fabrycznej, choć w tym dziwnym mieście, gdzie wszystkie ulice prowadzą na Piotrkowską, nie mam pewności. Zresztą moje zdolności do gubienia się mogły tam rozwinąć skrzydła. To że z hotelu trafiłam do teatru zamiast Manufaktury, nadal wywołuje zaskoczenie. Pozytywne, gdyż gdybym chciała iść do teatru to prawdopodobnie nigdy bym się tam nie dostała. Nawet na dworzec taksówkarz wiózł mnie podwórkowymi uliczkami między blokami i garażami. Łódź to najdziwniejsze miasto w jakim byłam! Za to z krótkiego zapoznania się z festiwalowym, vipowskim życiem jestem bardzo zadowolona. To najlepszy prezent jaki mogłam dostać z racji moich niedawnych urodzin. Kasiek, jeszcze raz bardzo dziękuję!!!
Te dwa dni uświadomiły mi, że za bardzo zakopałam się w obowiązkach i raz na dwa miesiące ( lub częściej) powinnam od nich uciekać. W innym wypadku staje się trudna w pożyciu i ciężko ze mną wytrzymać. Opanowuje mnie niepokój, który mogę jedynie opanować i rozładować poza Wrocławiem. Najlepiej z obcymi ludźmi, hi hi hi.
Za kilka dni święta, jadę do Puszczy. Nie wiem czy się cieszę, bo jakoś do końca do mnie nie dociera że to już. Mam jeszcze tyle do zrobienia, nie wspominając o obowiązkach które czekają jak wrócę na początku stycznia. Prawdopodobnie dopiero w pociągu wpadnę w euforię i amok, wcześniej nie będę miała do tego głowy. Jadę na prawie dwa tygodnie, więc może nawet uda się trochę odpocząć. Tylko że w Puszczy odpoczynek ma inne znaczenie niż na reszcie globu. Ale może wirusa i niepokoju się pozbędę, chociaż na jakiś czas. Pewnie złapię jakieś inne świństwo, pijackie świństwo. Ale nic to, nawet pasożyty mają prawo do urozmaicenia.

sobota, listopada 15, 2008

Notka

Wytęskniony pobyt w puszczy rozciągnął się w czasie. Już w sobotę wieczorem wydawało się, że jestem w domu od paru dobrych dni. A wcale nie działo się za dużo, właściwie to co zwykle. Mama, dziadkowie, pub Bab i jego bywalcy, miasto, które zaskakuje zmianami ("Pod beczką" nie istnieje!!!), bulwary, puszcza... ten sam schemat spotkań.
Takie zawirowanie czasowe wywołane jest raczej uwolnieniem się z kieratu wrocławskiej codzienności. Ranne wstawanie ( mycie, ubieranie, malowanie, jedzenie jak jest czas) lub bardzo wczesne ranne wstawanie ( wtedy nawet jedzenie nie wchodzi w grę), potem wywołująca chandrę komunikacja miejska ( sama nie wiem czy gorsze są staruszki czy wrzeszczące bachory) i praca lub uczelnia, a na zakończenie powrót do domu, gdzie po jednym rozdziale książki zasypiam. W przypadku pracujących weekendów można szybko stracić orientację w dniach tygodnia. Oczywiście zdarzają się urozmaicenia, ale wszystko nadal trzyma się cholernej monotonii.
W Augu to że zawsze kończy się tak samo nie jest wywołane przymusem. Zamiast do pubu mogę pójść gdzie indziej, nad rzekę, posiedzieć w domu, robić cokolwiek. Takie to wszystko jakieś beztroskie. Nawet tamtejsze schematy sprawiają przyjemność i nie wywołują znużenia. Chyba właśnie brak przymusu spowodował że zapętliłam się w czasie.
Powrót samochodowy też wywołał chaos. Miałam wrażenie że jedziemy, jedziemy a nadal jak nie było widać wawy, tak nadal jej nie ma. Taka podświadoma niechęć do opuszczenia sielankowej Puszczy i jej okolic.


Konfrontacje Rockowe-Cudownie
Zgubiłam się na Kulcie, dzięki temu chyba było świetnie. Mokra dotarłam do domu, wyskakałam się i wykrzyczałam na najbliższe pół roku. Co prawda kilka znajomych osób doszło do wniosku że byłam wtedy pijana i ledwo się na nogach trzymałam, ale ja byłam zachwycona. Impreza godna powtórzenia, chociaż teraz mam zakaz samotnych powrotów do domu. "Nieodwracalne?"

niedziela, października 26, 2008

Chuj w bombki strzelił, choinki nie będzie!

Właśnie po raz drugi ( do trzech razy sztuka!) powróciłam samotnie, piechotą do domu, z nocnej imprezy. Tym razem zajęło to jedynie cztery piosenki z mp3 ( poprzednio 5x "Gimme Gimme", obecnie miałam bardziej urozmaicony repertuar, idealny na wkurwa), chyba z powodu mrozu i gorszego nastroju. Tyłka właściwie nie czuję, z resztą ciała nie jest tak źle, bo nawet wełnianej czapki się dorobiłam. Co prawda rzekomo mi mózg ściska i ogranicza, ale przynajmniej 40% ciepła mniej ucieka z organizmu. Ogólnie same rewelacje! Czapka... , jedyny facet z którym wymarzyłam sobie ślub i itp. dorobił się żony a na dodatek ma chyba najcudowniejszego psa pod słońcem. Jakby to nie było jasne, ja nie jestem tą jego wspaniałą drugą połową! Tylko skakać z radości i korzystać z życia.

wtorek, października 07, 2008

Kocio-smocza natura


" Natomiast koty cechuje na ogół większy dystans do świata. Przestają jeść tuż po zaspokojeniu głodu. Gdy ktoś lub coś je nudzi, wychodzą bez oglądania się na cudze uczucia. Nie mają natury dyplomatów i nie tolerują głupców. Życie wydaje się im w równym stopniu zabawne i żałosne. I nie uważają tego za wewnętrzną sprzeczność. Czyż nie można jednocześnie uśmiechać się i wzdychać?"
ZAKOCHANY DUCH Jonathan Carroll

Jakie to prawdziwe i pasujące do mnie... może dlatego nie mogłabym mieć kota. Posiadanie stworzenia będącego odbiciem samej siebie to byłoby ponad siły. Pies to idealny towarzysz, poprawiacz nastroju. Zawsze gotowy do zabawy, nie mający fochów i wahań nastrojów. Ciekawe jakie są świnki wietnamskie? Raczej psie a nie kocie...

niedziela, września 14, 2008

Urlop kontra wakacje

Moja posiadłość, a konkretnie prywatny kawałek rozrastającego się lasu z małą chatką.
Jednym z wyznaczników bycia formalnie dorosłą jest zastąpienie wakacji urlopem. Dwa słowa określające dłuższy czas wolny w lipcu oraz (lub) sierpniu, a taka ogromna między nimi różnica. Przykre, ale jak prawdziwe! Wakacje zawsze można było jakoś przedłużyć, a na urlop nie da się wpłynąć, chyba że zastosuje się L4, a do tego potrzeba miłego i uczynnego lekarza. Co prawda 2 miesiące w Puszczy bywa ponad moje siły, ale 2 tygodnie to stanowczo za mało. Optymalny czas to 3-4 tygodnie oraz kilka dni dodatkowych by np. ruszyć wreszcie na Hel.
Miniony urlop można uznać za całkowicie udany, z kilkoma niewielkimi wpadkami. Początkowo wyśnione 2 tyg. miały być wykorzystane na kilka wyjazdów, ale ostatecznie jak zwykle Puszcza wciągnęła i trudno się było od niej uwolnić. Prawie łezka stoczyła się po policzku jak wsiadłyśmy do Jaćwinga by powrócić do codzienności. Królował Pub Bab (nic nowego!), gdyż lenistwo zwyciężyło nad potrzebą świeżego nocnego powietrza. Rzeka oraz osiedle Swoboda też zostały odwiedzone, choć jedynie parę razy. Zresztą częste plażowanie i uroczy, posiadówkowy pobyt w Gorczycy dotleniły w pełni moje płuca, by przetrwać dłuższy czas w lekko malarycznym Breslau.

Fajni nocnego pływania w oparach dymu papierosowego: Edyś (zwana czasem Edwardem) oraz Sąsiad. Ja gdzieś w ciemnościach i głębinach nie uchwycona przez obiektyw. A podobno to mi najtrudniej się zamoczyć? Tym razem popisałam się wręcz zadziwiającą prędkością, chwila i już byłam w podwodnym świecie. Co prawda po kilku minutach byłam znowu na brzegu szczelnie zawinięta w ręcznik. Niestety wiek nie ten, a i noce sierpniowe nie tak ciepłe jak kiedyś, by szaleć wśród glonów.

Barłóg kontrolowany: Młody jak zawsze podłączony do sieci, Magda zastanawiająca się czy już należy wstać by ruszyć na plażę. Co robi reszta członków Miłośników Barłożenia? Trudno powiedzieć, pewnie leży poza kadrem.

środa, września 10, 2008

Augustów w obiektywie Sony Ericssona

Częste wizyty na plaży nie spowodowały pogłębienia się mej opalenizny, chyba słońce puszczańsko-sierpniowe nie wpływa na skórę tak dobrze jak wrocławskie. Na szczęście dzięki nowym rewelacyjnym okularkom nadrobiłam braki jeziorowe, po mimo nie najwyższej temperatury wody oraz sporego zamulenia Necka.

Solarowy koszyczek właściwie dokonał żywota w puszczy, choć nie był wcale intensywnie wykorzystywany. Na wyjściach plażowych spisywał się doskonale.

Jugosławia i oczywiście Pub Bab, jedyny odwiedzany pub, po niefortunnym wyjściu do Parkowego. Kochany przez wszystkich i nie dający się niczym zastąpić na dłuższą metę.