wtorek, września 17, 2013

Problemy ze skupieniem


Trwają wakacje, oczywiście tylko od szkoły. Bo urlop był i pstryk! już uciekł w siną dal. Niby skończył się tydzień temu. Jakoś tak obyło się bez szału, więc jakby go wcale nie było. Nie będę tu po raz kolejny rozgryzać oraz wyliczać zalet i wad urlopowania w Puszczy. Podsumowując: było ok, przynajmniej wypoczęłam, dotleniłam, a włosy otrzymały regenerację (ach, ta uzdrawiająca, czysta, augustowska woda w kanalizacji).

Ale nie o tym, nie o tym ten post.

Skoro mam wakacje od szkoły, to znaczy, że mogę czytać co mi tylko wpadnie w ręce. A ostatnio wpadło całkiem sporo ciekawych, mniej lub bardziej rzeczy. I co z tego! Mój mózg dopadła jakaś czytelnicza blokada! Jak tylko chwytam książkę/kindla to mam jakąś niemoc. Spać się chce, oczy się zamykają, następuje atak ziewania i koniec, nie pozostaje nic innego jak zasnąć lub zrobić sobie drzemkę.  Innym razem nagle przypominam sobie, że tyle rzeczy mam pilniejszych do zrobienia. A tu trzeba zrobić porządek w kartonach z butami albo przejrzeć gazety z modą, by powoli szykować garderobę na jesień. Koty nakarmić i pomiziać, sprawdzić co słychać na świecie lub popatrzeć za okno. To chyba cofanie się w rozwoju! Zachowuję się, jakbym miała znów lat 12 i próbowała uczyć się dat panowania królów Polski. 

Co gorsza mam wrażenie, że problem dotyczy jedynie pisanej rozrywki. Jakoś mam pełno energii, by obejrzeć trzy filmy w ciągu jednego dnia lub 5 odcinków serialu. Co prawda obecnie, przed tym ostatnim staram się bronić rękami i nogami. Nawet wprowadziłam sobie zakaz seriali w domu i kinomaniaka odwiedzam tylko w pracy. Oczywiście niewiele to ostatecznie pomaga. Ciągle wydaje się mi, że mam ogromne opóźnienie filmowe i muszę nadrabiać zaległości.

Ogólnie chyba brakuje czasu, czyli tak naprawdę mam go za dużo. Gdy nie gonią terminy, to odzywa się leń. Przestawia coś w głowie i miesza.  Na szczęście już nie długo. Wkrótce pora wracać do nauki, AFF też zbliża się wielkimi krokami (karnet został dziś zamówiony). Czyli będę miała przesyt kina amerykańskiego i skończy się na trochę mania filmowa. Jak córa marnotrawna powinnam powrócić na łono literatury, a przynajmniej mam taką nadzieję.

środa, września 11, 2013

City Bus NY by M. Gondry


Po wyjątkowo ciężkiej "Dziewczynie z lilią" postanowiłam odpuścić oglądanie kolejnych filmów pana Gondrego. Jednak zupełnie przypadkiem wpadło mi w ręce, to co nakręcił w zeszłym roku. Planowałam zobaczyć "To my, a to ja" na poprzednim AFF, ale jakoś się nie udało. Trochę żałowałam, ale ostatnio kompletnie zapomniałam o tym tytule. Odpalając playera miałam nieco mieszane uczucia, do tego co może mnie czekać. I tu napotkałam całkiem miłą niespodziankę.

Ostatni dzień szkoły, miejski autobus odjeżdża, a my razem z nim i jego pasażerami. [Chciałam napisać "kolorowymi pasażerami" w znaczeniu "wielobarwnymi", "różnymi". Jednak z racji, że wszyscy bohaterowie są latynosami lub afroamerykanami wolałam uniknąć niezrozumienia.]
Znajomi, przyjaciele, wrogowie... wszyscy jedziemy tym samym środkiem transportu miejskiego. Z każdym przystankiem jest nas coraz mniej. Czy zobaczymy się kolejnego dnia, czy dopiero po wakacjach, pierwszego dnia szkoły? Nieważne, liczy się tylko obecna chwila. Kolejny dowcip, kolejne szykany, wyciąganie żenujących tajemnic. Jeden się obraził, drugi pokłócił, trzecia umówiła się na randkę (mimo, że jeszcze chwilę wcześniej udawała, że nie chce), inni zaplanowali imprezę. Znajomości się kończą, inne powstają, a nawet mamy reaktywację dawnej przyjaźni. Niby dzień jak co dzień, a jednak dla kogoś może okazać się ostatnim. 

Nabuzowani hormonami, a może nie tylko nimi, amerykańskie nastolatki. Mrok... nie ma chyba nic gorszego, niż podróż z takimi autobusem. I rzeczywiście, nieliczni są wstanie wytrzymać takie towarzystwo. Zero szacunku do kogokolwiek, czyli strzeżcie się kobiety z dziećmi, staruszki, a także przypadkowi pasażerowie. Każdy z was może zostać opluty, wyśmiany, a o ustąpieniu miejsca starszym możecie kategorycznie zapomnieć. Jedynie respekt budzi pani kierowca, która jest bogiem tego mobilnego miejsca. Spokojnie obserwującym, w wyjątkowych okolicznościach reagującym, a nawet niekiedy dającym się przekupić.    

O dziwo Gondry pokazuje w pełni realny świat, z całym jego brudem i pięknem. Nie podziwiamy fantastycznych miejsc oraz stworów, tylko szarą rzeczywistość, która ma tyle odcieni! Właściwie oglądamy porządnie zrobiony pseudo-dokument, co szczególnie po ostatnich doświadczeniach z filmami M.G. jest cudownym wytchnieniem.  I jest to materiał całkowicie poświęcony młodym ludziom. Jedziemy przez Nowy York, ale rzadko wyglądamy przez szybę (chyba, że mijamy rowerzystkę w zwiewnej sukience). Ważniejsze są emocje, rozmowy, nastoje, a nie tło i widoki. Dodatkowym atutem są postacie-aktorzy. W napisach końcowych nie królują dobrze znane nazwiska. Wszystkie osoby są naturszczykami, trudno powiedzieć czy grającymi siebie, choć jest to bardzo prawdopodobne, gdyż są niezwykle naturalni i prawdziwi.

"To my, a to ja" nie jest filmem wygrywającym festiwale. Nie jest to spowodowane tym, że jest słaby lub kiepsko zrobiony. Po prostu jego tematyka nie ma wiele wspólnego z obecnymi, popularnymi trendami - za mało w nim dramatu. Może właśnie dlatego warto go zobaczyć. Ile można oglądać fabuł o trudnej młodzieży lub dokumentów o ciężkich losach mniejszości w ubiegłym stuleciu w Stanach? Od czasu do czasu miło poczuć powiew świeżości.

poniedziałek, września 09, 2013

Polsko podróżnicze: Puszcza-Breslau

Tuż za Augu

To jeszcze podlaska krowa - okolice Żarnowa

Gdzieś w polu za Łomżą

W kierunku lewej strony Wisły

Wisła

Gdzieś w drodze na autostradę Wawa-Uć

Gdzieś na autostradzie Wawa-Uć (pola po wykopkach - chyba)

Gdzieś na autostradzie Wawa-Uć (pola kukurydzy)

Uć w wersji roślino-zielonej 

Uć w wersji nowoczesnej

piątek, sierpnia 23, 2013

Muzycznie

Tak szliśmy na Florence i długo nie mogliśmy dojść...

Porównując zeszłoroczny Impact Fest z tegorocznym Coke Live Festival mogę wymienić kilka słów kluczy w ramach różnic:

  • upał, żar - zimno, pochmurno
  • udar - ból gardła
  • zaliczenie wszystkich koncertów - obejrzenie 2,5 koncertu
  • kolejki do wszystkiego - kolejki do wszystkiego oprócz WC
  • lekki brak organizacji - pełen profesjonalizm
  • Warszawa - Kraków

A jak się bawiłam? Świetnie za każdym razem, choć oczywiście Florencja okazała się lepsza - mocniejszy głos, większa energia. Wiadomo, jest prawie 2x młodsza niż Anthony, więc jest wstanie dłużej szaleć, skakać, biegać wśród publiki. Muszę jednak przyznać, że miałam obawy, czy podoła na tak dużej scenie. Wcześniej oglądałam jej koncerty bardziej kameralne i zakładałam, że w takich się bardziej sprawdza. A tu mega niespodzianka! Flo rządzi na gigantycznej, plenerowej scenie. Brzmi lepiej niż na płycie. Do tego ekipa: harfa, fortepian i cała reszta. Glitter w powietrzu!!!



Kupony, czyli mamona festiwalu. I znów bawiłam się przy jednym piwie.

Generalnie moja, wydawałoby się całkiem niezła kondycja imprezowa, wymięka na festiwalach. Stanie w kolejkach, tłumy ludzi, a może także nadmiar przepoconego, ale nadal formalnie świeżego powietrza... Wszystko to powoduje, że około godziny 1.30-2.00 mój organizm jest wykończony i ostentacyjnie zaczyna mówić "dość". Jest to jednak nieco dziwne, skoro normalnie potrafię być 12 godzin w pracy, iść na imprezę, wrócić rano, by niekiedy zjawić się ponownie w pracy o 13. Oczywiście w pewnym momencie nadchodzi czas, gdy muszę te eskapady odespać. Jednak powrót z bali nigdy nie zdarza się przed 3, nawet gdy kolejnego dnia wstaję po 7. A tu kolejne muzyczne wydarzenie, a ja jak tylko opuszczę okolicę sceny, to marzę jedynie o łóżku. I trochę o jedzeniu, o żadnym piciu nie może być mowy. Chyba jestem festiwalową pensjonarką - na szczęście jedynie przy festiwalach muzycznych. Filmowe, gdy się na nie skuszę, traktuję w pełni profesjonalnie.


Do namiotu była taka kolejka, że na starcie zrezygnowaliśmy. Next time!
Jeśli chodzi o modę na festiwalu, ze względu na Florence królowały glitter i wianki. Te ostatnie w przeróżnych wersjach: zaczynając od naturalnych, niewielkich, a kończąc na olbrzymich plastikach, przypominających wieńce pogrzebowe. O ile kwiaty we włosach były raczej domeną żeńską, o tyle brokat był całkowicie unisex. Zresztą sama Flo dość szybko obsypała migoczącym pyłem siebie oraz cały zespół, na czele z wysmarowaniem całej głowy perkusisty. Tak poza tym, z powodu aury pogodowej można było podziwiać różne modele kaloszy i kurtek przeciwdeszczowych. Ogólnie było kolorowo, zróżnicowanie oraz znalazło się kilka perełek. Naszym osobistym hitem była bluza z Mona Lisą a pewnej znanej (przynajmniej w Kra) pracowni. 

środa, sierpnia 21, 2013

Autobusowe



Wawa-Wro, okolice Łodzi
Sierpniowe weekendy, zamiast na wrocławskich balach, spędziłam w podróżach. Na szczęście odbywały się one w klimatyzowanych  i z wifi busach. Najpierw Wro-Uć i Wawa-Wro, a tydzień później Wro-Kra-Wro. Zaznaczmy, wcale nie doczekałam się jeszcze wakacyjnego urlopu. Ta wyczekiwana chwila nastąpi pod koniec miesiąca.

Zaczynam odkrywać zalety transportu drogowego. O dziwo coraz więcej mamy tras szybkiego ruchu, co znacznie skraca czas podróży. Dodatkowo delikatna bryza z klimatyzacji pozwala spędzić drogę w miarę komfortowych warunkach, szczególnie gdy na zewnątrz panują upały  Fotele są wygodniejsze niż w pociągu, jedyny ich feler to brak możliwości wyciągnięcia nóg. Co prawda, czytanie nadal sprawia mi trudność - tylko w PKP skupienie na lekturze książkowej nie wywołuje po jakimś czasie mdłości. Jednak przeglądanie gazety nie powoduje takiego dyskomfortu, a tym bardziej oglądanie filmów na laptopie. Tak, tak w wyższej klasy busach, przy każdym fotelu znajduje się gniazdko, do którego można się podłączyć. Oczywiście wykonanie trasy Wro-Augu bez przesiadek takim transportem nadal jest nieosiągalne. Wkrótce przetestujemy wersję z postojem w stolicy. 

Nadal mam sentyment do pociągów. Możliwości rozłożenia się na 4 siedzeniach, poszwędania się po korytarzach, podróży całą grupą. Niestety uciekający czas, a także coraz większa potrzeba komfortu i szybkości skłaniają do porzucenia transportu z czasów studenckich. Zresztą ceny biletów kolejowych ostatnio przewyższają ceny biletów lotniczych, a czas podróży bynajmniej nie ulega skróceniu, a wręcz odwrotnie. 

W sumie po co mam się tłuc śmierdzącymi pociągami (bezpośrednich połączeń z Puszczą też już nie ma), tylko dlatego że wywołują przyjemne wspomnienia? Nie było ich znów tak dużo, ale przecież tych gorszych nigdy się nie pamięta. Pora zacząć zbierać wspominki z podróży busowych, a może też samolotowych. 



Kra-Wro, okolice Katowic
Za moje wojaże poniosłam swego rodzaju karę. Szelka, porzucona na 2 weekendy, postanowiła ostentacyjnie osikać mi torbę podróżną. Aż się boję co zrobi, jak wrócę po tygodniu nieobecności. Chyba muszę im przywieźć jakiś koci prezent, by zapobiec kolejnym zniszczeniom.


niedziela, lipca 28, 2013

Upalna senność

Szelinda w promieniach słońca.

Wiem, że jakiś czas temu (całkiem niedawny) narzekałam na brak słońca, deszcz, wilgoć i inne takie. Jednak to przegięcie w drugą stronę, to lekka przesada! 

Opuszczenie w taki dzień jak dziś bezpiecznego schronienia - cienia domu grozi poważnymi konsekwencjami zdrowotnymi. Poparzenie, udar, ból głowy, przegrzanie... Tu przynajmniej mam wiatrak, który pobudza jakikolwiek ruch powietrza, sorbet malinowy w ramach obiadu, a także miękką kanapę poza zasięgiem słońca. Ruszenie się gdziekolwiek jest niemożliwe, wymagałoby za dużej porcji mocy. Energia substratów  przeważa nad energią produktów, więc wywoływanie reakcji pociągałoby za sobą zbyt wysokie koszty. Czyli jest kompletnie nieopłacalne, czasochłonne oraz niepotrzebne.  

Lepiej pozostać na miejscu. Zaległości książkowe i filmowe tworzą poważne, lekko chwiejne wieże: materialną (na parapecie) i wirtualną (w pamięci komputera). Pora nad nimi nieco zapanować i wymienić niektóre, zbyt stare elementy. Bo wciąż przybywa nowych, coraz ciekawszych. 

Jednym z nielicznych plusów upałów jest panująca w mieście cisza. Wszystkie dzieciaki zostały wysłane nad najbliższą wodę. Staruszkowie zamiast konferować na ławce, siedzą w domach przed niedzielnym TV - część z nich może nawet darowała sobie pielgrzymkę do dusznego, śmierdzącego kościoła. Okoliczni piwni krzykacze też się pochowali, nikt nawet nie ma siły, by puszczać muzykę. Upalna, świetlista cisza, w tle jedynie delikatny szum wiatraka i od czasu do czasu miauknięcie cierpiącego z gorąca kota.  


środa, lipca 24, 2013

Miejskie plażowanie


Jak co roku, nieco debilnie, zaplanowałam urlop w sierpniu. Oczywiście pod koniec sierpnia, bo: "dekorator nie może iść na urlop, gdy rozpoczyna się nowa kolekcja/sezon". Oznacza to, że prawdopodobnie po raz kolejny ominie mnie kąpiel w jeziorze. Wiem, że nawet pod koniec lata woda formalnie ma temperaturę optymalną. Jednak, gdy na powietrzu jest 20-23 stopnie, to w moim przypadku zanurzenie się w jeziorze zajmuje minimum godzinę. Co gorsza niekiedy wejście nie kończy się sukcesem.

Z racji powalających upałów oraz znacznej ilości wolnych dni, postanowiłam się przełamać i udać na basen miejskich. Okazało się, że nie taki diabeł straszny. Szczególnie w środku tygodnia i w godzinach około południowych miejskie plażowanie, to sama przyjemność. Miejsca na trawie sporo, krzycząca dzieciarnia skupia się w rejonie brodzika i raz na pół godziny przybiega tłumnie na zjeżdżalnię. Ludzi pływających (w głębokim basenie) właściwie brak, wszyscy preferują wylegiwanie się przy brzegu. Czyli można spokojnie wykonać kilka rundek krytą żabką bez kolizji. Teren pełen zieleni, nie słychać właściwie samochodów pędzących Mostem Millenijnym. Do szczęścia wystarcza dobre towarzystwo, coś do poczytania i oczywiście okularki do pływania.

Aaa i krem z filtrem co najmniej +40, bo przy trupio-bladej cerze słońce to cichy zabójca. Nie wspominając o tatuażach, które nie przepadają za opalaniem i kąpielami w chlorowanej wodzie. 


piątek, lipca 19, 2013

rytm i tempo


Z racji posiadania wolnego w tygodniu, a także sprzyjającej aury pogodowej, jeżdżę rano nad Odrą. Oczywiście rano, czyli 11-12. Jeszcze nie zwariowałam na tyle, by wstawać o 8 i wskakiwać na rower. Tuż przed południem to idealny czas, minimalny ruch na ścieżce, brak szalejących i wrzeszczących dzieci z nieodpowiedzialnymi rodzicami, pojedyncze jednostki z pieskami oraz okazjonalni odrzańscy plażowicze. Sielanka.

Dodatkowym plusem jest trasa. Równiutka kostka z wyraźnie wyznaczonym podziałem dla pieszych i rowerzystów. Wieje przyjemny, choć niekiedy zwalniający jazdę, wiatr od rzeki. Przy intensywnym i mocno dającym się we znaki słońcu, ścieżka wiedzie prosto pod zbawiennym cieniem, które zapewniają okoliczne drzewa. Prawie Puszcza! Chociaż po dokładniejszej obserwacji widać, że wszystko to liściaste rośliny. Żadnej sosny, świerku czy jodły. A Odra nie umywa się do Sajna, a nawet Necka. Jednak jak się nie ma tego co się lubi, to się lubi to co się ma. Koniec narzekania! 


Jednym z nielicznych felerów samotnego pedałowania jest odpowiednie tempo. Gdy się jeździ z drugą osobą, to automatycznie wzajemnie się dopasowujemy. Po niedługiej chwili udaje się wypracować optymalną, zadowalającą prędkość. Dodatkowym ułatwieniem jest rytm rozmowy, która toczy się miło niespiesznie. To wszystko składa się na przyjemne i nie męczące tempo jazdy.

Problemy pojawiają się, gdy jeżdżę sama, oczywiście w słuchawkach na uszach. Playlista, którą posiadam jest, jak się okazało, mocno zróżnicowana. Może nie tyle pod względem gatunku, ale tempa. Ta właśnie zmienność szybkości i mocy odbija się na rytmie mojej jazdy, która w niczym nie przypomina jednostajności. A to jej mi brakuje, szczególnie, że moja kondycja jeszcze nie jest w najlepszym stanie.

Muszę stworzyć odpowiedni zestaw rowerowy, który nie wykończy moich mięśni, płuc i tyłka. A jednocześnie nie będzie miał żółwiej prędkości. Istnieją przecież listy na aerobik, czy inne takie tam wygibaso-ćwiczenia. Powinny też być playlisty dla rowerzystów, w zależności od stopnia zaawansowania lub determinacji. Najlepiej od razu do pobrania na telefon. A może już są?


poniedziałek, lipca 15, 2013

Dziewczyna z lilią (smutna bajka dla dorosłych dzieci)


Historia w skrócie wygląda tak:
On, nieco nieporadny życiowo i bujający w chmurach, poznaje Ją. Zakochują się podczas tańca, mamy oświadczyny na lodowisku, potem wyścig ślubny. Przezroczysta limuzyna wiezie ich na miesiąc miodowy i... Tu kończy się kolorowa bajka. Żadne z nich nigdy nie pracowało, a przynajmniej on - ma formalnie odpowiednio duży zapas mamony w sejfie. Ale Ona jest śmiertelnie chora, a pieniądze znikają nie wiadomo kiedy. On poświęca się i przyjmuje każdą pracę, jednak wkoło niej nadal więdną kwiaty.

Idąc na seans nie wiedziałam, że wybieram się na nowe dzieło Michela Gondrego. Prawdopodobnie wtedy miałabym trochę inne nastawienie. Jego filmy nie należą do klasycznego współczesnego kina francuskiego, które jest dostępne na polskich ekranach. Jednak po pierwszej minucie wiedziałam, że znów zawitałam do świata autora "Jak we śnie" i genialnych teledysków Bjork z lat 90-tych. I byłam zachwycona, niestety nie trwało to długo. 

Zaczęło się jak zwykle - kolorowo i surrealistycznie. Pierwsze skojarzenie: Miś Uszatek na wycieczce w Paryżu. Urocza, bajkowa historia miłosna. W tle pseudo filozoficzne gadki, jednak niezakłócające głównego romantycznego wątku. Jednak po godzinie kolory znikającą, scenografia zaczyna się sypać i gnić. Robi się coraz bardziej ponuro i depresyjnie, ale nadal masz nadzieję na happy end. Po czym wychodzisz z kina i nic nie mówisz. Czemu? Bo nie lubię, jak ktoś niszczy bajkowy świat i zmienia go rzeczywistość po wybuchu bomby.  



Zdecydowanie preferuję wcześniejsze dzieła Gondrego. "Jak we śnie" ma idealnie wymierzoną ilość pluszowych, elektronicznych i innych fantastycznych stworów. W "Dziewczynie z lilią" jest ich stanowczo za dużo. Szczególnie w pierwszej części można dostać oczopląsu od tego nadmiaru. Bohaterzy grani przez Bernala i Gainsbourg funkcjonują w normalnym realnym świecie i równolegle mają drugi stworzony podczas snu. Tam pluszowy konik potrafi biegać, a maszyna do cofania się w czasie naprawdę działa. Jest to bezpieczne i szczęśliwe miejsce. W najnowszym filmie postacie Gondrego nie są twórcami, dla nich ten fantastyczny, straszny świat to jedyna rzeczywistość. Bajkowość nie oznacza już opowieści w stylu Disneya, raczej bracia Grimm grają tu pierwsze skrzypce, a także "Królowa Śniegu" Andersena.



Moim ulubionym filmem jest "Zakochany bez pamięci". Nie ma stworów z bajek i koszmarów, jest tylko genialny pomysł na historię pewnej, bardziej lub mniej szalonej pary i ludzi z jej otoczenia. To co dodatkowo przeszkadza w "Dziewczynie...", to natłok niepotrzebnych postaci. Przy napisach końcowych widać, że rodzina reżysera chciała zaistnieć na wielkim ekranie. W "Zakochanym..." pomimo sporej ilości znanych nazwisk wszyscy mają określoną i wydaje się kluczową dla filmu, rolę do odegrania. Nie ma zbędnych wypełniaczy, wszystko jest perfekcyjnie dopracowane.

Ogólnie "Dziewczyna z lilią" zawiodła moje zaufanie do filmów w stylu urban-fantasy. Wcześniejsze dzieła magika Gondrego dawały nadzieję, najnowsze jedynie rozbudza, by następnie ją zmiażdżyć pod tekturowym czołgiem. Mam wrażenie, że tworzenie przestało sprawiać panu Michelowi przyjemność. Albo tak skupił się na fantastycznych detalach, że zapomniał o najważniejszym, czyli dobrej historii.

piątek, czerwca 28, 2013

rower-lower


Moja urocza torba z SOLO ArtCafe 
(nawet jak nie jeżdżę to utożsamiam się z rowerzystami)

Wreszcie przy stosunkowo sporym opóźnieniu mój rower rozpoczął sezon. To aż wstyd, że dopiero teraz. Jednak niesprzyjająca aura genialnie blokowała chęć pedałowania. Musiały przyjść okrutne upały, bym z śmierdzącej komunikacji miejskiej przesiadła się na własny, niezależny sprzęt. Niby miałam go wysłać na rekonwalescencję do serwisu, ale jakoś się nie zebrałam. Skończyło się na napompowaniu opon i starciu zimowego kurzu. Teraz tylko czekam na pierwsze spadnięcie łańcucha. Na szczęście jestem przygotowana: ściereczka z mikrofibry, śrubokręt, chusteczki nawilżające, krem do rąk.

To, że moja bryka była niesprawna, to wcale nie znaczy, że nie jeździłam. Kochane miasto Wrocław ma rowery miejskie, które są świetnym środkiem transportu. Szczególnie nad ranem, gdy tramwaje jeszcze nie ruszyły z zajezdni, a autobus nocny znów uciekł.  Pod dom nimi nie dojadę, ale najbliższa stacja znajduje się 10 minut drogi spacerkiem. Czyli wychodząc z knajpy znajduję stację, wypożyczam darmowy (po aktywowaniu konta za 1 zł) rower i ruszam sprawnie w kierunku prysznica, łóżka - domu. Należy jedynie pamiętać, by najpierw sprawdzić hamulce, siodełko, opony i światełko. Jazda z niedziałającym hamulcem nie jest moim faworytem, podobnie jak samoistnie ruszająca się kierownica.  Jedna dodatkowa uwaga dla świerzaków jazdy miejskiej: rowery mają tylne hamulce nożne, a przedni ręczny. Początkowo trudno się przestawić, więc lepiej przy pierwszej jeździe zbyt się nie rozpędzać.

poniedziałek, czerwca 10, 2013

Zamknięci w schemacie


Czy to jest film o miłości? W pewnym sensie tak. Czy kipi od seksu? Zdecydowanie nie. 
To o czym jest? Dla mnie jest to opowieść o samotności, zamknięciu w schematach, próbach znalezienia spełnienia oraz szczęścia.

Oczywiście nie ma nic bardziej mylącego niż trailer, chyba że polskie tłumaczenie tytułu. Jak to zwykle bywa z reklamówką, pokazane są prawie wszystkie najważniejsze momenty. Ich kolejność jest zupełnie przypadkowa i tworzy nową, niezwiązaną z filmem opowieść. Opierając się na trailerze wybieram się do kina i czasem przez pół seansu zastanawiam się czy siedzę w dobrej sali. Tu było podobnie, choć tym razem odmienność przyniosła radość.

Nie będę tu streszczać fabuły, choć pewnie byłoby to góra trzy zdania. Jednak wartka akcja  oraz porywające dialogi nie grają tu pierwszych skrzypiec. Najważniejsze jest napięcie i magnetyzm między bezimiennymi bohaterami. Kamera chwilami wręcz sprawia wrażenie podglądacza, a także lupy pod krótką widać nawet pory skóry. Kochankowie od pierwszego spotkania kompletnie nie zauważają nie widzialnego obserwatora, tak są skupieni na sobie. O dziwo to mężczyzna jest jednostką, która dąży do zaangażowania, a kobieta wiecznie się wycofuje. Czy ona ma więcej do stracenia? Możliwe, chociaż mam wrażenie, że opiera się  to na jej wewnętrznych lękach, a nie realnych przeszkodach. 

Opowieść toczy się w hotelach, zamkniętych pomieszczeniach. Mamy 28 odsłon pokoi, które mimo widocznych różnic, tak naprawdę są takie same - anonimowe, bezosobowe, bez charakteru. Nasza para tkwi w zamknięciu nie tylko zewnętrznym, ale przede wszystkim osobistym. Nawet dla prawdziwej pasji - miłości, nie chce zrezygnować swojskiej, bezpiecznej codzienności. Trwanie w schemacie jest o wiele prostsze niż ruszenie w nieznane. Potajemne spotykanie się przez lata w hotelach nie wymaga tyle odwagi, co kompletne zerwanie z dotychczasowym, nawet beznadziejnym życiem. A jednak wzajemne przyciąganie jest na tyle silne, że pojawiają się pewne, początkowo ledwie widoczne, zmiany. Coraz dłuższe rozmowy, wspólne posiłki, aż wreszcie świat poza pokojem. Na razie widziany wspólnie przez okno. Czy zdobędą tam szczęście? Mam nadzieję, że tak.

Film ma stosunkowo słabe oceny. Mam wrażenie, że jest to spowodowane błędną reklamą. Niestety trailer zachęca do kupienia biletu nie tą grupę docelową co trzeba. "28 pokoi hotelowych" to 28 stopni w budowaniu wzajemnej więzi, a nie 28 odsłon Kamasutry. 


poniedziałek, czerwca 03, 2013

wiosna? słońce? fotosynteza?

Zdjęcia z podróży Augustów-Wrocław.

Mam kompletną blokadę umysłową. Wykonanie przelewu przekracza pakiet mych możliwości. Pierwszy raz zapomniałam mojego identyfikatora. A z racji, że nigdy się to nie zdarza, to oczywiście nie mam tego nr nigdzie zapisanego. Przynajmniej tak mi się wydaje. Poza tym dół energetyczny skutecznie rozbudza lenistwo i lewactwo. Czyli nawet nie chce mi się szukać w stercie bankowych papierów tego ciągu cyfr. Moja wiara w powrót pamięci oraz mocy jest na tyle duża, by nie popadać w panikę. Chociaż to może wcale nie wiara i nadzieja, lecz wygodnictwo podpowiada, aby nie ruszać się z miejsca w taki paskudny dzień, jak dziś. Nawet na odległość kilku metrów,a nie wspominając już o wyjściu na zewnątrz.


Świat za szybą autobusu PKS Suwałki.

Jak się okazuje z braku promieni słonecznych cierpią nie tylko moje włosy (które ponownie powracają do odcienia zielonkawego, co o tej porze roku jest kategorycznie nie dopuszczalne), ale także umysł zaczyna szwankować. Leń, chandra, dół energetyczny, atak ADHD - wszystkie kolejne elementy składają się w jedną całość. Potrzebuję światła i ciepła do prawidłowego istnienia. Możliwe, że jest to spowodowane tym, że właściwie nie jem mięsa. Roślinka bez słońca nie przeprowadzi fotosyntezy, a ja nie jestem w stanie poprawnie egzystować.

Okolice Łodzi, około 5 rano.

Jeśli jutro nie będzie lepiej, to może pojutrze. Przecież wreszcie musi wrócić słońce, wiosna - a właściwie już lato, a także moc. Dół nie ma prawa trwać wiecznie! 

sobota, maja 04, 2013

amerykańskie, czyli nie do końca znane


Literatura, a także seriale amerykańskie są bardzo popularne. Jest to spowodowane głównie tym, że bardzo często łatwo jest utożsamić się z bohaterami zza oceanu. Wyglądają tak samo, mają podobne problemy, rozterki. Nawet ich wymarzone wakacje to Włochy lub Francja, dla tych bardziej szalonych i odważnych Indie. Do moich dodałabym Grecję i Japonię (nadal mam słabość do Shibuya Murakamiego).
Jeśli chodzi o seriale, oczywiście te obyczajowe, wszystko jest swojskie. Nawet w NY moda nie różni się tak bardzo od tej naszej. Jedynie ceny są astronomiczne, ale przecież w lumpach puszczańskich też można znaleźć torebkę Gucci lub marynarkę Mexx'a. I to w jakich promocyjnych cenach!
Schody zaczynają się dopiero przy książkach. Możliwe, że dotyczy to tylko mojej osoby. Chodzi o to, że mam olbrzymie problemy z wizualizacją muzyki w amerykańskich powieściach. O ile w przypadków filmów i seriali nie stanowi to przeszkody, muzykę słychać. Jak mi się spodoba, a nie wiem co to jest, to sprawdzam w necie, wrzucam do youtuba i mam. A tu ups... przecież nie będę co chwilę wyszukiwać w google ulubionych piosenek i zespołów bohatera. Szczególnie, że zazwyczaj czytam w autobusie lub innym miejscu, poza zasięgiem internetowym. I okazuje się, że nie do końca kumam o co chodzi, bo nie znam gustu muzycznego postaci. Dla przykładu: Neil Gaiman tworzy książki, a też komiksy wypełnione dźwiękami. A ja ich w większości nie słyszę! I co zrobić? Chyba pora przestać być leniem i zacząć szukać muzyki, chociaż z drugiej strony rozbije to całą przyjemność czytania. Jakoś nie widzę dobrego rozwiązania.
Obecnie podobny problem mam z najnowszym Eugenidesem. Akcja rozpoczyna się w latach 80, jednak nikt tu nie słucha ówczesnych "hitów", tylko jakieś coś innego. Dodatkowo bohaterowie studiują m.in. teorię literatury, także zupełnie obcą. Miło, że pojawia się przynajmniej znajomy Umberto Eco. Niestety, jak zauważył mój profesor z językoznawstwa, w Polsce nauka języka ojczystego sprowadza się do wzbudzenia patriotyzmu, a nie rozwoju edukacji. I potem nie dziwi fakt, że część społeczeństwa myśli, że Kmicic był bohaterem narodowym! A ja nie znam najszacowniejszych teoretyków, oprócz wspomnianego Eco i polskiego Libery.
Ta Ameryka wcale nie jest taka bliska, jakby się na pierwszy rzut oka wydawało. Nie tylko jest niezwykle płodna muzycznie, to jeszcze system nauczania jest znacznie bardziej ukierunkowany, wyspecjalizowany. Albo tak się tylko wydaje, w końcu nigdy tam nie byłam. 

poniedziałek, kwietnia 29, 2013

czytadła


Nie wstydzę się przyznać, że przeczytałam całą sagę "Zmierzch", "Sookie Stackhouse" ( na kompie) oraz ostatnio bardzo popularną trylogię "Grey'a". Wiedziałam, że nie jest to literatura nawet średnich lotów. Jednak skoro wszyscy o tym mówią, to lepiej znać temat zanim zacznę się o nim wypowiadać. Jakoś szczególnie też nie cierpiałam, poznając sercowe rozterki i przemyślenia Belli i reszty. Chociaż przyznam, że Ana Greyowa była nieco wkurwiająca z tym "świętym Barnabą" i innymi tekstami rodem z podstawówki. Nawet na tle idealnego, świecącego w słońcu Edwarda wydawała się wybitnie durnowata. Mimo to przeczytałam wszystkie części - idealnie sprawdziły się jako lektura w komunikacji miejskiej.

Zresztą na tle niektórych powieści fantasy, które swego czasu pochłaniałam w zastraszających ilościach, wyżej wymienione pozycje nie wypadają tak tragicznie. Istnieją nawet takie książki, które żałuję, że wzięłam do ręki. A tym bardziej, że je przeczytałam, zamiast sobie odpuścić.  To jest ten typ literatury, który uzależnia. Mimo pełnej świadomości, a często także niechęci nie mogłam porzucić historii. O dziwo, chyba wreszcie z tego wyrosłam lub zdałam sobie sprawę, że tracę "cenny" czas.


Nie mam problemu z tym, że czytam coś całkowicie zmiażdżonego przez krytyków. W końcu są to bestsellery, czyli mnóstwo ludzi zdecydowało się je kupić/wypożyczyć. A zapoznając się ze statystykami, to ponad połowa Polaków nic nie przeczytała w ciągu roku. Dlatego ciekawe jaką literaturę preferuje ta mniejsza połowa. Oczywiście stosuję tu duże uogólnienie. Jednak skoro mam zamiar coś oceniać, to wypada żebym wiedziała dokładnie co. Opierając się jedynie na opiniach innych, moja krytyka byłaby kłamstwem. A tak mam czyste sumienie i mogę do bólu naśmiewać się z kolejnego orgazmu wywołanego przez równoczesne złapanie szklanki przez Szarego i jego Nieuległą (chyba dokładnie takiej sceny nie było, ale podobne mamy przez ok. 1500 stron).

wtorek, kwietnia 23, 2013

Równoległa rzeczywistość


Często się ostatnio słyszy o myśleniu seryjnym lub równoległym. A przynajmniej ja słyszę lub tak mi się wydaje. Jak się okazuje, specjaliści twierdzą, że nie można być jednocześnie dwoma typami w zależności od sytuacji. Albo jesteś seryjny mordercą albo żyjesz w światach równoległych. Co gorsze, co lepsze?

W światach równoległych łatwo się zgubić i zapętlić. Niekiedy trudno potem wrócić, a czasem jest to wręcz niemożliwe i trzeba zaczynać od nowa. Nie ważne ile razy będę sobie powtarzać, że następnym razem zabiorę się do czegoś wcześniej lub skupię na jednym. Nigdy to nie wychodzi, tyle innych bodźców czai się za rogiem. Zawsze chcę jedynie zerknąć i już biznes plan legł w gruzach. A potem niespodziewanie jest deadline. I następuje płacz, cierpienie, obietnice poprawy... Pomimo umiejętności logicznego i analitycznego myślenia, nie jestem wstanie uczyć się na błędach, ciągle je powtarzam. Oczywiście w różnych, alternatywnych wersjach, światach. 
Za to taki seryjny nawet nie zdaje sobie sprawy, że istnieje jakiś termin ostateczny. On zawsze jest przed czasem, ma wszystko dopięte na ostatni guzik. Perfekcjonista, który wszystkie klocki ma ułożone w kolejności i nawet nie jest świadomy, że może coś się kryć za kurtyną. Jednak nigdy nie próbuj ingerować w jego/jej system. Nawet najbardziej opanowanych i profesjonalny w jednym momencie może zmienić się w seryjnego mordercę. I wtedy staje się nie przewidywalny i zdolny do wszystkiego. W końcu burzysz mu/jej idealny, jedyny świat.
Podobno idealny team to seryjny morderca współpracujący z bywalcem światów równoległych. Przyznam, że trudno mi jest to sobie wyobrazić. Dla mnie kojarzy się to z wieczną wojną o dominację. Osobiście wolę unikać potencjalnych psychopatów i skupić się na podróżach w "kosmicznych - magicznych" rzeczywistościach. Nawet jak się kończą boleśnie.

środa, marca 27, 2013

wykopane w archiwum


SKAFANDER I MOTYL

Jean-Dominique Bauby to człowiek sukcesu, redaktor naczelny francuskiego „ELLE”, podróżnik i znawca kobiet. Osoba spełniona, przed którą stoi cały świat, aż do grudniowego popołudnia... Wtedy jadąc wraz z synem najnowszym BMW do teatru wszystko znika. Wylew krwi do mózgu powodował do niedawna pewny zgon, jednak obecnie, w dobie najnowszych technik reanimacyjnych niekoniecznie. Bauby odzyskuje świadomość w styczniu, ale jedynie mózg jest mu posłuszny, reszta ciała to tytułowy skafander w którym zostaje zamknięty i z którego nie może się wydostać. Ale nie do końca... lewa powieka podobnie jak łopoczący skrzydłami motyl nadal należy całkowicie do niego. To ona staje się nie tylko oknem na świat, ale także narzędziem, którym można porozumieć się z otoczeniem, a także napisać książkę. Oczywiście z pomocą uczynnych i cierpliwych ludzi.

„Skafander i motyl” to dzieło przejmujące do głębi, dla niektórych na pewno przez to, że przerażająco prawdziwe. Nagle człowiek zdaje sobie sprawę, że szczęście, życie nie trwa wiecznie. Słowa „życzę przede wszystkim zdrowia” nabierają większego znaczenia, czytelnik zostaje uświadomiony, że można przestać być panem losu, a nawet własnego ciała. Ponad stu stronicowa książeczka była tworzona przez trzy miesiące, litera po literze, determinacja i zaangażowanie w jej powstanie czuć w każdym słowie. Bauby to człowiek zabawny i pełen nadziei, ale również krytyczny oraz stąpający twardo po ziemi. Wspomina minione chwile z nostalgią, ale nie użala się nad sobą, nawet gdy gburowaty salowy wyłącza TV podczas meczu sezonu. Cierpi podczas nielicznych rozmów z ojcem, on zamknięty we własnym ciele, a tamten w mieszkaniu na czwartym piętrze, z którego nie ma siły wyjść, by zobaczyć ukochanego jedynaka. Stara się uczestniczyć w życiu dzieci, chociaż obrzydza go własny wygląd. Z ochotą wybiera się z nimi na plażę, choć wie, że potem odpokutuje to bólem. Realistycznie i szczerze opisuje swoje obecne życie, nadal nazywając je życiem, mimo że bardziej przypomina wegetację. Pokazuje, że ciało to nie wszystko, człowiek jest sobą, nawet gdy wyglądem przypomina potwora, a kontakt może nawiązać dzięki pomocy specjalnego alfabetu, dostępnego dla wszystkich, ale znanego jedynie tym najbardziej cierpliwym i zdeterminowanym. Bauby, w połowie ślepiec, jest uważnym obserwatorem, potrafi wychwycić niewidoczne niuanse i wyciągnąć z nich wnioski. Życie w skafandrze wyczula go na cierpienia i problemy innych, ale nie zmienia. To nadal jest Jean- Do, miłośnik kobiet, dobrych potraw oraz trunków (teraz spożywanych jedynie w wyobraźni), fan „Hrabiego Monte Christo” i innych klasyków francuskich (czytanych dzięki uczynnym bliskim).

„Skafander i motyl” napisana jest współczesnym językiem, bez żadnych udziwnień fonetycznych i językowych, tak teraz szeroko wykorzystywanych. Prawdziwie historie nie potrzebują takich udziwnień, same w sobie są małymi arcydziełami, gdyż dają nam lekcję heroizmu, mogącego pokonać wszystkie przeszkody.   

Locked-in syndrom, czyli zamknięcie wewnątrz siebie, tak nauka nazywa stan Jean- Dominiqua. Nie jest to zamknięcie całkowite, dzięki tej książce możemy to zrozumieć. Człowiek ciągle słyszy, wyczuwa zapachy, może nawiązać kontakt ze światem, to że oddycha i przełyka pokarm dzięki maszynie niczego nie zmienia. Ciało jest jedynie ograniczeniem dla w pełni sprawnego umysłu. Bauby nie doczekał premiery swego dzieła, dusza- motyl przegrała walkę z ciałem- skafandrem. Jednak coś po sobie zostawił, kilkadziesiąt stron dzięki którym  poznajemy jego i możemy wreszcie zrozumieć osoby dotknięte jego chorobą. Jest to wielki dar dla wszystkich którzy kiedykolwiek będą mieli nieszczęście zetknąć się z locked-in syndrom.

wtorek, marca 19, 2013

festiwale, czyli sztuka, a może jedynie lans


Kilka lat filmowych festiwali za mną, wrocławskich i nie tylko. Jeszcze niecałe pół roku i nadejdzie kolejny z najważniejszych - NH. Niestety coraz częściej odczuwam, że to nie to co kiedyś. Jest to zapewne związane z mniejszą ilością czasu, który mogę poświęcić. Nie mogę sobie pozwolić na 10-dniowe całodobowe chłonięcie życia festiwalowego. Praca wzywa do umiaru! Minęły czasy maratonów filmowych połączonych z imprezami pod Operą i skakaniem w rytm muzyki w klubie festiwalowym. Teraz jak się wyrwę do kina, to zazwyczaj nie mam mocy na klub lub odwrotnie.  Muszę dawkować przyjemności, które zresztą nie są już tak pociągające jak kiedyś. Nie tylko ja się zmieniam, same festiwale chyba też.  Dawniej wszystko wydawało się bardziej spontaniczne, szczególnie na tle "kółka wzajemnej adoracji" jaką mogłam podziwiać na Camerimage. 

Festiwale coraz częściej są miejscem lansu, a dopiero w następnej kolejności odbioru sztuki. Nie myślałam, że kiedykolwiek do tego dojdzie, ale szczerze tęsknię za kolesiami (lub kolesiówami) "śmierdzącymi gorzelnią", a nawet tymi co chrapali na seansie. Intensywne nocne życie nie przekreślało w ich przypadku porannego wstania na film. I pomimo, że byli nieco uciążliwi, stanowili grupę wartą podziwu - mnie kac zazwyczaj nie pozwalał na pojawienie się w kinie o 10. Zresztą ze stoickim spokojem przyjmowali informację, że śmierdzą i na kolejne seanse powracali lekko ogarnięci. Niestety ich gatunek powoli wymiera.

Panujący trend sali kinowej jako miejsca prezentacji nowych hunterów, nawet jak mamy upał 30 stopni, jest lekko żenujący.  Teraz najważniejszy jest odpowiedni, pseudointelektualny look, a nie sam film. Jakimś cudem praktycznie zniknęły kolejki na sale, bo przecież nie chodzi by coś obejrzeć, ale by się pokazać, że planujemy oglądać. Czyli najważniejsze to kręcić się po obiektach festiwalowych, a nie czatować pod salą. Ostatni wężyk na seans dotyczył "Mistrza", co było dla mnie osobiście zadziwiające. Czemu Ci wszyscy tak zwani "kinomaniacy" chcieli zobaczyć coś co będzie za chwilę grane w większości kin? Oczywiście by się zaprezentować, że chłoną sztukę. Na swoje nieszczęście sama stałam w tej kolejce i przyznam, że byłam tym lekko zawstydzona. Co prawda, inne filmy o tej samej porze już widziałam, więc nie miałam trochę wyboru. A AFF chciałam wykorzystać maksymalnie, skoro w weekend miałam szkołę.

Oczywiście nie mam zamiaru rezygnować z życia na festiwalu, jednak powoli dociera do mnie, że "czas niewinności i lekkomyślności" dobiega końca. 


sobota, marca 09, 2013

dzień kobiety, czyli święto dziewczynek

Dzień Kobiet kojarzy się mi ze szkołą, a konkretnie podstawówką. Tego dnia obowiązkowo każda dziewczynka dostawała tulipany. Moi koledzy byli narażeni na niewielkie koszty, gdyż nas było 9, a ich 19. Dlatego często zdarzało się, że oprócz kwiatka pojawiało się na ławce coś słodkiego. 
Obecnie mam wrażenie, że jest to święto trochę przymierające. A może raczej, bardziej jest obchodzone przez same kobiety, a nie mężczyzn. W galeriach tego dnia widać tłumy pań i panienek, które przybywają by kupić sobie prezent na własne święto. W knajpach organizowane są imprezy specjalne. Jest to istny raj dla podrywaczy! Bandy wystrojonych bab, tylko czekają aż ktoś zaproponuje drinka lub przynajmniej złoży życzenia. 

Bo o ile oficjalnie nie uznajemy święta, to tak naprawdę czekamy i podliczamy ile "kwiatków i innych" otrzymałyśmy.

Sama zawsze czekam na obowiązkowy telefon od Dziadka, który po wymienieniu czego mi życzy, oznajmi że szczęśliwy los lub totolotek z moim imieniem czeka na kolejną wielką wygraną. I choć ta do tej pory jakoś nie chce się pojawić, to miło jest usłyszeć, że dla każdej z nas zakupił "papierowego kwiatka".
Po prostu miło jest dostawać prezenty, nie ważne czy są małe czy duże. Tak samo przyjemnie jest je dawać. Tylko kiedy jest dzień mężczyzn? Światowy od 1999 roku 19 listopada, wg wikipedii. A w Polsce?

wtorek, lutego 26, 2013

za chuda i za blond



"Bycie blondynką naturalną czyni kobietę jednostką aspołeczną, 
a bycie blondynką farbowaną czyni ją oszustką".
Pchli targ

Czasem nie pojmuję zawiści innych ludzi. Nie rozumiem, dlaczego ze społecznym przyzwoleniem wytykani są chudzielcy. Jakoś nie wypada nikomu powiedzieć, że rośnie mu drugi, lub co gorsza trzeci, podbródek. Za to jak tylko trochę wystają kości, to momentalnie następuje atak. Ty coś jesz? Głodzisz się? Masz anoreksję? Nikt jakoś nie wpadnie na pomysł,  że ludzie mają różną przemianę materii lub zamiast mięsa i pieczywa wolą sałatę z kiełkami. I to wcale nie dlatego, żeby być szczupłym, lecz dla smaku.  Jedni przypominają szkielety, inni pączki. Nikt przewracając się w wodach płodowych nie losuje ilości posiadanych kilogramów w dalszy życiu. A tym bardziej nie stoi w boskiej kolejce po talię osy. 
Tak samo jest z kolorem i rodzajem włosów. Naturalny blond to wymierający gatunek. Co gorsza trzeba o niego bardzo dbać. Nie tylko ciemnieje z wiekiem, to gdy brak słońca zielenieje lub rudzieje. Czyli gdy przez cały rok ktoś ma ten sam odcień to znak, że stosuje zajebistą farbę lub inne "coś", ale na pewno nie ma naturalnego koloru. Czasami zazdroszczę innym możliwości farbowania i zabawy kolorami. U mnie każda ingerencja mogłaby zakończyć się tragicznie. Niekiedy mam wrażenie, że sztuczny kolor prezentuje się o wiele lepiej niż mój wychuchany naturalny. Mimo to dobrze wiem, że należę w jakiś sposób do wyjątkowych mutantów.


Zdecydowanie nie przypominam ideału, choć mając filigranową budowę, złoto-popielate refleksy we włosach i całkiem niezły gust często padam ofiarą zawiści lub lekceważenia. Tak, bo co taka mała blondyneczka może wiedzieć o życiu, zapewne niewiele. W jej małej główce jest tyle szarych komórek, by była wstanie się spoko ubrać i normalnie funkcjonować. Jednak  o teoriach kwantowych lub najnowszym kinie tajlandzkim z nią nie porozmawiasz. Opinii nawet często nie zmienia, że ma średnią 4,5 - pewnie dostaje oceny  za dziewczęcy urok. 

Ach, te utarte stereotypy, które podświadomie sugerują nam jak należy oceniać innych po wyglądzie. 
  
To, że jestem chuda i blond to nie jedynie moja zasługa, takie mam geny. Nic na to nie poradzę. Oczywiście mogę się przefarbować i roztyć (chyba), ale po co? By innym było lepiej jak na mnie patrzą. No raczej nie! Jeśli chciałabym się zmienić to jedynie dla własnej satysfakcji i przyjemności. 
Osobiście nie mam nic do osób tęższych, rudych, czarnookich i itp. Raczej, przez zboczenie zawodowe, zwracam uwagę na ubranie. I tu potrafię być okrutna w krytyce, ale o tym może innym razem.




poniedziałek, lutego 04, 2013

Szkoła, Sesja, M&M'sy, czyli luty.


Shelli wśród notatek.

Znów chodzę do szkoły. Ale spokojnie, nie jestem znienawidzonym przez społeczeństwo studentem dzienny, ale ciężko pracującym i uczącym zaocznym. Co może niektórych dziwić, szkoła sprawia mi ogromną przyjemność. Na nic nie mam czasu, a jednak jakoś doba wydłużyła się. Podobno też jestem mniej wybuchowa i ogólnie spokojniejsza psychicznie.
Z racji, że na roku pozostało już tylko 15 osób, to wykładowcy podchodzą do nas bardziej indywidualnie i traktują z większą wyrozumiałością. Chociaż może po prostu na uniwerku stosuje się bardziej ludzkie podejście niż na polibudzie. W końcu humaniści powinni być bardziej wyluzowani i mniej rygorystyczni. 

Dobra, koniec nad zachwytami i zaletami - mam sesję.

Na szczęście został tylko jeden egzamin, resztę już mam z głowy.

Jak to zwykle bywa na koniec mam najgorszy, czytaj najmniej ciekawy i interesujący, przedmiot. Co oczywiście sprowadza się do wkuwania mnóstwa definicji, które praktycznie niczym się nie różnią, chyba że osobą która je sformułowała. Poza tym, czytam jakże ciekawe artykuły dotyczące historii i rozwoju bibliologii. Ech...

Koty i M&M'sy dzielnie mnie dopingują w nauce. Tak to już jest, gdy uczę się mało ciekawych (raczej niepotrzebnych w mojej opinii) rzeczy to odczuwam nieodpartą potrzebę czekolady. I tak ciągle podjadam M&M, których jakoś nie ubywa. Język mam w kolorach tęczy, a głowę wypełnioną XIX-wieczną nauką o książce.