piątek, lipca 19, 2013

rytm i tempo


Z racji posiadania wolnego w tygodniu, a także sprzyjającej aury pogodowej, jeżdżę rano nad Odrą. Oczywiście rano, czyli 11-12. Jeszcze nie zwariowałam na tyle, by wstawać o 8 i wskakiwać na rower. Tuż przed południem to idealny czas, minimalny ruch na ścieżce, brak szalejących i wrzeszczących dzieci z nieodpowiedzialnymi rodzicami, pojedyncze jednostki z pieskami oraz okazjonalni odrzańscy plażowicze. Sielanka.

Dodatkowym plusem jest trasa. Równiutka kostka z wyraźnie wyznaczonym podziałem dla pieszych i rowerzystów. Wieje przyjemny, choć niekiedy zwalniający jazdę, wiatr od rzeki. Przy intensywnym i mocno dającym się we znaki słońcu, ścieżka wiedzie prosto pod zbawiennym cieniem, które zapewniają okoliczne drzewa. Prawie Puszcza! Chociaż po dokładniejszej obserwacji widać, że wszystko to liściaste rośliny. Żadnej sosny, świerku czy jodły. A Odra nie umywa się do Sajna, a nawet Necka. Jednak jak się nie ma tego co się lubi, to się lubi to co się ma. Koniec narzekania! 


Jednym z nielicznych felerów samotnego pedałowania jest odpowiednie tempo. Gdy się jeździ z drugą osobą, to automatycznie wzajemnie się dopasowujemy. Po niedługiej chwili udaje się wypracować optymalną, zadowalającą prędkość. Dodatkowym ułatwieniem jest rytm rozmowy, która toczy się miło niespiesznie. To wszystko składa się na przyjemne i nie męczące tempo jazdy.

Problemy pojawiają się, gdy jeżdżę sama, oczywiście w słuchawkach na uszach. Playlista, którą posiadam jest, jak się okazało, mocno zróżnicowana. Może nie tyle pod względem gatunku, ale tempa. Ta właśnie zmienność szybkości i mocy odbija się na rytmie mojej jazdy, która w niczym nie przypomina jednostajności. A to jej mi brakuje, szczególnie, że moja kondycja jeszcze nie jest w najlepszym stanie.

Muszę stworzyć odpowiedni zestaw rowerowy, który nie wykończy moich mięśni, płuc i tyłka. A jednocześnie nie będzie miał żółwiej prędkości. Istnieją przecież listy na aerobik, czy inne takie tam wygibaso-ćwiczenia. Powinny też być playlisty dla rowerzystów, w zależności od stopnia zaawansowania lub determinacji. Najlepiej od razu do pobrania na telefon. A może już są?


poniedziałek, lipca 15, 2013

Dziewczyna z lilią (smutna bajka dla dorosłych dzieci)


Historia w skrócie wygląda tak:
On, nieco nieporadny życiowo i bujający w chmurach, poznaje Ją. Zakochują się podczas tańca, mamy oświadczyny na lodowisku, potem wyścig ślubny. Przezroczysta limuzyna wiezie ich na miesiąc miodowy i... Tu kończy się kolorowa bajka. Żadne z nich nigdy nie pracowało, a przynajmniej on - ma formalnie odpowiednio duży zapas mamony w sejfie. Ale Ona jest śmiertelnie chora, a pieniądze znikają nie wiadomo kiedy. On poświęca się i przyjmuje każdą pracę, jednak wkoło niej nadal więdną kwiaty.

Idąc na seans nie wiedziałam, że wybieram się na nowe dzieło Michela Gondrego. Prawdopodobnie wtedy miałabym trochę inne nastawienie. Jego filmy nie należą do klasycznego współczesnego kina francuskiego, które jest dostępne na polskich ekranach. Jednak po pierwszej minucie wiedziałam, że znów zawitałam do świata autora "Jak we śnie" i genialnych teledysków Bjork z lat 90-tych. I byłam zachwycona, niestety nie trwało to długo. 

Zaczęło się jak zwykle - kolorowo i surrealistycznie. Pierwsze skojarzenie: Miś Uszatek na wycieczce w Paryżu. Urocza, bajkowa historia miłosna. W tle pseudo filozoficzne gadki, jednak niezakłócające głównego romantycznego wątku. Jednak po godzinie kolory znikającą, scenografia zaczyna się sypać i gnić. Robi się coraz bardziej ponuro i depresyjnie, ale nadal masz nadzieję na happy end. Po czym wychodzisz z kina i nic nie mówisz. Czemu? Bo nie lubię, jak ktoś niszczy bajkowy świat i zmienia go rzeczywistość po wybuchu bomby.  



Zdecydowanie preferuję wcześniejsze dzieła Gondrego. "Jak we śnie" ma idealnie wymierzoną ilość pluszowych, elektronicznych i innych fantastycznych stworów. W "Dziewczynie z lilią" jest ich stanowczo za dużo. Szczególnie w pierwszej części można dostać oczopląsu od tego nadmiaru. Bohaterzy grani przez Bernala i Gainsbourg funkcjonują w normalnym realnym świecie i równolegle mają drugi stworzony podczas snu. Tam pluszowy konik potrafi biegać, a maszyna do cofania się w czasie naprawdę działa. Jest to bezpieczne i szczęśliwe miejsce. W najnowszym filmie postacie Gondrego nie są twórcami, dla nich ten fantastyczny, straszny świat to jedyna rzeczywistość. Bajkowość nie oznacza już opowieści w stylu Disneya, raczej bracia Grimm grają tu pierwsze skrzypce, a także "Królowa Śniegu" Andersena.



Moim ulubionym filmem jest "Zakochany bez pamięci". Nie ma stworów z bajek i koszmarów, jest tylko genialny pomysł na historię pewnej, bardziej lub mniej szalonej pary i ludzi z jej otoczenia. To co dodatkowo przeszkadza w "Dziewczynie...", to natłok niepotrzebnych postaci. Przy napisach końcowych widać, że rodzina reżysera chciała zaistnieć na wielkim ekranie. W "Zakochanym..." pomimo sporej ilości znanych nazwisk wszyscy mają określoną i wydaje się kluczową dla filmu, rolę do odegrania. Nie ma zbędnych wypełniaczy, wszystko jest perfekcyjnie dopracowane.

Ogólnie "Dziewczyna z lilią" zawiodła moje zaufanie do filmów w stylu urban-fantasy. Wcześniejsze dzieła magika Gondrego dawały nadzieję, najnowsze jedynie rozbudza, by następnie ją zmiażdżyć pod tekturowym czołgiem. Mam wrażenie, że tworzenie przestało sprawiać panu Michelowi przyjemność. Albo tak skupił się na fantastycznych detalach, że zapomniał o najważniejszym, czyli dobrej historii.

piątek, czerwca 28, 2013

rower-lower


Moja urocza torba z SOLO ArtCafe 
(nawet jak nie jeżdżę to utożsamiam się z rowerzystami)

Wreszcie przy stosunkowo sporym opóźnieniu mój rower rozpoczął sezon. To aż wstyd, że dopiero teraz. Jednak niesprzyjająca aura genialnie blokowała chęć pedałowania. Musiały przyjść okrutne upały, bym z śmierdzącej komunikacji miejskiej przesiadła się na własny, niezależny sprzęt. Niby miałam go wysłać na rekonwalescencję do serwisu, ale jakoś się nie zebrałam. Skończyło się na napompowaniu opon i starciu zimowego kurzu. Teraz tylko czekam na pierwsze spadnięcie łańcucha. Na szczęście jestem przygotowana: ściereczka z mikrofibry, śrubokręt, chusteczki nawilżające, krem do rąk.

To, że moja bryka była niesprawna, to wcale nie znaczy, że nie jeździłam. Kochane miasto Wrocław ma rowery miejskie, które są świetnym środkiem transportu. Szczególnie nad ranem, gdy tramwaje jeszcze nie ruszyły z zajezdni, a autobus nocny znów uciekł.  Pod dom nimi nie dojadę, ale najbliższa stacja znajduje się 10 minut drogi spacerkiem. Czyli wychodząc z knajpy znajduję stację, wypożyczam darmowy (po aktywowaniu konta za 1 zł) rower i ruszam sprawnie w kierunku prysznica, łóżka - domu. Należy jedynie pamiętać, by najpierw sprawdzić hamulce, siodełko, opony i światełko. Jazda z niedziałającym hamulcem nie jest moim faworytem, podobnie jak samoistnie ruszająca się kierownica.  Jedna dodatkowa uwaga dla świerzaków jazdy miejskiej: rowery mają tylne hamulce nożne, a przedni ręczny. Początkowo trudno się przestawić, więc lepiej przy pierwszej jeździe zbyt się nie rozpędzać.

poniedziałek, czerwca 10, 2013

Zamknięci w schemacie


Czy to jest film o miłości? W pewnym sensie tak. Czy kipi od seksu? Zdecydowanie nie. 
To o czym jest? Dla mnie jest to opowieść o samotności, zamknięciu w schematach, próbach znalezienia spełnienia oraz szczęścia.

Oczywiście nie ma nic bardziej mylącego niż trailer, chyba że polskie tłumaczenie tytułu. Jak to zwykle bywa z reklamówką, pokazane są prawie wszystkie najważniejsze momenty. Ich kolejność jest zupełnie przypadkowa i tworzy nową, niezwiązaną z filmem opowieść. Opierając się na trailerze wybieram się do kina i czasem przez pół seansu zastanawiam się czy siedzę w dobrej sali. Tu było podobnie, choć tym razem odmienność przyniosła radość.

Nie będę tu streszczać fabuły, choć pewnie byłoby to góra trzy zdania. Jednak wartka akcja  oraz porywające dialogi nie grają tu pierwszych skrzypiec. Najważniejsze jest napięcie i magnetyzm między bezimiennymi bohaterami. Kamera chwilami wręcz sprawia wrażenie podglądacza, a także lupy pod krótką widać nawet pory skóry. Kochankowie od pierwszego spotkania kompletnie nie zauważają nie widzialnego obserwatora, tak są skupieni na sobie. O dziwo to mężczyzna jest jednostką, która dąży do zaangażowania, a kobieta wiecznie się wycofuje. Czy ona ma więcej do stracenia? Możliwe, chociaż mam wrażenie, że opiera się  to na jej wewnętrznych lękach, a nie realnych przeszkodach. 

Opowieść toczy się w hotelach, zamkniętych pomieszczeniach. Mamy 28 odsłon pokoi, które mimo widocznych różnic, tak naprawdę są takie same - anonimowe, bezosobowe, bez charakteru. Nasza para tkwi w zamknięciu nie tylko zewnętrznym, ale przede wszystkim osobistym. Nawet dla prawdziwej pasji - miłości, nie chce zrezygnować swojskiej, bezpiecznej codzienności. Trwanie w schemacie jest o wiele prostsze niż ruszenie w nieznane. Potajemne spotykanie się przez lata w hotelach nie wymaga tyle odwagi, co kompletne zerwanie z dotychczasowym, nawet beznadziejnym życiem. A jednak wzajemne przyciąganie jest na tyle silne, że pojawiają się pewne, początkowo ledwie widoczne, zmiany. Coraz dłuższe rozmowy, wspólne posiłki, aż wreszcie świat poza pokojem. Na razie widziany wspólnie przez okno. Czy zdobędą tam szczęście? Mam nadzieję, że tak.

Film ma stosunkowo słabe oceny. Mam wrażenie, że jest to spowodowane błędną reklamą. Niestety trailer zachęca do kupienia biletu nie tą grupę docelową co trzeba. "28 pokoi hotelowych" to 28 stopni w budowaniu wzajemnej więzi, a nie 28 odsłon Kamasutry. 


poniedziałek, czerwca 03, 2013

wiosna? słońce? fotosynteza?

Zdjęcia z podróży Augustów-Wrocław.

Mam kompletną blokadę umysłową. Wykonanie przelewu przekracza pakiet mych możliwości. Pierwszy raz zapomniałam mojego identyfikatora. A z racji, że nigdy się to nie zdarza, to oczywiście nie mam tego nr nigdzie zapisanego. Przynajmniej tak mi się wydaje. Poza tym dół energetyczny skutecznie rozbudza lenistwo i lewactwo. Czyli nawet nie chce mi się szukać w stercie bankowych papierów tego ciągu cyfr. Moja wiara w powrót pamięci oraz mocy jest na tyle duża, by nie popadać w panikę. Chociaż to może wcale nie wiara i nadzieja, lecz wygodnictwo podpowiada, aby nie ruszać się z miejsca w taki paskudny dzień, jak dziś. Nawet na odległość kilku metrów,a nie wspominając już o wyjściu na zewnątrz.


Świat za szybą autobusu PKS Suwałki.

Jak się okazuje z braku promieni słonecznych cierpią nie tylko moje włosy (które ponownie powracają do odcienia zielonkawego, co o tej porze roku jest kategorycznie nie dopuszczalne), ale także umysł zaczyna szwankować. Leń, chandra, dół energetyczny, atak ADHD - wszystkie kolejne elementy składają się w jedną całość. Potrzebuję światła i ciepła do prawidłowego istnienia. Możliwe, że jest to spowodowane tym, że właściwie nie jem mięsa. Roślinka bez słońca nie przeprowadzi fotosyntezy, a ja nie jestem w stanie poprawnie egzystować.

Okolice Łodzi, około 5 rano.

Jeśli jutro nie będzie lepiej, to może pojutrze. Przecież wreszcie musi wrócić słońce, wiosna - a właściwie już lato, a także moc. Dół nie ma prawa trwać wiecznie! 

sobota, maja 04, 2013

amerykańskie, czyli nie do końca znane


Literatura, a także seriale amerykańskie są bardzo popularne. Jest to spowodowane głównie tym, że bardzo często łatwo jest utożsamić się z bohaterami zza oceanu. Wyglądają tak samo, mają podobne problemy, rozterki. Nawet ich wymarzone wakacje to Włochy lub Francja, dla tych bardziej szalonych i odważnych Indie. Do moich dodałabym Grecję i Japonię (nadal mam słabość do Shibuya Murakamiego).
Jeśli chodzi o seriale, oczywiście te obyczajowe, wszystko jest swojskie. Nawet w NY moda nie różni się tak bardzo od tej naszej. Jedynie ceny są astronomiczne, ale przecież w lumpach puszczańskich też można znaleźć torebkę Gucci lub marynarkę Mexx'a. I to w jakich promocyjnych cenach!
Schody zaczynają się dopiero przy książkach. Możliwe, że dotyczy to tylko mojej osoby. Chodzi o to, że mam olbrzymie problemy z wizualizacją muzyki w amerykańskich powieściach. O ile w przypadków filmów i seriali nie stanowi to przeszkody, muzykę słychać. Jak mi się spodoba, a nie wiem co to jest, to sprawdzam w necie, wrzucam do youtuba i mam. A tu ups... przecież nie będę co chwilę wyszukiwać w google ulubionych piosenek i zespołów bohatera. Szczególnie, że zazwyczaj czytam w autobusie lub innym miejscu, poza zasięgiem internetowym. I okazuje się, że nie do końca kumam o co chodzi, bo nie znam gustu muzycznego postaci. Dla przykładu: Neil Gaiman tworzy książki, a też komiksy wypełnione dźwiękami. A ja ich w większości nie słyszę! I co zrobić? Chyba pora przestać być leniem i zacząć szukać muzyki, chociaż z drugiej strony rozbije to całą przyjemność czytania. Jakoś nie widzę dobrego rozwiązania.
Obecnie podobny problem mam z najnowszym Eugenidesem. Akcja rozpoczyna się w latach 80, jednak nikt tu nie słucha ówczesnych "hitów", tylko jakieś coś innego. Dodatkowo bohaterowie studiują m.in. teorię literatury, także zupełnie obcą. Miło, że pojawia się przynajmniej znajomy Umberto Eco. Niestety, jak zauważył mój profesor z językoznawstwa, w Polsce nauka języka ojczystego sprowadza się do wzbudzenia patriotyzmu, a nie rozwoju edukacji. I potem nie dziwi fakt, że część społeczeństwa myśli, że Kmicic był bohaterem narodowym! A ja nie znam najszacowniejszych teoretyków, oprócz wspomnianego Eco i polskiego Libery.
Ta Ameryka wcale nie jest taka bliska, jakby się na pierwszy rzut oka wydawało. Nie tylko jest niezwykle płodna muzycznie, to jeszcze system nauczania jest znacznie bardziej ukierunkowany, wyspecjalizowany. Albo tak się tylko wydaje, w końcu nigdy tam nie byłam. 

poniedziałek, kwietnia 29, 2013

czytadła


Nie wstydzę się przyznać, że przeczytałam całą sagę "Zmierzch", "Sookie Stackhouse" ( na kompie) oraz ostatnio bardzo popularną trylogię "Grey'a". Wiedziałam, że nie jest to literatura nawet średnich lotów. Jednak skoro wszyscy o tym mówią, to lepiej znać temat zanim zacznę się o nim wypowiadać. Jakoś szczególnie też nie cierpiałam, poznając sercowe rozterki i przemyślenia Belli i reszty. Chociaż przyznam, że Ana Greyowa była nieco wkurwiająca z tym "świętym Barnabą" i innymi tekstami rodem z podstawówki. Nawet na tle idealnego, świecącego w słońcu Edwarda wydawała się wybitnie durnowata. Mimo to przeczytałam wszystkie części - idealnie sprawdziły się jako lektura w komunikacji miejskiej.

Zresztą na tle niektórych powieści fantasy, które swego czasu pochłaniałam w zastraszających ilościach, wyżej wymienione pozycje nie wypadają tak tragicznie. Istnieją nawet takie książki, które żałuję, że wzięłam do ręki. A tym bardziej, że je przeczytałam, zamiast sobie odpuścić.  To jest ten typ literatury, który uzależnia. Mimo pełnej świadomości, a często także niechęci nie mogłam porzucić historii. O dziwo, chyba wreszcie z tego wyrosłam lub zdałam sobie sprawę, że tracę "cenny" czas.


Nie mam problemu z tym, że czytam coś całkowicie zmiażdżonego przez krytyków. W końcu są to bestsellery, czyli mnóstwo ludzi zdecydowało się je kupić/wypożyczyć. A zapoznając się ze statystykami, to ponad połowa Polaków nic nie przeczytała w ciągu roku. Dlatego ciekawe jaką literaturę preferuje ta mniejsza połowa. Oczywiście stosuję tu duże uogólnienie. Jednak skoro mam zamiar coś oceniać, to wypada żebym wiedziała dokładnie co. Opierając się jedynie na opiniach innych, moja krytyka byłaby kłamstwem. A tak mam czyste sumienie i mogę do bólu naśmiewać się z kolejnego orgazmu wywołanego przez równoczesne złapanie szklanki przez Szarego i jego Nieuległą (chyba dokładnie takiej sceny nie było, ale podobne mamy przez ok. 1500 stron).

wtorek, kwietnia 23, 2013

Równoległa rzeczywistość


Często się ostatnio słyszy o myśleniu seryjnym lub równoległym. A przynajmniej ja słyszę lub tak mi się wydaje. Jak się okazuje, specjaliści twierdzą, że nie można być jednocześnie dwoma typami w zależności od sytuacji. Albo jesteś seryjny mordercą albo żyjesz w światach równoległych. Co gorsze, co lepsze?

W światach równoległych łatwo się zgubić i zapętlić. Niekiedy trudno potem wrócić, a czasem jest to wręcz niemożliwe i trzeba zaczynać od nowa. Nie ważne ile razy będę sobie powtarzać, że następnym razem zabiorę się do czegoś wcześniej lub skupię na jednym. Nigdy to nie wychodzi, tyle innych bodźców czai się za rogiem. Zawsze chcę jedynie zerknąć i już biznes plan legł w gruzach. A potem niespodziewanie jest deadline. I następuje płacz, cierpienie, obietnice poprawy... Pomimo umiejętności logicznego i analitycznego myślenia, nie jestem wstanie uczyć się na błędach, ciągle je powtarzam. Oczywiście w różnych, alternatywnych wersjach, światach. 
Za to taki seryjny nawet nie zdaje sobie sprawy, że istnieje jakiś termin ostateczny. On zawsze jest przed czasem, ma wszystko dopięte na ostatni guzik. Perfekcjonista, który wszystkie klocki ma ułożone w kolejności i nawet nie jest świadomy, że może coś się kryć za kurtyną. Jednak nigdy nie próbuj ingerować w jego/jej system. Nawet najbardziej opanowanych i profesjonalny w jednym momencie może zmienić się w seryjnego mordercę. I wtedy staje się nie przewidywalny i zdolny do wszystkiego. W końcu burzysz mu/jej idealny, jedyny świat.
Podobno idealny team to seryjny morderca współpracujący z bywalcem światów równoległych. Przyznam, że trudno mi jest to sobie wyobrazić. Dla mnie kojarzy się to z wieczną wojną o dominację. Osobiście wolę unikać potencjalnych psychopatów i skupić się na podróżach w "kosmicznych - magicznych" rzeczywistościach. Nawet jak się kończą boleśnie.

środa, marca 27, 2013

wykopane w archiwum


SKAFANDER I MOTYL

Jean-Dominique Bauby to człowiek sukcesu, redaktor naczelny francuskiego „ELLE”, podróżnik i znawca kobiet. Osoba spełniona, przed którą stoi cały świat, aż do grudniowego popołudnia... Wtedy jadąc wraz z synem najnowszym BMW do teatru wszystko znika. Wylew krwi do mózgu powodował do niedawna pewny zgon, jednak obecnie, w dobie najnowszych technik reanimacyjnych niekoniecznie. Bauby odzyskuje świadomość w styczniu, ale jedynie mózg jest mu posłuszny, reszta ciała to tytułowy skafander w którym zostaje zamknięty i z którego nie może się wydostać. Ale nie do końca... lewa powieka podobnie jak łopoczący skrzydłami motyl nadal należy całkowicie do niego. To ona staje się nie tylko oknem na świat, ale także narzędziem, którym można porozumieć się z otoczeniem, a także napisać książkę. Oczywiście z pomocą uczynnych i cierpliwych ludzi.

„Skafander i motyl” to dzieło przejmujące do głębi, dla niektórych na pewno przez to, że przerażająco prawdziwe. Nagle człowiek zdaje sobie sprawę, że szczęście, życie nie trwa wiecznie. Słowa „życzę przede wszystkim zdrowia” nabierają większego znaczenia, czytelnik zostaje uświadomiony, że można przestać być panem losu, a nawet własnego ciała. Ponad stu stronicowa książeczka była tworzona przez trzy miesiące, litera po literze, determinacja i zaangażowanie w jej powstanie czuć w każdym słowie. Bauby to człowiek zabawny i pełen nadziei, ale również krytyczny oraz stąpający twardo po ziemi. Wspomina minione chwile z nostalgią, ale nie użala się nad sobą, nawet gdy gburowaty salowy wyłącza TV podczas meczu sezonu. Cierpi podczas nielicznych rozmów z ojcem, on zamknięty we własnym ciele, a tamten w mieszkaniu na czwartym piętrze, z którego nie ma siły wyjść, by zobaczyć ukochanego jedynaka. Stara się uczestniczyć w życiu dzieci, chociaż obrzydza go własny wygląd. Z ochotą wybiera się z nimi na plażę, choć wie, że potem odpokutuje to bólem. Realistycznie i szczerze opisuje swoje obecne życie, nadal nazywając je życiem, mimo że bardziej przypomina wegetację. Pokazuje, że ciało to nie wszystko, człowiek jest sobą, nawet gdy wyglądem przypomina potwora, a kontakt może nawiązać dzięki pomocy specjalnego alfabetu, dostępnego dla wszystkich, ale znanego jedynie tym najbardziej cierpliwym i zdeterminowanym. Bauby, w połowie ślepiec, jest uważnym obserwatorem, potrafi wychwycić niewidoczne niuanse i wyciągnąć z nich wnioski. Życie w skafandrze wyczula go na cierpienia i problemy innych, ale nie zmienia. To nadal jest Jean- Do, miłośnik kobiet, dobrych potraw oraz trunków (teraz spożywanych jedynie w wyobraźni), fan „Hrabiego Monte Christo” i innych klasyków francuskich (czytanych dzięki uczynnym bliskim).

„Skafander i motyl” napisana jest współczesnym językiem, bez żadnych udziwnień fonetycznych i językowych, tak teraz szeroko wykorzystywanych. Prawdziwie historie nie potrzebują takich udziwnień, same w sobie są małymi arcydziełami, gdyż dają nam lekcję heroizmu, mogącego pokonać wszystkie przeszkody.   

Locked-in syndrom, czyli zamknięcie wewnątrz siebie, tak nauka nazywa stan Jean- Dominiqua. Nie jest to zamknięcie całkowite, dzięki tej książce możemy to zrozumieć. Człowiek ciągle słyszy, wyczuwa zapachy, może nawiązać kontakt ze światem, to że oddycha i przełyka pokarm dzięki maszynie niczego nie zmienia. Ciało jest jedynie ograniczeniem dla w pełni sprawnego umysłu. Bauby nie doczekał premiery swego dzieła, dusza- motyl przegrała walkę z ciałem- skafandrem. Jednak coś po sobie zostawił, kilkadziesiąt stron dzięki którym  poznajemy jego i możemy wreszcie zrozumieć osoby dotknięte jego chorobą. Jest to wielki dar dla wszystkich którzy kiedykolwiek będą mieli nieszczęście zetknąć się z locked-in syndrom.

wtorek, marca 19, 2013

festiwale, czyli sztuka, a może jedynie lans


Kilka lat filmowych festiwali za mną, wrocławskich i nie tylko. Jeszcze niecałe pół roku i nadejdzie kolejny z najważniejszych - NH. Niestety coraz częściej odczuwam, że to nie to co kiedyś. Jest to zapewne związane z mniejszą ilością czasu, który mogę poświęcić. Nie mogę sobie pozwolić na 10-dniowe całodobowe chłonięcie życia festiwalowego. Praca wzywa do umiaru! Minęły czasy maratonów filmowych połączonych z imprezami pod Operą i skakaniem w rytm muzyki w klubie festiwalowym. Teraz jak się wyrwę do kina, to zazwyczaj nie mam mocy na klub lub odwrotnie.  Muszę dawkować przyjemności, które zresztą nie są już tak pociągające jak kiedyś. Nie tylko ja się zmieniam, same festiwale chyba też.  Dawniej wszystko wydawało się bardziej spontaniczne, szczególnie na tle "kółka wzajemnej adoracji" jaką mogłam podziwiać na Camerimage. 

Festiwale coraz częściej są miejscem lansu, a dopiero w następnej kolejności odbioru sztuki. Nie myślałam, że kiedykolwiek do tego dojdzie, ale szczerze tęsknię za kolesiami (lub kolesiówami) "śmierdzącymi gorzelnią", a nawet tymi co chrapali na seansie. Intensywne nocne życie nie przekreślało w ich przypadku porannego wstania na film. I pomimo, że byli nieco uciążliwi, stanowili grupę wartą podziwu - mnie kac zazwyczaj nie pozwalał na pojawienie się w kinie o 10. Zresztą ze stoickim spokojem przyjmowali informację, że śmierdzą i na kolejne seanse powracali lekko ogarnięci. Niestety ich gatunek powoli wymiera.

Panujący trend sali kinowej jako miejsca prezentacji nowych hunterów, nawet jak mamy upał 30 stopni, jest lekko żenujący.  Teraz najważniejszy jest odpowiedni, pseudointelektualny look, a nie sam film. Jakimś cudem praktycznie zniknęły kolejki na sale, bo przecież nie chodzi by coś obejrzeć, ale by się pokazać, że planujemy oglądać. Czyli najważniejsze to kręcić się po obiektach festiwalowych, a nie czatować pod salą. Ostatni wężyk na seans dotyczył "Mistrza", co było dla mnie osobiście zadziwiające. Czemu Ci wszyscy tak zwani "kinomaniacy" chcieli zobaczyć coś co będzie za chwilę grane w większości kin? Oczywiście by się zaprezentować, że chłoną sztukę. Na swoje nieszczęście sama stałam w tej kolejce i przyznam, że byłam tym lekko zawstydzona. Co prawda, inne filmy o tej samej porze już widziałam, więc nie miałam trochę wyboru. A AFF chciałam wykorzystać maksymalnie, skoro w weekend miałam szkołę.

Oczywiście nie mam zamiaru rezygnować z życia na festiwalu, jednak powoli dociera do mnie, że "czas niewinności i lekkomyślności" dobiega końca. 


sobota, marca 09, 2013

dzień kobiety, czyli święto dziewczynek

Dzień Kobiet kojarzy się mi ze szkołą, a konkretnie podstawówką. Tego dnia obowiązkowo każda dziewczynka dostawała tulipany. Moi koledzy byli narażeni na niewielkie koszty, gdyż nas było 9, a ich 19. Dlatego często zdarzało się, że oprócz kwiatka pojawiało się na ławce coś słodkiego. 
Obecnie mam wrażenie, że jest to święto trochę przymierające. A może raczej, bardziej jest obchodzone przez same kobiety, a nie mężczyzn. W galeriach tego dnia widać tłumy pań i panienek, które przybywają by kupić sobie prezent na własne święto. W knajpach organizowane są imprezy specjalne. Jest to istny raj dla podrywaczy! Bandy wystrojonych bab, tylko czekają aż ktoś zaproponuje drinka lub przynajmniej złoży życzenia. 

Bo o ile oficjalnie nie uznajemy święta, to tak naprawdę czekamy i podliczamy ile "kwiatków i innych" otrzymałyśmy.

Sama zawsze czekam na obowiązkowy telefon od Dziadka, który po wymienieniu czego mi życzy, oznajmi że szczęśliwy los lub totolotek z moim imieniem czeka na kolejną wielką wygraną. I choć ta do tej pory jakoś nie chce się pojawić, to miło jest usłyszeć, że dla każdej z nas zakupił "papierowego kwiatka".
Po prostu miło jest dostawać prezenty, nie ważne czy są małe czy duże. Tak samo przyjemnie jest je dawać. Tylko kiedy jest dzień mężczyzn? Światowy od 1999 roku 19 listopada, wg wikipedii. A w Polsce?

wtorek, lutego 26, 2013

za chuda i za blond



"Bycie blondynką naturalną czyni kobietę jednostką aspołeczną, 
a bycie blondynką farbowaną czyni ją oszustką".
Pchli targ

Czasem nie pojmuję zawiści innych ludzi. Nie rozumiem, dlaczego ze społecznym przyzwoleniem wytykani są chudzielcy. Jakoś nie wypada nikomu powiedzieć, że rośnie mu drugi, lub co gorsza trzeci, podbródek. Za to jak tylko trochę wystają kości, to momentalnie następuje atak. Ty coś jesz? Głodzisz się? Masz anoreksję? Nikt jakoś nie wpadnie na pomysł,  że ludzie mają różną przemianę materii lub zamiast mięsa i pieczywa wolą sałatę z kiełkami. I to wcale nie dlatego, żeby być szczupłym, lecz dla smaku.  Jedni przypominają szkielety, inni pączki. Nikt przewracając się w wodach płodowych nie losuje ilości posiadanych kilogramów w dalszy życiu. A tym bardziej nie stoi w boskiej kolejce po talię osy. 
Tak samo jest z kolorem i rodzajem włosów. Naturalny blond to wymierający gatunek. Co gorsza trzeba o niego bardzo dbać. Nie tylko ciemnieje z wiekiem, to gdy brak słońca zielenieje lub rudzieje. Czyli gdy przez cały rok ktoś ma ten sam odcień to znak, że stosuje zajebistą farbę lub inne "coś", ale na pewno nie ma naturalnego koloru. Czasami zazdroszczę innym możliwości farbowania i zabawy kolorami. U mnie każda ingerencja mogłaby zakończyć się tragicznie. Niekiedy mam wrażenie, że sztuczny kolor prezentuje się o wiele lepiej niż mój wychuchany naturalny. Mimo to dobrze wiem, że należę w jakiś sposób do wyjątkowych mutantów.


Zdecydowanie nie przypominam ideału, choć mając filigranową budowę, złoto-popielate refleksy we włosach i całkiem niezły gust często padam ofiarą zawiści lub lekceważenia. Tak, bo co taka mała blondyneczka może wiedzieć o życiu, zapewne niewiele. W jej małej główce jest tyle szarych komórek, by była wstanie się spoko ubrać i normalnie funkcjonować. Jednak  o teoriach kwantowych lub najnowszym kinie tajlandzkim z nią nie porozmawiasz. Opinii nawet często nie zmienia, że ma średnią 4,5 - pewnie dostaje oceny  za dziewczęcy urok. 

Ach, te utarte stereotypy, które podświadomie sugerują nam jak należy oceniać innych po wyglądzie. 
  
To, że jestem chuda i blond to nie jedynie moja zasługa, takie mam geny. Nic na to nie poradzę. Oczywiście mogę się przefarbować i roztyć (chyba), ale po co? By innym było lepiej jak na mnie patrzą. No raczej nie! Jeśli chciałabym się zmienić to jedynie dla własnej satysfakcji i przyjemności. 
Osobiście nie mam nic do osób tęższych, rudych, czarnookich i itp. Raczej, przez zboczenie zawodowe, zwracam uwagę na ubranie. I tu potrafię być okrutna w krytyce, ale o tym może innym razem.




poniedziałek, lutego 04, 2013

Szkoła, Sesja, M&M'sy, czyli luty.


Shelli wśród notatek.

Znów chodzę do szkoły. Ale spokojnie, nie jestem znienawidzonym przez społeczeństwo studentem dzienny, ale ciężko pracującym i uczącym zaocznym. Co może niektórych dziwić, szkoła sprawia mi ogromną przyjemność. Na nic nie mam czasu, a jednak jakoś doba wydłużyła się. Podobno też jestem mniej wybuchowa i ogólnie spokojniejsza psychicznie.
Z racji, że na roku pozostało już tylko 15 osób, to wykładowcy podchodzą do nas bardziej indywidualnie i traktują z większą wyrozumiałością. Chociaż może po prostu na uniwerku stosuje się bardziej ludzkie podejście niż na polibudzie. W końcu humaniści powinni być bardziej wyluzowani i mniej rygorystyczni. 

Dobra, koniec nad zachwytami i zaletami - mam sesję.

Na szczęście został tylko jeden egzamin, resztę już mam z głowy.

Jak to zwykle bywa na koniec mam najgorszy, czytaj najmniej ciekawy i interesujący, przedmiot. Co oczywiście sprowadza się do wkuwania mnóstwa definicji, które praktycznie niczym się nie różnią, chyba że osobą która je sformułowała. Poza tym, czytam jakże ciekawe artykuły dotyczące historii i rozwoju bibliologii. Ech...

Koty i M&M'sy dzielnie mnie dopingują w nauce. Tak to już jest, gdy uczę się mało ciekawych (raczej niepotrzebnych w mojej opinii) rzeczy to odczuwam nieodpartą potrzebę czekolady. I tak ciągle podjadam M&M, których jakoś nie ubywa. Język mam w kolorach tęczy, a głowę wypełnioną XIX-wieczną nauką o książce.



wtorek, stycznia 29, 2013

Nowa kolekcja, czyli kiedy skończy się to wyprzedażowe szaleństwo?



Nie znoszę przecen, promocji i pokrewnych akcji obniżkowych. Nie twierdzę, że nigdy nic nie kupiłam w tym czasie, jednak staram się omijać galerie handlowe w tym okresie. Zazwyczaj zaglądam do trzech ulubionych marek, jakoś nie kręci mnie zwiedzanie innych przybytków. Skoro nic tam nie zauważyłam interesującego w sezonie, to tym bardziej nie wygrzebie w czasie wszechogarniającego burdelu. A nawet jeśli coś wpadnie w oko, to przeważnie okazuje się uszkodzone. 
Tak... bo po co traktować z szacunkiem ubrania, a tym bardziej pracę innych? W końcu jest szał wyprzedaży, czyli pora by zawładnęły nami pierwotne instynkty. Polowanie czas zacząć! Kiedy jest ono najbardziej udane? 
  • Gdy zdobyliśmy ostatnią, ukrytą (przeważnie w dziale nieprzecenionym), nieuszkodzoną sztukę, a niekiedy nawet kilka.  To co, że np. sukienka przez cały dzień przeleżała zmiętolona, podeptana i zakurzona. Po to mam pralkę, by wyprała wszelki brud.
  • Gdy przy kasie okazuje się, że cena jest niższa niż na metce. Czy to pomyłka ekspedientki (która potem z własnej kieszeni dopłaci różnicę), czy właśnie zaczął się kolejny etap przeceny ( - 70%). Nie ważne, grunt że coś jeszcze w portfelu zostało, czyli można szukać kolejnej okazji.
  • Gdy napotykamy przecenę powyżej 80%, choć wcale nie pojechaliśmy na drugi koniec miasta do outletu. Co z tego, że mamy kompletnie nie modną rzecz lub 0 2 rozmiary za małą/za dużą. Bywa... za 19 zł, to nawet może leżeć w szafie kilka lat i czekać na lepszy czas.
Czasem mi się wydaje, że na słowo "promocja" ludziom coś przeskakuje w głowach. Tzn. "klik", a następnie "wrrr" (grunt to powrót do edukacji, czyli Cialdini). 
Nasze mózgi przestawiają się na inny tryb. Na co dzień np. elegancka, uprzejma starsza pani, w czasie przecen staje się zdziecinniałą wariatką, która na zwrot "już nie ma" zaczyna jęczeć i piszczeć że ona "chce i musi to mieć".  Mrok!
Przyznam, że miejsce pracy uchroniło mnie przed staniem się promocjoholiczką. Za nim ruszę na polowanie, przeglądam ofertę online, dopiero wtedy udaję się do sklepu. Od wieków nic w czasie wyprzedaży nie zmierzyłam, po prostu biorę co mi się podoba, płacę i wychodzę. Szybko i na temat.  
Na szczęście przeceny mamy 2x w roku i już za chwilę wszystko wróci do normy. Odzież będzie wisieć schludnie na wieszakach, a nie walać po podłodze. Czas polowań dobiegnie końca i znów będziemy spokojnymi uśmiechniętymi osadnikami.

środa, kwietnia 04, 2012

akcja - żarówki

Przepaliły się żarówki w łazience. Została tylko jedna nieśmiertelna (odpukać w niepomalowane) nad wanną. Niby taki mały problem, ale jednak. Bo jak tu włożyć soczewki, rozczesać kołtuny na głowie i nałożyć róż na policzki bez odpowiedniego światła? Można oczywiście. Gdy słońce wstanie zrobić to przy oknie korzystając z niewielkiego podręcznego lusterka. Lub przy braku światła dziennego skorzystać z lustra w przedpokoju. Tylko, że w obu przypadkach trzeba kursować między łazienką a innymi pomieszczeniami, gdzie lustro za małe lub za ciemno. Dlatego odpowiednie oświetlenie musi być!
Jednak zdobycie żarówek wcale nie jest takie proste jak się wydaje. Posiadane w domu miały inne przeznaczenie, a konkretnie po prostu nie pasowały. Próbowałam, ale gwint za krótki, za wąski lub za duży. Do jakiegoś większego sklepu tez jakoś przez pewien czas nie miałam po drodze. A w "Żabce" żarówek nie sprzedają, przynajmniej w tej obok mnie.
O dziwo, w "Biedronce" posiadają. Niestety nie było mi dane zakupienie "biedronkowych", gdyż przy kasie zabrakło pieniędzy. Lekki wstyd, ale przy posiadanej gotówce ( ok. 60 zł) nie starczyło na oświetlenie. Czemu? Bo jedna "biedronkowa" żarówka przeznaczona do mych lamp łazienkowych kosztowała 14,99 zł! Jakaś masakra! Szczególnie, że byłam zachłanna i chciałam wymienić obie lampki. Spowodowałam korek kolejkowy, przymus wzywania kierownika zmiany, a dodatkowo musiałam przeżyć kolejny dzień bez światła.
Na szczęście, w Magnolii jest Tesco. Gdzie są opcje dla normalnych śmiertelników, którzy wolą wydać pieniądze na inne przyjemności. Dwie żarówki za 6,49 zł. Zaszalałam i zakupiłam 2 opakowania na zapas.

sobota, marca 31, 2012

Paskudne choróbska

W ciągu ostatnich miesięcy pojawiło się kilka filmów, które łączy śmierć.
Nie chodzi o horrory z Kostuchą w roli głównej, ani opowieści o babci/dziadku, która/y przygotowuje się do odejścia wspominając dawne czasy. Nie są to dramaty o stracie ukochanej lub dziecka.
Filmy o 20-30-latkach, których nagle dopada śmiertelna choroba. Guz mózgu, rak kręgosłupa itp.
Skoro za jakiś czas dobiję do nieszczególnie magicznej 30-stki, ten temat w pewien sposób mnie dotyczy. Na szczęście nie posiadam osobistych doświadczeń. Ciąża, dzieci itd, tym żyje coraz więcej osób wokół. Nikt nie rozmawia o chorobach, chyba że chodzi o grypę, wysypkę lub najbardziej popularnego - kaca. A przecież zagrożenie z każdym rokiem jest coraz większe.


50/50
Czyli ulubiony kosmita walczy z rakiem kręgosłupa.
Uwielbiam Josepha! Nawet w durnowatych komediach romantycznych, typu "500 Days of Summer". W "50/50" nadal jest tym samym nieporadnym, prostodusznym 30-latkiem, który nie do końca ogarnia otaczającą go rzeczywistość. A tu nagle pojawia się śmiertelne zagrożenie. Nie są to kosmici, terroryści, ani psychopatyczny morderca. Coś z pozoru banalnego, choroba. O tak skomplikowanej nazwie, że filmie pojawia się tylko raz. Cytując Setha Rogena: "im dłuższa nazwa, tym gorzej".
Cała historia przedstawia kolejne etapy walki. Chemioterapia i jej następstwa, zdrada ukochanej, zgolenie włosów (Rogen jest tam genialny!), podryw na umierającego, odejście jednego z kumpli. Oczywiście pomiędzy wplata się miłość, do terapeutki - nieporadnej, prostodusznej 30-latki. Czy naprawdę podobieństwa się przyciągają?
Bohater nr 1 to rak, a wszystko inne tworzy tło. I oczywiście mamy happy end!


Restless
Czyli Gus Van Sant romantycznie z śmiercią w tle.
Van Sant lubi zaskakiwać. Tym razem zrobił uroczy film o miłości.
Enoch to zagubiony 20-latek, który stracił rodziców w wypadku. Cały jego świat się zawalił, co mu chyba całkowicie odpowiada. Czas spędza na pogrzebach i spacerach z wyimaginowanym przyjacielem - japońskim kamikaze z II Wojny Światowej. Poznaje Annabel, oczywiście na pogrzebie! Zakochują się, ale ona jest śmiertelnie chora. I znów mamy chemioterapię, wizyty w szpitalu itp.
Jednak to wszystko jest na drugim planie. Najważniejsza jest miłości i emocje Enocha, który ogólnie jest cholernym egoistą. Wszystko kręci się wokół niego. W niektórych momentach miałam ochotę kopnąć go porządnie w dupę! Annabel jest jednak bardziej cierpliwa i wyrozumiała, dzięki czemu wyprowadza Enocha na ludzi.
Bohater nr 1 to miłość, która śmierci pokonać nie potrafi, ale pomaga sobie z nią poradzić. Mini Happy End.



Do rana
Czyli ostatnia noc na ziemi, a może pierwsza prawdziwa.
Elliot to wybitny informatyk, złote dziecko elektroniki, twórca jakiegoś super zajebistego programu komputerowego. Co jednocześnie oznacza, że całe życie licealne, a tym bardziej studenckie go ominęło szerokim łukiem. Taki aspołeczny dziwak. Poznajemy go dzień przed operacją. Nie jest to wycięcie wyrostka, ani trzeciego migdałka. Mówimy o usunięciu guza mózgu, czyli na sali operacyjnej będzie czekał Dr McDreamy z "Grey's Anatomy".
W wyniku przypadkowej wizyty w kawiarni Elliot poznaje Chloe. W tym momencie rozpoczyna się jego najlepszy dzień w dotychczasowym życiu. Chloe to typowa 20-to parolatka. Zajmuje się fotografią, dorabia w kawiarni, a wieczory spędza z grupą przyjaciół. Ach, te szalone życie studenckie. Koncerty, domówki, zabawy przy ognisku i oczywiście alkohol.
W to wszystko wpada Elliot, i łał (!!!) poznaje szczęście, radość i zabawę. Oczywiście rano sielanka się kończy i dwójka bohaterów wyrusza na spotkanie z Dr Shepardem. Ale coś się zmieniło, pojawia się chęć walki oraz nadzieja na happy end.
Bohater nr 1 to odkrycie, że w życiu najważniejsze są relacje z innymi ludźmi. One dają szczęście i nadzieję. Zakończenie otwarte.

czwartek, stycznia 26, 2012

Zima festiwalowa


Te dwie suknie, to jedyne które w bieżącym sezonie festiwalowym mogę z czystym sumieniem nazwać "fab". Są kompletnie różne, na zupełnie inne sylwetki, ale obie urzekają.

Kate Winslet na rozdaniu Złotych Globów wystąpiła w mega seksownej kreacji Jenny Packham. Generalnie Winslet jest ostatnio mistrzynią w doborze ubrań, które podkreślają jej kobiecą figurę. Każdy chyba widział wyszczuplające sukienki projektu Stelli McCartney, w których pokazała się w Cannes oraz na premierze filmu "Rzeź" w Paryżu.
Natomiast Charlize Theron pokazała się w dziele Azzedine Alaïa's na Critic's Choice Awards. Szczególnie ta druga mnie zachwyca. Oczywiście wiem, że tylko mając figurę Theron można sobie pozwolić taką ilość falban.


Jeśli chodzi o wybory Kate Winslet, osobiście wolę dzieło Packham, projekty McCartney za bardzo kojarzą się z kostiumami kąpielowymi zawodowych pływaczek. Nie wiem jak wąskie musiałyby być ramiona, by te sukienki ich nie uwydatniały.
Przeglądając całą kolekcję jesienną najbardziej przemawiają do mnie czarne suknie z siatką w grochy. Także podkreślają figurę, ale bez efektu "pływaczki". Są świetnie skrojone, nawet szkieletor Anja Rubik ma w jednej z nich zajebiste, seksowne biodra. Szczególnie, że w kolejnej sukience wygląda jak patyk. Groszki Rubik to mój nr 1, choć nie mam pojęcia jaką miałabym pod nią nałożyć bieliznę. Najprawdopodobniej żadnej. Ale przecież istnieje coś takiego jak silikonowy stanik, więc figi pewnie też! W sumie już to wygooglowałam, staniki można dostać od 30 zł!
Kate Winslet ogólnie jest fanką kolekcji córki Beatlesa. Podczas promocji miniserialu "Mildred Pierce" w NY pojawiła się moim nr 2, czyli "małej czarnej" z bokiem w grochy. I z tego co było widać, a raczej nie widać na zdjęciach, nie miała bielizny.


Stella McCartney w kolekcji wiosennej nadal trzyma się falistych linii. Tym razem odchodzi od jednolitych kolorów oraz klasycznych groszków. Króluje wzór pepitki w różnych odcieniach i modyfikacjach. Przyznam, że nie szczególnie prezentują się te projekty. Chyba nie wiele gwiazd zdecyduje się, by je prezentować na galach. Są za mało glamour.
W sumie jedynie sukienka prezentowana przez Rubik wpadła mi w oko, ale też jakoś trochę na siłę. Zresztą ona będzie wyglądać dobrze tylko na szkieletorach. Do codziennego noszenia fajnie może wyglądać tunika z dodatkiem koronki. Właściwie nie wiem czemu została ona pokazana samodzielnie. Modelce prawie widać krocze, chyba że właśnie takie było zamierzenie. Sama chętnie nosiłabym ją z granatowymi lub zielonymi legginsami.


Pokaz wiosny w wykonaniu Jenny Packham to zupełnie inna bajka. Bajka, a raczej baśń to dobre słowo opisujące te projekty. Wszystkie są cudownie zwiewne, eteryczne. Kolory lekko przytłumione, wyblakłe. Każda pomimo pozornej lekkości ma pas podkreślający talię oraz ciężkie elementy ozdobne, dodające klasy.
Szczególnie zjawiskowa jest nefrytowa - dla tych co nie wiedzą jaki to kolor, to chodzi mi o rudą modelkę w zielonkawej. Sukienka dla nimfy lub wróżki. Pozostałe również są wróżkowe, ale ta najbardziej. Zakochałam się w tej sukni, choć nie mam pojęcia gdzie miałabym w niej chodzić. Przecież nie biegałabym w niej po Puszczy!


Na koniec jesienne propozycje tureckiego projektanta Azzedine Alaia. O ile dzieła Packham mogę porównać do baśni w stylu Disneya, to Alaia wzoruje się na Braciach Grimm. Przyznam, że robi to genialnie.
Oczywiście trzeba mieć posągową figurę Theron, by nosić te falbaniaste arcydzieła. Jednak piórkowo-punkowe sukienki "Dzwoneczka" mogłyby się znaleźć w mojej szafie. Byłabym skłonna nosić je nawet do motocyklowych kozaków i frakowego żakietu. Wiem, że byłaby to lekka profanacja takiego dzieła sztuki, ale nie potrafiłabym jedynie na nie patrzeć.

poniedziałek, stycznia 23, 2012

Nowy Rok


Rok Smoka zaczyna się dziś. Co oznacza, że będzie lepiej. Podobno...
Chiński Smok jest symbolem dobrobytu, mądrości i wszystkiego co najlepsze. Czyli przynajmniej dla mieszkańców "kraju Środka" przyszłość przedstawia się różowo :)


"Powiadają, że to lodowata krew matrony
sprawiła, iż na tym świecie
narodziły się smoki
i że owa płynąca rzeka losu
przyniosła światło do ciemności i ciemność do światła,
ukazując wreszcie w swych zimnych jak lód oczach
dzieci chaosu..."

"Gdy światło wyłoniło się z ciemności
ujrzałem na polu
zastęp smoków schwytanych
jak grzbiet fali wiatru przed wiecznym płomieniem.
Zobaczyłem wieki w ich oczach
mapę świata utrwaloną
we wzorach każdej łuski ich skóry.
Czary wypływały z nich
niczym tchnienie gwiazd
i zrozumiałem, że
smoki zstąpiły między nas..."

"Ogrody księżyca" S. Erikson


czwartek, czerwca 30, 2011

poddasze

Mieszkanie na poddaszu ma kilka słabych stron.

Pająki.


"Gdzieś tu jest pająk,
w tym czy w tamtym kącie.
Jego troje oczu
stoi na palcach w ciemności,
jego osiem nóg
przebiega mi po plecach,
powtarzając me kroki
w drwiącym rytmie.
Gdzieś tu jest pająk,
który wie o mnie wszystko,
zapisał moją historię w pajęczynie.
Gdzieś w tym dziwnym miejscu
pająk czeka,
aż ucieknę w panice..."

"Ogrody księżyca" S. Erikson

Wielkie i włochate, a także długonogie z małym odwłokiem.
Szczególnie te pierwsze są obrzydliwe. Jakiś czas temu wróciłam w nocy do domu i pierwsze co zobaczyłam, to takie bydlę wielkości 3 cm siedzące obok mojej poduszki. Fuj!!! Z racji, że formalnie pająków się nie zabija, wciągnęłam go odkurzaczem. Nie wiem czy to przeżył. Kilka dniu później Hala opróżniała pojemnik i podobno nie było tam nic czarnego i włochatego. Te czarne olbrzymy najprawdopodobniej emigrują do mnie z drugiego, nie zamieszkanego poddasza. Najczęściej jakiś siedzi w okolicach mego łóżka lub schodów na górę.
Za to w łazience i kuchni królują osobniki długonogie. Mniej wstrętne, choć w miarę możliwości spłukiwane wodą.
Ogólnie nie mam arachnofobii i istnienie kilku stawonogów nie przeszkadza w normalnym funkcjonowaniu. Jednak nawet nie próbowałabym spać obok wielkiego robala, szczególnie gdy może ugryźć. A takie ugryzienie nie jest czymś przyjemnym, piecze i goi się kilka tygodni.

Schody.
Jest ich za dużo, są śliskie i nieproporcjonalnie rozmieszczone.
Aż dziwne, że jeszcze nigdy z nich nie zleciałam. Chociaż raz mało brakowało, ale to było na tych w samym mieszkaniu. Te są wyjątkowo wyślizgane, a dodatkowo strome.
Właściwie codziennie paszczę po nich 10 kg - rower. Czasami w dwóch turach, gdy mam dodatkowe zakupy. Muszę przyznać, że najlepsze tempo mam po kilku cytrynówkach z wodą. Jestem wtedy na górze w ciągu 2 minut i to bez zadyszki.
Ogólnie klatka nie wygląda zachęcająco. Co jakiś czas na poręczy siedzą gołębie, którym trzeba otworzyć wszystkie okna by durne wyleciały. O czym też przekonała się Edi w poprzednie wakacje. Już nie pamiętam, czy miała iść po zakupy, czy jechać po mnie do pracy. Gołąb pokonał Burzę, która z płaczem dzwoniła by ją ratować. Innym razem wracając z Magdą zastałyśmy żula, który spał na naszej wycieraczce. Dopiero po dłuższej rozmowie z policjantem ( pytania typu: czy jest z paniami ktoś dorosły? czy któryś sąsiad nie mógłby się tym zająć?), przyjechali faceci ze straży miejskiej by go zabrać. A smród po nim utrzymywał się jeszcze kilka dni.

Ptaki.

Gołębie, czyli najgłupsze i najbardziej brudniejsze ptaki, są wszędzie. Mam nadzieję, że podczas remontu dachu uda się je wykurzyć. Jednak jak widać na przykładzie innych części podwórka nie jest to proste. Po jakimś czasie można się przyzwyczaić do ciągłego gruchania, gdy człowiek bierze prysznic lub myje zęby. Na szczęście tutejszych gołębi nikt nie karmi. Dlatego bezpiecznie można siedzieć na parapecie. Nie ma ryzyka, że latająca chmara zaatakuje w celu otrzymania pożywienia.
Jaskółki, latające z prędkością świetlną, też występują w dużej ilości. Kiedyś przez jedną spóźniłam się godzinę do pracy. Chyba nie wyrobiła się na zakręcie i wleciała do mieszkania przez uchylone okno. Po kilku rundach kuchnia-salon padła przy parapecie. A ja dzielnie podniosłam ją przez rękawice kuchenne i wyrzuciłam na podwórko. Zaznaczmy, że w tym momencie przypomniała sobie do czego służą skrzydła i odleciała.
Sroki, a właściwie chyba jedna sroka. Jest najmniej uciążliwa, jednak jak się rozwrzeszczy to zamykanie okien nie pomaga.

sobota, maja 28, 2011

Uniform



Coraz częściej dochodzę do wniosku, że Polki nie mają wyobraźni, jeśli chodzi o ubrania. Mają koszmarne zamiłowanie do uniformów.

Nie chodzi tu o typowe mundury i styl militarny, bo on bywa ciekawy. Sama cierpię na obsesję dotyczącą bufek, pagonów, a moje najukochańsze kozaki nadawałyby się na poligon. Przez całą zimę wzdychałam do granatowego płaszcza, w którym wyglądałam jak mały oficer wojsk napoleońskich. Niestety nawet ze zniżką pracowniczą jego cena powalała, więc musiałam się zadowolić kożuszkiem z Zary, oczywiście dwurzędowym z pagonami.



Mówiąc o uniformach, chodzi mi o ubieranie się w jeden kolor lub ( o zgrozo!) wzór od stóp do głowy.
Zupełnie nie rozumiem tej tendencji by do żółtej spódnicy nakładać żółty sweter, bluzkę, a co gorsza niekiedy buty i biżuterię. I wszystko najlepiej, żeby było w tym samym odcieniu, czyli otrzymujemy człowieko-kanarka! Niestety regularnie słyszę, że Pani potrzebuje tak zwanej "kolorowej garsonki". Czyli marzy się takiej spódnica/spodnie z żakietem w kolorze np. koralu lub co gorsza w wersji w kwiaty. Od razu mam skojarzenia z królową Elżbietą II, która jest chyba niedoścignionym wzorem dla pewnej grupy kobiet. Ta grupa nie składa się, o dziwo, jedynie pań w okolicach 60-tki, ale także dużo młodszych osób. Tak zwane "urzędziary" w koślawych kostiumikach, które ani nie są wygodne, ani ładne i eleganckie. Takie panie, nawet po pracy, chodzą w swoich "uniformach". Tylko żakiet zostaje zastąpiony przez sweter lub bluzkę, w identycznej tonacji co spodnie/spódnica. Dla takich osób połączenie żółci z granatem/ begonii z szarym wydaje się bardziej agresywne niż zestaw w cytrynie/amarancie.


Oczywiście pominęłam kwestię sukienek, choć to sam w sobie temat rzeka.
Co powoduje, że kobiety potrafią zniszczyć najładniejszą sukienkę doborem dodatków?
Czy zestaw z prawej jest ładny, elegancki? Kategorycznie NIE! Rozumiem uwielbienie danego koloru/wzoru. Pojmuję, że komuś jest ślicznie w chabrowym, jednak bez przesady. Od nadmiaru głowa boli i to bardzo.
A zestaw lewy,czy nie prezentuje się lepiej? Sukienka, dzięki szarym dodatkom mocniej przyciąga uwagę, jest lepiej wyeksponowana. To ona jest najważniejsza, jej fason, krój, kolor. Dodatki tworzą tło, nie przytłaczają, a jednocześnie są doskonale widoczne.
"Chabrowa pani" sprawia wrażenie kiczowatej, wulgarnej. "Szaro-chabrowa" to jej przeciwieństwo, pomimo że obie mają na sobie ten sam model żakietu oraz podobne korale i torebkę.


Podsumowując moje wydumania - uniform jest zły. Prawie nigdy nie wygląda dobrze. Chyba, że wybieramy się na dwór brytyjski lub imprezę pod patronatem jednego koloru/wzoru. Czyli nawet jak kochamy panterkę/zielony to nie musimy wyglądać jak gepard/żaba. Oryginał zawsze prezentuje się lepiej niż podróbka.