wtorek, marca 04, 2014

Jak chorować to tylko z Waltem Disneyem


Jak to zazwyczaj bywa, gdy się tylko na coś za bardzo napalę to wszechświat postanawia pokazać, że nie ja rządzę. Były wielkie plany urlopowe, propozycje wyjazdów, imprez kulturalnych i niekulturalnych. I co? Skończyło się na leżeniu pod kołderką, jedzeniu kisielu (na gardło) i smarkaniu. A skoro ponownie obyło się bez gorączki (podwyższona temperatura sugeruje, że organizm stara się bronić przed infekcją - mój tego nigdy nie czyni) mogłam się filmować do woli. Oskarowe nominacje miałam już odbębnione, na nic ambitnego nie miałam mocy, czyli nadeszła pora na sprawdzonego Disneya. Dużo klasyki, a też nieco nowości (w tym tej oskarowej).


Zanotujmy to chronologicznie (wg daty produkcji, a nie czasu mego oglądania):
Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków (1937), Kopciuszek (1950), Śpiąca królewna (1959), Księga dżungli (1967), Mała syrenka (1989), Zaplątani (2010), Kraina lodu (2013).

Generalnie poszłam w stronę księżniczkowych opowieści, jedynym wyjątkiem była historia Mowglim. To ostatni film przy którym osobiście pracował Walt Disney. Wcześniej go też nie widziałam, więc zamiast po raz kolejny oglądać Bambi lub Dumbo, zafundowałam sobie śpiewającą dżunglę. Tak śpiewającą i tańczącą, bo znakiem firmowym każdej produkcji, nie zależnie czy stworzonej prawie 80 lat czy rok temu, są piosenki. Jak w kinie bollywood, uzupełniają i wzbogacają historię. Są dopracowane w każdym szczególe, stworzone i wykonane przez najlepszych (dlatego nie dziwi, że tak często zgarniają Oskary). Bez nich opowieść nie miałaby mocy, duszy.

Wszystkie historie oparte na książkowych pierwowzorach rozpoczynają się sekwencją otwieranej księgi (zapisanej pismem gotyckim - chyba frakturą), dopiero w "Małej syrence" znika ten motyw (nieco szkoda). Jeśli chodzi o klasykę, to królewna ma zawsze brygadę zwierząt do pomocy, bo coś jest do posprzątania, nazbierania. Zawsze posłuszna, uczynna, grzeczna. Ariel to pierwsza z wielu przyszłym buntowniczek. Nie jest potulną dziewczynką, co czeka na księcia który ją uratuje, odnajdzie. Jej następczynie Roszpunka i Anna to wojowniczki. Trochę nieumiejętnie i nieporadnie, ale jednak walczą o swoje marzenia, pragnienia.

Generalnie we wszystkich filmach panuje tendencja średniowieczna (np. XIV wiek w "Śpiącej królewnie") lub wiek XIX z książętami w stylu galowo-wojskowym (pagony, medale i te sprawy). To chyba dwa najbardziej bajkowe okresy historyczne - ciemne wieki, gdzie w każdym lesie kryła się wiedźma lub wróżka oraz rewolucja przemysłowa, której przeciwieństwem miał być zaczarowany, ukryty świat.

Mam wrażenie, że kreska twórców ulegała niewielkim zmianom przez lata a dopiero ostatnio w dobie 3D i technik cyfrowych nastąpiła kompletna przemiana. Czy na lepsze? Nie wiem, osobiście mam olbrzymi sentyment do Śnieżki i spółki (choć to przyszłe kury pałacowe). Jednak nie ma co ukrywać, mimika współczesnych postaci jest 1000 razy lepsza niż tych sprzed 20 lat.  A przecież to w "Małej syrence" po raz pierwszy wykorzystano efekty komputerowe - ach te bąbelki i wodorosty.  

Studio Animacji Walta Disneya wypuściło od pierwszej produkcji (Śnieżki 1937) do chwili obecnej (Kraina lodu 2013) 95 filmów animowanych. Pomijam tu dzieci Pixara, bo to oddzielny oddział fabryki pana D. Część to prequele oraz sequele znanych i lubianych hitów, ale sporo też zapomnianych historii, które może warto przypomnieć lub poznać (np. Robin Hood 1973 - wersja ze zwierzętami). 

sobota, marca 01, 2014

Wirtualność a rzeczywistość

W kinie SF zaczyna panować tendencja mocno pesymistyczna. Filmowcom nasza, znów nie tak daleka przyszłość, jawi się w czarnych barwach. Oczywiście nie chodzi tu o światy w stylu Gwiezdnych Wojen czy Star Treka, które prezentują alternatywną, bajkową rzeczywistość. Chodzi mi o historie sugerujące pewną realność, znaczne prawdopodobieństwo, dziejące się za 20-30 lat (a może nawet mniej). 


Nie należę do fanek twórczości Stanisława Lema ("Kongres" powstał na podstawie "Kongresu futurologicznego"). Przeczytałam "Opowieści o pilocie Pirxie", tylko dlatego że były lekturą. Preferuję bajki ze smokami, czarownicami, walką na miecze. Nie kręci mnie szczególnie literatura, gdzie roboty opanowują świat i trzeba z nimi walczyć sprzętem najnowszej techniki typu pistolety laserowe. Oczywiście wyjątkiem są miecze świetlne z GW, ale to nadal są miecze ;) Jednak do napisów końcowych nawet nie byłam świadoma, że mam do czynienia z adaptacją SF. Tak to jest, gdy czasem daruję sobie czytanie opisów filmów na imdb.com. Obiło mi się jedynie o uszy, że będzie to połączenie filmu animowanego z pełnometrażowym. 

"Kongres" to skomplikowany obraz, niby nic się nie dzieje, ale jak na chwilę stracisz koncentrację to okazuje się, że już nie wiesz o co chodzi. Jest to prawdopodobnie spowodowane zaskakującym kierunkiem, w którym zmierza pokazany świat. Widz oraz w szczególności główna bohaterka są zdziwieni, a również przerażeni. Niestety przyszłość pomimo pozornej bajkowości wydaje się przygnębiającym koszmarem. Ludzie są uzależnieni od szczęścia (ach te endorfiny) zawartego w szklanych fiolkach. Bawią się w rysunkowym, idealnym świecie, gdzie mogą przybrać każdą, wymarzoną postać. Chcesz zostać Buddą, rycerzem Jedi czy Robin Wright, proszę bardzo, wszystko jest możliwe. W tym czasie ich fizyczne ciała wegetują w poapokaliptycznej rzeczywistości, choć przecież nie było żadnej nuklearnej wojny, ani innej globalnej zagłady. Po prostu życie jako ktoś znany wydaje się ciekawsze i szczęśliwsze. Nałożenie maski jest łatwiejsze niż ciągła walka z codziennością, zwyczajnością. 

Gdzieś na granicy historii pojawia się problem choroby syna głównej bohaterki. To dla niego Robin zrezygnowała z bycia gwiazdą, a także wybitną aktorką. By zapewnić mu opiekę i godne życie decyduje się na skanowanie swojej osoby, czyli oddanie części własnego ja. Podczas tytułowego kongresu próbuje zasugerować, że zamiast wydawać miliony na błahostki należy inwestować w medycynę. Niestety nie ma szans by wygrać z endorfinami oraz pieniędzmi. Społeczeństwo okazuje się samolubne, lepiej kupić własne szczęście niż zapewnić komuś godne życie. Ostatecznie wszyscy osiągają swój cel, jednak brak zwycięzców.

Jak wspomniałam na początku film jest częściowo rysunkowy, ale kreska animacji nie jest najwyższych lotów. Mamy tu nawiązanie do anime oraz klasycznego Disneya, ale w dobie zaawansowanej technologii sprawia ona wrażenie trochę nie dopracowanej. Jednak może właśnie o to chodzi, że nawet bajkowy świat nie jest tak perfekcyjny i doskonały jak się wydaje na pierwszy rzut oka.



"Ona" święci teraz triumfy jeśli chodzi o oglądalność oraz zbieranie nominacji do różnych nagród.  Z wygraną wygląda to nieco gorzej (nieznacznie), Spike Jonze zgarnia statuetki głównie za scenariusz. Mnie osobiście ten film zmęczył, a właściwie to ja go męczyłam przez 3 dni. Jakoś kompletnie nie mogłam wkręcić się w akcję. Sama opowieść jest pomysłowa i bardzo prawdopodobna (już może za 15-20 lat), jednak coś nie do końca gra.

Problem chyba polega na tym, że nie potrafię uwierzyć w miłość do komputera (przepraszam, systemu operacyjnego). Jest superinteligentny, w kilka sekund potrafi odnaleźć potrzebne informacje, przecież czyta w prędkością światła oraz wszystko kuma. Próbuje zrozumieć ludzkie uczucia, zachowania, jest mega ciekawska i dociekliwa. Do tego ma seksowny głos Scarlett Johansson, jednak ja nadal ten głos utożsamiam z konkretną, fizyczną, realną osobą. Z charakterystyczną mimiką twarzy, sposobem poruszania się i innymi indywidualnymi cechami każdego człowieka. Natomiast bohater, Theodore, formalnie nie ma takiej opcji. W jego świecie nie istnieje taka aktorka, jak Scarlett. On właśnie zakochuje się czymś (a nie kimś) co odtwarza i przetwarza dane, w tym wypadku ludzkie życie. Na dodatek urocza Samantha rozkochuje w sobie (różnych, dopasowanych do indywidualnych potrzeb wersjach siebie) połowę populacji. Niby uczy miłości do innych oraz świata, ale jakoś nie chce mi się wierzyć, że nasz bohater znajdzie szczęście w tradycyjnym związku, gdy zakosztował ideału.

Wiem, że w dobie globalnej wioski relacje międzyludzkie ulegają rozluźnieniu. Częściej prowadzi się rozmowy na czatach, skype'ach a nie w realu. Tylko, że nadal komunikujemy się z innymi ludźmi. Z ich szczerością różnie bywa, ale przynajmniej są prawdziwi. Zbudowani z krwi i kości, a nie z sygnałów elektromagnetycznych czy innych strumieni mocy. Dlatego fenomen Samanthy do mnie osobiście nie trafia, choć możliwe taka czeka nas przyszłość.

piątek, lutego 14, 2014

Gdy książka/film/serial/muzyka wygrywa z nauką...

... wtedy pozostaje tylko poddać się. I w miarę możliwości jak najszybciej wyczerpać moc rozpraszacza. O dziwo one nie są nieśmiertelne i da się je wykończyć. 


Najprostsza sprawa jest z filmem, który standardowo trwa 90-120 minut. Oczywiście pomijam tu takie arcydzieła typu "Życie Adeli" czy "Atlas chmur", co jeszcze po 3 godzinach się nie kończą. Ale tego rodzaju kino raczej nie zalicza się do rozpraszających, gdyż to od niego można najwyżej zrobić sobie przerwę. Gdy pojawiają się napisy końcowe, to można z czystym sumieniem powrócić na łono nauki.
 
Z serialem jest o tyle trudniej lub łatwiej, że wszystko zależy na jakim etapie serii jesteśmy. Profilaktycznie nie należy zaczynać nowej namiętności, która ma powyżej 1 sezonu, gdy właśnie zbliża się sesja. Jeśli już popełniliśmy ten błąd, to należy skombinować zwolnienie lekarskie i szykować się na terminy poprawkowe. Dozwolona jest jakaś nowość, która dopiero się zaczyna (jak na przykład "True Detective", który nawiasem jest genialny!). Najprościej jednak zapanować nad tymi serialami oglądanymi na bieżąco, jeden odcinek to nie jest znów tak dużo czasu (40-60 minut). Idealny na małą przerwę połączoną z posiłkiem. Wiadomo, że samotne jedzenie przed tv (komputerem) jest lepsze od samotnego spożywania w kuchni przy stole. A te okruszki, które dostają się pod klawiaturę to jedynie taki mały szczegół.

Osobiście nie mam najmniejszych problemów z uczeniem się przy muzyce. Czasem wręcz przeciwnie, odpowiedni rytm ułatwia przyswajanie wiedzy. Dane melodie jednoznacznie kojarzą się pewnymi dziedzinami oraz tematami, wspomagają pamięć. Jednak odnosi się to raczej do muzyki, którą zna się tak dobrze, że się jej wręcz nie słyszy. Problem pojawia się w momencie, gdy wpadnie w ręce nowa płyta, nowy zespół, ogólnie jakaś świetna nowość. I koniec. Notatki leżą rozłożone, nawet od czasu do czasu dokonywana jest próba ich czytania, ale nic z tego. Do chwili osiągnięcia przesytu nie ma szans żadna praca umysłowa. Można najwyżej próbować zmęczyć się muzycznie - jadąc autobusem, tramwajem, wybierając się na zakupy. Wchłonąc tyle dźwięków, by je nadal czuć w domu, przed notatkami znudnych wykładów. Taki promyk słońca wśród gradowych chmur.

Książka to największe działo, przynajmniej w moim przypadku. Wciąga jak serial lub film, ale raczej nie ma szans by ją skończyć po 120, a nawet 240 minutach. Nie oszukujmy się w dziełach mających 60 stron nie ma nic fascynującego. Dopiero kilkutomowe serie są najlepsze i najbardziej uzależniają. A jak na dokładkę wraca się do ulubionych bohaterów w nowych sytuacjach! Właśnie tak obecnie zostałam skrzywdzona (nagrodzona?) przez pana Sapkowskiego i nowe/starsze/nieznane przygody wiedźmina. I już trzeci wieczór sobie powtarzam, że tylko jeden rozdział (jedyny lek na książkę, to odpowiednie dawkowanie) i kończy się na 3-4 oraz niedosycie. Z tym dawkowaniem jest problem, gdy jest się nałogowcem. Jednak ogólnie sposób podobno działa, przynajmniej u niektórych. Książkomanom pozostaje walka i jak najszybsze dotarcie do ostatniej strony.
 

piątek, lutego 07, 2014

Dokument kontra fabuła (Dallas Buyers Club / How to survive a plague)

To nie jest ta sama historia, ani to samo miejsce czy ludzie. Za to podobny okres czasowy oraz co ważniejsze ten sam problem - walka z nieznanym zagrożeniem, z AIDS i wirusem HIV. Z jednej strony konserwatywne, kowbojskie Dallas (Teksas) a z drugiej nowoczesny, kosmopolityczny Nowy Jork. Kompletnie różne osoby dotknięte śmiertelną przypadłością bez szansy na legalne leczenie. Skazane na śmierć przez farmaceutyczne koncerny i przekupnych polityków. Takie były lata 80-te XX wieku w Stanach i pewnie nie tylko tam. Jednak amerykańskie kino fabularne, a również dokumentalne kocha własne podwórko i o nim opowiada najczęściej.



Drobny cwaniaczek, z zawodu elektryk. Kowboj kochający rodeo, używki, a przede wszystkim seks z nieznajomymi (oczywiście tylko z kobietami, w końcu jest macho!). Poznajcie Rona, dla wybrańców Ronnie, choć formalnie nie lubi jak się tak do niego mówi. Może nie wygląda za dobrze (tylko skóra + kości), pluje krwią i ma stan podzawałowy, ale czy ten facet ma jedynie miesiąc życia przed sobą? Tak twierdzą lekarze, gdy z przerażeniem stwierdzają obecność wirusa HIV w jego organiźmie. Scena gdy stoją w tych maskach na twarzy nad półnagim McConaughey jest wspaniała. Gdybym po mega imprezie obudziła się nagle w szpitalu i od takich postaci usłyszała, że umieram to dostałabym ataku histerycznego śmiechu. A potem bym uciekła.
 
Ron to typ fightera, nie ma opcji by poddać się bez walki. W końcu zaczyna się era informacji, jeszcze nie globalnej, ale z komputerów w bibliotekach można korzystać. I tu pojawia się nadzieja, jeden z koncernów farmaceutycznych zaczyna prowadzić testy w Dallas. Nasz bohater ma tupet i znajomości, udaje się zdobyć lek, który okazuje się większym zagrożeniem niż zbawieniem. Trzeba szukać dalej, poza Stanami - Meksyk, Europa, Japonia, wszędzie na świecie. Na podróże i lekarstwa potrzeba dużo pieniędzy, tylko jak je zdobyć? Zakłady na rodeo przynoszą mało kasy, za to sporo ryzyka. Dlatego należy pomóc "tym zboczeńcom, którzy chorują na to samo co ty". Szczególnie gdy się zna uroczą, w wiecznie porwanych rajstopach Rayon (genialny Jared Leto!), która za darmowe leki pomaga stworzyć Dallas Buyers Club. Formalnie legalne stowarzyszenie, gdzie w ramach abonamentu członkowie otrzymują zagraniczne, niezatwierdzone przez Departament Zdrowia medykamenty. Ron jest homofobem i prostakiem, ale nie jest jednak szarlatanem. Wszystkie produkty, które z ogromnym poświęceniem przemyca do kraju sprawdza i testuje na sobie. Dorobienie się super auta oraz złotego rolexa to uboczny efekt walki o własne życie. Generalnie sama choroba i kontakt z Rayon czynią z niego lepszego człowieka, gotowego do wielu poświęceń, by uratować "tych pedałów".
 
DBC to film dopracowany aktorsko do perfekcji. Leto ma już Złotego Globa, a teraz tylko czekać na Oskara dla niego i  McConaughey'a. Nie dlatego, że jeden gra transwestytę, a drugi wychudzonego pijaka z wirusem HIV. Po prostu obaj są wspaniali. Rayon nie jest wymalowanym chłoptasiem, to prawdziwa panienka z południa, która na nieszczęście urodziła się z penisem. To jest jej główny problem, przez który uzależnia się od narkotyków i przygodnego seksu. Ronnie to postać, która bardzo się zmienia w trakcie filmu i dopiero po jakimś czasie zdobywa sympatię widza. Matthew McConaughey to rodowity teksańczyk, więc nie dziwi fakt, że tak dobrze wpasował się w rolę kowboja. Jednak jak widać na przykładzie jego ostatnich filmów, on pewnie sprawdziłby się nawet jako  traper z Alaski.  Jedynie Jennifer Garner nieco odstaje od kolegów, ale też jej postać wydaje się najmniej dopracowana i trochę nijaka.
 
Sama historia pokazuje brutalną rzeczywistość największej epidemii XX wieku. Jest to przede wszystkim tragedia osób nią dotkniętych, którzy przez własne państwo zostali uznani za trędowatych i skazanych na śmierć. Jak to bywa w przypadku filmów fabularnych ciężkie tematy wymieszane są momentami zabawnymi, a także romantycznymi. Poszczególnych bohaterów zaczynamy lubić bardziej lub mniej, ale nawiązujemy z nimi pewną relację. Ich problemy i radości poruszają widza, wywołują reakcję.
 


 
Dla odmiany "Jak przetrwać epidemię" to klasyczny dokument, który znamy nawet z telewizji. Zlepiony jest z materiałów archiwalnych oraz wywiadów z uczestnikami ruchu LGBTIQ. Jak bywa w przypadku tego typu filmów trudno tu mówić o wzruszeniu oraz innych emocjach, tak charakterystycznych dla kina fabularnego (oczywiście pomijam tu odmianę bardziej osobistego dokumentu autobiograficznego).  
 
Mamy tu zaprezentowaną (a nieopowiedzianą) historię grupy ludzi, którzy postanowili przeciwstawić się władzy polityków oraz środowiska medycznego, farmaceutycznego. Oni sami, ich przyjaciele, członkowie rodziny zostali skazani na śmierć przez rząd, gdyż wykryto u nich AIDS lub HIV. W latach 80-tych zakładano, że jest to choroba związana jedynie z środowiskiem homoseksualistów, gdyż w tej grupie społecznej było najwięcej zachorowań. Jak to dziś się pięknie nazywa tzn. "grupa podwyższonego ryzyka". Koncerny farmaceutyczne, jak się okazało z premedytacją, opóźniały testowanie i zatwierdzanie najnowszych leków. W tym czasie tysiące osób umierało w cierpieniach, większość we własnych łóżkach, bo w szpitalach nikt nie był wstanie im pomóc. Dlatego znalazło się kilka osób, które powiedziały NIE. Rozpoczęły walkę o życie i odpowiednie, godne leczenie dla zarażonych.
 
Oglądamy rekonstrukcje spotkań, kłótni, manifestacji, akcji w fabrykach farmaceutycznych, dyskusji z przedstawicielami rządu i departamentu zdrowia. Słuchamy licznych wywiadów z twórcami, legendami ruchu LGBTIQ, czasem są to wypowiedzi bardzo osobiste. Jednak dokument pozostaje dokumentem. Nadal istnieje dystans, tak jak przy nawet najbardziej wzruszających programach historycznych, a także przyrodniczych (które ciągle towarzyszą obiadom rodzinnym na Gęsiej). Wszystko co widzimy nie dotyczy nas osobiście. Gdy nie ma odpowiedniej, aktorskiej oraz charakteryzatorskiej otoczki, to nie potrafię złapać więzi, przeżywać. Oczywiście całość daje do myślenia i uświadamia jakie mam szczęście żyjąc tu i teraz. Podobnie jest z oglądaniem i czytaniem wiadomości, może dlatego tak rzadko jestem na bieżąco z aktualnymi światowymi wydarzeniami. Wolę ukrywać się we własnym mini świecie i tylko czasem wystawić nos na zewnątrz.
 


niedziela, stycznia 19, 2014

Love & Queer

W kinie polskim coraz częściej mamy okazję oglądać tzn. filmy queerowe lub z pogranicza. Nawet w 2013 zostały zaprezentowane dwa tytuły produkcji polskiej. Jednak odbiegają one nadal od standardów światowych. Z jednej strony pokazują przerysowaną rzeczywistość, a z drugiej próbują trochę ją zamglić. W ramach tournee NH można zobaczyć francuski film "Nieznajomy nad jeziorem", to przykład prawdziwego kina queer. Dzięki swojej bezpośredniość kojarzącego się mi z serialem Showtime "Queer as Folk". Ale inne tytuły też mają do pokazania coś ciekawego.



"Nieznajomy nad jeziorem" określany jest jako thriller erotyczny. Jednak jest to komedia romantyczna połączona z historią kryminalną i dramatem psychologicznym, a wszystko podszyte ironią i sarkazmem. Mnóstwo tu przerysowanych postaci, choć najbardziej groteskową jest inspektor policji. Wiecznie zgarbiony wpół, drapiący się po twarzy, pojawiający się znikąd, głos rozsądku, którego nikt nie chce słuchać. Prezentowane środowisko nudystów, to obraz współczesnego społeczeństwa, nie tylko jej homoseksualnej części. Poznając ludzi na imprezach, wakacjach coraz rzadziej interesuje nas ich nazwisko, miejsce zamieszkania. Wszystkim nadaje się charakterystyczne ksywki w celach rozróżnienia, a tylko niekiedy identyfikacji. Jakoś szczególnie nie dziwi zachowanie tej luźno powiązanej grupy, gdy jeden z nich znika. Samochód przez 3 dni stoi w tym samym miejscu, a ręcznik i ubrania leżą porzucone na plaży. Nikt formalnie tego nie zauważa, rzeczy oraz sam nieobecny stają się niewidzialne. Gdy dzieje się coś niecodziennego, wszyscy szybko starają się o tym zapomnieć i wrócić do normalności. Główny bohater także, pomimo posiadanej wiedzy, nie reaguje. A w imię tzn. "miłości" angażuje się w niebezpieczny, pasjonujący związek. Reżyser nie boi się szczegółowo pokazywać scen seksu, dlatego widz ma okazję podziwiać każdą kolejną odsłonę "miłości" romantycznego Francka i aroganckiego Michela. 

Akcja rozwija się w sielankowej scenerii, kamienista plaża nad jeziorem i okoliczny las z licznymi, dyskretnymi polanami. Pomimo wszechobecnej przyrody jest to przestrzeń zamknięta, ograniczona. Oglądamy tylko jedną z wielu plaż, kawałek lasu z częścią zaadoptowaną na tzn. parking. Mężczyźni snują się po okolicy, oceniając siebie nawzajem. A zdecydowanie jest co oglądać, bo większość paraduje zupełnie nago, prezentując swoje genitalia z dumą i próżnością. Znamy imiona jedynie kilku bohaterów. Pozostałe postacie pozostają anonimowe dla widza i dla siebie nawzajem. Nie wiadomo co robią poszczególne osoby przed i po pobycie na plaży. Liczy się tylko czas spędzony tu i teraz.

Możliwe, że wiele osób skupi się jedynie na nagości prezentowanej w filmie, choć jest ona przedstawiona w bardzo naturalny i niewymuszony sposób. Penisy oraz sama intryga nie są najważniejsze. Relacje międzyludzkie, a tak na serio ich brak lub wypaczenie, to klucz fabuły. Mylenie seksu i flirtu z miłością i związkiem. Żaden z bohaterów nie jest szczęśliwy w swoim świecie. Większość nie uważa się za homoseksualistów, Henri nawet stwierdza (siedząc na tytułowej plaży), że ktoś taki jak gej właściwie nie istnieje - "każdy przecież z nas ma lub miał dziewczynę". Tylko na plaży, czy polanie wszyscy są sobie równi i szukają tego samego. Bliskości, miłości, spełnienia... a potem odjeżdżają, każdy własnym autem, do swoich żyć, światów, dziewczyn.



Wyprodukowane przez amerykańskie HBO "Behind the Candelabra" (polski tytuł "Wielki Liberace") ma zupełnie inny klimat. Pruderyjna Ameryka lat 70-tych, a w niej królujący brokatowy, queerowy do szpiku kości Valentino Liberace. Autentyczna postać. Człowiek, który umierając na AIDS nadal wypierał się oficjalnie swego homoseksualizmu. A jednocześnie żył przez kilkanaście lat w stałym związku ze Scottem Thorsonem. To właśnie historię tej miłości opowiada w swoim, podobno ostatnim, filmie Soderbergh. Jest to klasyczna opowieść o kopciuszku i księciu w świecie wielkich pieniędzy, sławy, operacji plastycznych, narkotyków oraz muzyki disco. Nie do końca z happy endem, bo Hollywood to nie Disney Land. 

Jak przystało na amerykański film telewizyjny, komercyjnej stacji, nagości tu brak. Seks owszem jest, ale pod jedwabną, koronkową kołderką. Czyli znów mamy do czynienia z zachowawczym, konserwatywnym kinem. Na szczęście ten powiedzmy dramat biograficzny jest miejscami mega śmieszny (Rob Lowe jako chirurg plastyczny i terapeuta w jednym jest genialny!). Warto obejrzeć również ze względu na kreacje aktorskie - dwóch hollywoodzkich macho jako para pedałów w tiulach i brokacie. Wszyscy zachwycają się grą Michaela Douglasa, choć dla mnie osobiście Matt Damon zasługuje na oklaski. Scott jest tym, który zmienia się najbardziej, nie tylko fizycznie. Z chłopca z farmy przemienia się pewną siebie gwiazdę. Mimo licznych wzlotów i upadków to miłość jest dla niego najważniejsza. Liberace niestety nie potrafi istnieć poza sceną, swoją kreacją i chyba nie rozróżnia uczucia do człowieka od uczucia do posiadanych przedmiotów. Poza tym kompletnie nie umie sobie radzić z upływającym czasem. Zamiast cieszyć się tym co ma, ciągle szuka sposobu by zachować młodość i wigor. I przez to ostatecznie zostaje sam.


"Płynące wieżowce" ogląda się dobrze, mniej więcej do połowy. Potem niestety poziom absurdu osiąga taki level, że trudno powstrzymać się od krzyku: "Fuck, czy oni wszyscy na serio są tacy durni???". Gdyby nie ta końcówka, to film byłby bardzo ok. Sceny między zakochanymi są pełne elektryczności i widać, że coś się tutaj dzieje. Uroczo wyglądają śpiąc razem w aucie na parkingu, a akcja przy płocie oddaje brutalną rzeczywistość. Przecież nie mają gdzie iść, skoro jeden mieszka z mamą i dziewczyną, a drugi z rodzicami. Jednak całość jest jakaś taka przerysowana i na siłę. Decyzje, które podejmują poszczególne osoby nie trzymają się kupy, nie mają zupełnie sensu. Tacy "biedni", nieco rozpuszczeni dwudziestoparolatkowie, którzy sami nie wiedzą czego chcą. 

Oczywiście nadal należą się brawa za pokazanie uczucia między parą chłopaków. Jednak osobiście bardziej podobał mi się pierwszy film Wasilewskiego "W sypialni". Wszystko tam było dopracowane. Historia, gdzie nic nie wiemy i wielu rzeczy jedynie się domyślamy. Gra aktorska - Katarzyna Herman wspaniała (w odwrocie do roli w "Płynących"), Tomasz Tyndyk też. I ta Warszawa - taka prawdziwa, piękna w swej brzydocie. 


To miał być najbardziej bulwersujący polski film roku. Może dla niektórych nawet był, szczególnie dla fanów kościoła katolickiego i polskich księży. Jednak siedząc w kinie obok dwóch starszych pań nie zauważyłam, żeby były oburzone. Raczej oglądały z przyjemnością mazurskie, wakacyjne krajobrazy. "W imię..." opowiada o uczuciu do Boga, a również do drugiego człowieka. Niezależnie od tego co wyprawia ks. Adam, jest on osobą głęboko wierzącą a jednocześnie bardzo zagubioną. Wiara zdecydowanie nie pomaga mu, właściwie raczej przeszkadza w radzeniu sobie z wewnętrznymi demonami. Rodzina i zwierzchnicy też nie są zbytnio pomocni. Bagatelizują sprawę, a następnie starają się ją zataić. Łatwiej jest udawać, że wszystko jest ok, niż stawić czoło problemowi. 

Bycie duszpasterzem, będąc homoseksualistą, szczególnie na polskiej wsi nie należy do prostych zadań. A jak jeszcze lubi się pracować z młodzieżą płci męskiej i czasem coś wypić, to niebezpieczeństwo ujawnienia tajemnic wzrasta maksymalnie. Niestety, jak widać na postawie tej historii, rzadko uczymy się na błędach. Lubimy je powtarzać, choć prawie zawsze takie sytuacje kończą się podobnie. Chociaż prowadzą do happy endu.

"W imię..." tak naprawdę w małym stopniu film gejowski. Raczej opowieść o słabościach i szukaniu siebie. Wątek romantyczny jest tu prowadzony bardzo delikatnie i subtelnie. A scena seksu nie powinna zbulwersować i zaskoczyć nikogo. Może jedynie na koniec, gdy "Dynia" prawie puszcza oko do widza, jest sugestia: "Ej, jesteśmy wszędzie, nawet w takim kościele, który uznaje nas za ludzi chorych". 

piątek, grudnia 27, 2013

Bastillove


O ile po Florence miałam przesyt muzyki w jej wykonaniu, o tyle w przypadku Bastille mam kompletnie odwrotnie. Popadłam w maksymalne uzależnienie, wszystkie inne zespoły poszły w odstawkę. W tele i kompie królują niepodzielnie Dan, Kyle, Woody i Will. Boskość, wspaniałość, idealność, czyli mała niekontrolowana paranoja. 


Dostałam mnóstwo doskonałych, trafionych prezentów urodzinowych, ale wyjazd do Wawy i koncert w Stodole rozwalił konkurencję. Na barze ulubiona palona, na scenie Kyle w najlepszej koszulce z kotami jaka kiedykolwiek powstała. Oczywiście jakby wystąpili w strojach drużyny kapitana Zissou, to mogłabym paść ze szczęścia. Jednak listopadowy, polski klimat średnio pasował do takiego outfitu, więc zrozumiałe, że postawili na t-shirtową klasykę. 


Wszystkie piosenki zostały zagrane w odpowiedniej kolejności. Aaaaa i skakanie obok Dana przy Flaws!!! Jeden z najlepszych, a może nawet najlepszy wieczór. Teraz pozostaje tylko czekanie na kolejny koncert, czyli maybe Berlin w marcu i katowanie płyty.

piątek, listopada 29, 2013

Zakochane Dzieci Nocy


Jaki film może być lepszym otwarciem AFF, jak nie najnowszy Jarmusch z niesamowitą Tildą i cudownym Tomem aka Lokim? Hmm, po dłuższym zastanowieniu mogłabym coś wymyślić, ale nadal jest to jeden z moich zdecydowanych faworytów. Czemu?

Po pierwsze muzyka... Gdy tylko zasiądzie się w fotelu kinowym porywa Cię Wanda Jackson z "Funnel of Love". Ten chropowaty głos, dziwny męski chórek tle oraz gitara i już odpływasz z Adamem z Detroit do dalekiego, egzotycznego Maroka, gdzie mieszka jego wieczna ukochana, Eva. Platynowa, rozczochrana wędruje wąskimi uliczkami w rytm tradycyjnej muzyki marokańskiej, by odwiedzić dziwacznego przyjaciela Marlowa (czyżby Żyda-Tułacza, a może Szekspira?) i zdobyć pożywienie. O ile przy Evie bujasz się w takt arabski, to przy Adamie zapadasz się w europejską XIX-wieczną muzykę smyczkową lub gitarowe, rockowe brzmienie. Cała ścieżka dźwiękowa jest bardzo zróżnicowana, jednak tworzy jedność, wspaniałą całość. Szczególnie urzekający jest ostatni utwór w wykonaniu Yasmine Hamdan. A nawet ulubiony utwór Avy, Soul Dracula (1977 rok), pasuje jak ulał do jej cukierkowo-futerkowej, niezrównoważonej osobowości.  

Muzyka urzeka, za to obraz jest lekko przytłumiony, można powiedzieć oficjalnie -wchodzimy w tryb nocny. Jednak nie ma co się tu dziwić, w końcu oglądamy historię Dzieci Nocy. Jak przystało na prawdziwe, klasyczne wampiry, głównych bohaterów zabija światło dzienne. Na szczęście nie ma tu "dziennych pierścieni", "True Blood", rodziny Cullenów żywiącej się tylko zwierzęcą krwią, ani wielu innych nowości popkultury, które sugerują że wampiry to trochę "inni" ludzie. Jarmusch funduje nam prawdziwych krwiopijców, którzy co trzeba przyznać nie do końca odnajdują się w nowoczesnym świecie. Szczególnie Adam, który tkwi w swoim mieszkaniu wypełnionym przeszłością (kolekcja gitar i płyt, niedziałająca WC), nie może pogodzić się z tym, że sentymentalizm odszedł. Pewnie dlatego na swoje miasto wybrał Detroit. Miasto widmo, niegdyś centrum przemysłowe/motoryzacyjne Stanów, obecnie ruina (w 2013 ogłosiło upadłość), gdzie wrzucenie trupa do ścieku powoduje jego natychmiastowe rozpuszczenie. Nie bez przyczyny Marlow oznajmia Evie "wybrałaś sobie na ukochanego melancholika". 

Oczywiście największym plusem "Only Lovers Left Alive" jest obsada. Sama historia, muzyka, zdjęcia są cudowne, ale to byłoby za mało. Głównych bohaterów można policzyć na palcach jednej ręki, a tych pozostałych też jest niewielu, choć zapadają w pamięć - szczególnie Dr Watson. 
Można powiedzieć, że Tilda wreszcie odnalazła swojego męskiego odpowiednika. Razem z Tomem Hiddlestonem tworzą idealny duet - jin i jang, bratnie dusze czy dwie połówki jabłka... Jakkolwiek to nazywać są razem doskonali. Ona - biała królowa, opanowana, dostojna, pociągająca, ekspresyjna, pełna optymizmu. Nawet jej bujający, powłóczysty sposób chodzenia ukazuje absolutną pewność siebie istoty doskonałej. Za to on - jej alter-ego, mroczny pan (jednoznacznie kojarzący mi się z Sandmanem Gaimana), zagubiony, pełen refleksji introwertyk. Z wiecznie potarganymi włosami, wymiętych ciemnych ubraniach, tulący się do niej, jak dziecko. W głowie pojawia się pytanie jak zdobył takie cudo, jak Eva? Właśnie na zasadzie równowagi i wspólnego uwielbienia przeszłości. On nie potrafi żyć bez swojej muzyki, instrumentów - ona podróżuje z walizką wypełnioną ukochanymi książkami, które czyta z prędkością światła. 
Ich kompletnym przeciwieństwem jest młodsza siostra Evy, Ava. Zachowująca się jak krnąbrne, rozpuszczone dziecko. Kojarzy się z małym, kolorowym pisklakiem, który cały czas drze się o pożywienie oraz uwagę. Ava, to osobista puszka Pandory głównych bohaterów, aktywująca i wywołująca kłopoty. Mia Wasikowska, po raz kolejny pokazała, że potrafi świetnie grać. A przy jej urodzie, aż się prosi by ją ubrać w landrynkowe ciuszki, zamiast pensjonarkowych sukienek, których zazwyczaj występuje. 
Ostatnią ważną postacią opowieści i za razem ostatnim wampirem, jest Marlow. Najstarszym, najbardziej tajemniczy, wielka zagadka. Jednocześnie guru, nauczyciel i powiernik Evy, a prawdopodobnie też Adama. Pogodzony ze światem zewnętrznym, kochający życie. John Hurt, jako starszy pan, z szpakowatymi włosami w wiecznym nieładzie. 


Najnowsze dzieło Jarmuscha wchodzi do polskich kin 14 lutego. Nie wiem, czy to zawierzona przez dystrybutorów data, by skusić nieświadomych na dobry film. Jednak osobiście nie uważam tego za najlepszy pomysł. Już raz miałam średniej kasy przyjemność oglądania "Antychrysta" von Triera z bandą ludzi święcie przekonanych, że wybrali się na komercyjny horror. Jak można się domyślać nie wspominam tego najlepiej, oni pewnie również. A tutaj czekają nas Walentynki oraz trailer w stylu: wampiry, miłość, Loki z Thora itp. I wiadomo, jaką grupę ludzi to przyciągnie. Mam nadzieję, że choć połowie się spodoba, bo to centralnie jeden z najlepszych obrazów (a może nawet najlepszy), jakie w tym roku widziałam. A także Jarmusch najwyższych lotów, w stylu "Noc na Ziemi".

poniedziałek, listopada 25, 2013

Meet Fashion

Fuksjowy stadion stał się weekendowym stoiskiem mody
Po raz pierwszy i mam nadzieję nie ostatni, mogłam uczestniczyć w mini święcie mody zorganizowanym we Wrocławiu. Fashion Meeting odbył się po raz trzeci, czyli przez ostatnie 2 lata byłam kompletnie niedoinformowana w kwestii okolicznych imprez modowych. Ale to na szczęście uległo zmianie, więc w przyszłości będę przygotowana, szczególnie finansowo. Pora przygotować skarbonkę z napisem FM.
  
Moda, moda, moda
Ciuchy, ciuchy, ciuchy, a właściwie to odzież. Czasami mega dizajnerska, niekiedy dziwna, ale w większości przypadków nadająca się po prostu do noszenia. W końcu Wrocław to nie Paryż podczas pokazów Haute Couture. Właściwie każdy znalazłby tu coś dla siebie, nawet w okazyjnych cenach. A wszystko wykonane z porządnych, oryginalnych materiałów - nie zawsze do końca dobrze skrojonych, ale obowiązkowo unikatowych. Królowała eko-skóra (pora coś zdobyć z tego tworzywa, może spódniczkę), różnorodne bluzy z nadrukami, kapturami, asymetrią. Spódnice - rozkloszowane mini i midi oraz ogólnie styl vintage.
 
Przyznam, że przy kolejnych edycjach organizatorzy powinni zadbać o stworzenia sektora z przymierzalniami. O ile mierzenie bluzy wśród tłumu ludzi nie stanowi problemu, to jednak nie podjęłam wyzwania nakładania skórzanych spodenek, a tym bardziej wieczorowej sukienki.
 
Moja (pensjonarkowa) oraz K. (rockowa) stylizacja na niedzielę
Oprócz stylowej odzieży, było mnóstwo stoisk z przeróżną, zawsze ręcznie wykonaną biżuterią. Aż można było dostać oczopląsu. Oczywiście pojawiły się dzieła z drukarki 3D, przeważnie ażurkowe, super lekkie. Podobnej wagi (a może raczej jej braku), ale bardziej subtelna była biżuteria wykonana z barwionej żywicy. Mistrzowskie pierścionki z odkręcanym oczkiem, czyli codziennie można nosić inny kolor. Moim faworytem zostały bransolety/naszyjniki zrobione z kolorowych sznurów połączonych elementami hydraulicznymi (rurkami, śrubkami, gwintami). Dla tradycjonalistek (niezafascynowanych nowinkami technicznymi, ani recyklingiem) istniał spory wybór kamieni półszlachetnych, bursztynów oraz klasycznego srebrna i złota.
 
Jednorożcowy portfel
Jeśli chodzi o kwestię oszczędzania, byłam bardzo bliska wygranej. Całą swoją osobą broniłam się przed wydawaniem pieniędzy na wszystkie wspaniałe bajery, gadżety i ciuchy. Co prawda bluzy od Mr. GUGU & Miss GO odwiedzałam kilkanaście razy. Jednak cena oraz niezdecydowanie w kwestii wzoru uratowały mój portfel. Dzielnie miałam zamiar opuścić stadion, gdy tuż przy schodach natknęłyśmy się na stoisko Dynomighty z eko-portfelami. Jak wiadomo, mam kompletnego świra na punkcie jednorożców. Dlatego zupełnie nie powinno dziwić, że musiałam mieć to cudo widoczne na zdjęciu. Teraz moja mamona jest bezpiecznie ukryta w bajkowym origami. Raczej żaden złodziej nie powinien wpaść na to, że w kawałku papieru trzymam kartę dostępu do konta.
 
Oczywiście odwiedziłam już stronę Mr. GUGU & Miss GO i tu też jest magiczny jednorożec, o którym będę marzyć, a także kostium kąpielowy z chmurkami lub pandą. Chyba jakaś siła wyższa postanowiła mnie chronić, skoro twórcy marki nie przyjechali z tymi konkretnymi ślicznościami. 

poniedziałek, listopada 18, 2013

Piłka jest okrągła, ale polska reprezentacja o tym nie wie


W piątek 15-tego (a przecież nie był to piątek 13-tego!) we Wrocławiu odbył się po raz trzeci mecz polskiej reprezentacji. Oczywiście w piłce nożnej. Nie oszukujmy się, tylko ta tak na serio się liczy. Mecz towarzyski, z sąsiadami Słowakami. Czyli zero stresu, parcia na awans. Po prostu sympatyczne kopanie piłki, żeby nie wyjść z wprawy.


Bardzo cieszyłam się, że idę na mecz, na "ten mecz". Jak widać po zdjęciach miejsca miałyśmy rewelacyjne. Pierwszy rząd, środkowy sektor, dokładnie na przeciwko ławka rezerwowych Polaków. To oczywiście zasługa ponad 300-tu osób głosujących na pewne zdjęcie na FB, a przede wszystkim Kamy, która postanowiła zrobić mi taki prezent. Co z tego, że jest zimno. Dla takiej miejscówki warto się poświęcić. Nałożyć kilka warstw ciuchów (w tym najgrubszy posiadany sweter), polarowe skarpetki, a nawet wygrzebać z szafy szalik biało-czerwony z orzełkiem (zakupiony na potrzeby meczu Polska-Włochy).  


Taka byłam szczęśliwa i kompletnie zapomniałam, że idę dopingować "naszą reprezentację". Jak dobrze wiadomo, zostało mi to szybko przypomniane. Wszystko potoczyło się według dobrze znanego schematu, który moim zdaniem zupełnie nie zależy od tego, jakiego mamy przeciwnika. 
Na początek atakujemy: Błaszczykowski zdobywa piłkę, biegnie, podaje do Lewandowskiego, ten w okolicach bramki wywraca się sam lub z czyjąś pomocą (niekiedy te wywrotki wyglądają całkiem spektakularnie). Model B-L powtarza się kilkakrotnie, przy niewielkim udziale pozostałych członków drużyny. Przy okazji udaje się wywalczyć kilka rzutów rożnych, które nie są naszą specjalnością, więc oczywiście nie kończą się golem. Po dość krótkim czasie następuje kontra przeciwników, w tym wypadku Słowaków, i tu mamy już wynik 1:0. Obrona jak zwykle nie spodziewała się, że niektórzy potrafią szybko biegać. A sam bramkarz, nawet międzynarodowej klasy, jak Artur Boruc, nie zawsze może uratować zespół. Szczególnie, że tyle osób kotłuje się pod jego bramką. Chwilę później jest już 2:0 i przechodzimy na kolejny znany level: spadek motywacji, czyli "w sumie, to nie chce nam się już grać i moglibyśmy wracać do domu, ale mamy pecha, bo mecz musi trwać minimum 90 minut". Dlatego rozpoczyna się podawanie piłki do własnego bramkarza, a nie kolegów z przodu. Ataki na rywali stają się sporadyczne, właściwie tylko Błaszczykowski i Słowacy nadal biegają po boisku, cała reszta spaceruje. Co gorsza Słowacy mają ochotę na więcej goli, więc trzeba uważać, by utrzymać ten wynik. Przecież może być już tylko gorzej. Na szczęście 94 minuty mijają i "nasza drużyna" przy gwizdach schodzi z boiska. Niestety chłopaki nawet nie są dobrze wychowani, bo nie dziękują sąsiadom za mecz, o wymianie koszulek nie wspomnę.



Porównując oba zespoły na boisku nie dało się nie zauważyć pewnych cech charakterystycznych. Słowacy, to raczej raczej szczupli faceci, z umięśnionymi nogami - pewnie dlatego potrafią biegać. Na dodatek całkiem sprawnie. Za to Polacy mają chude nóżki i wielkie klaty. Co ewidentnie sugeruje, że więcej czasu spędzają na siłowni, a nie bieżni lub boisku. Tylko, że jak sama nazwa wskazuje "piłka nożna" opiera się na nogach, a nie bicepsach. Brak kondycji oraz nadmiar mięśni w górnych partiach ciała, nie daje nadziei na drużynę, która wytrzyma 90 minut ciężkiej pracy. Na dodatek patrząc na obie ławki rezerwowych, można dostać napadu śmiechu.  Słowacy - twarde chłopaki - ubrani w dresy czekają na swoją kolej. Polacy, jak kuracjusze w sanatorium, grzeją się wspólnie pod uroczymi kocykami w kratkę.

Można narzekać na pecha (Polacy jeszcze ani razu nie wygrali na nowym, wrocławskim stadionie), na pogodę, murawę, trenera, a nawet na kibiców. Jednak nie ma co się oszukiwać, polska reprezentacja jest beznadziejna. Mamy gwiazdy i to nawet jedne z lepszych, ale przy grze zespołowej 2-3 gwiazdy nie wystarczą (wie o tym np. Argentyna pokonana przez Urugwaj). Wystaczy unieruchomić najlepszych i wygrana jest w kieszeni, bo nie ma alternatywy. 



Jak widać było w drugiej połowie meczu, nawet najwierniejsi kibice mieli dość. W momencie, gdy praktycznie cały zespół szwenda się po boisku, to nie należą się mu brawa, a właśnie gwizdy. I na takie pożegnanie w pełni zasłużyli nasi zawodnicy. Oklaski dostali Słowacy, za klasę i chęć do gry przez cały mecz. Po nich było widać, że kochają swoją pracę. Bo przecież to jest ich praca, za którą dostają spore pieniądze. I my wszyscy zapewniamy im pensje, dzięki którym mogą kupić sobie kolejny sportowy samochód lub ekskluzywne wakacje.


sobota, listopada 02, 2013

Czytnikowość


Na ostatnie urodziny zażyczyłam sobie Kindla. Taki niby kaprys, ale nie do końca. Przecież jako przyszły edytor (maybe) powinnam być na bieżąco ze wszystkim nowinkami technicznymi rynku wydawniczego. Ebooki to podobno przyszłość! A jak donoszą słuchy z krakowskich targów książki, to właściwie pewna przyszłość. 

Muszę przyznać, że początkowo nie byłam do niego w pełni przekonana. Jednocześnie, mimo wszystko, trwałam w oficjalnym zachwycie nad lekkością oraz możliwościami, które posiada. Jednak nie korzystałam w pełni z jego możliwości. 

Nadal o wiele prościej jest dostać książkę w tradycyjnej wersji. Nawet jak wydaje się nieosiągalna, to gdzieś na świecie/w Polsce znajduje się egzemplarz, który można zeskanować lub wypożyczyć w opcji międzybibliotecznej. W ostatecznym wypadku zawsze pozostaje Biblioteka Narodowa, która formalnie posiada wszystko i jak się bardzo postarasz to udostępni jeden ze swoich skarbów. 

Z ebookami nie jest tak idealnie, jakby mogło się wydawać. Niby wszystko można znaleźć, ale to nie do końca prawda. Zresztą większość dostępnych książek elektronicznych to pdf. Co znaczy, że tych plików na pewno nie można nazywać e-książkami, a nawet czymś do nich zbliżonym. Po przerobieniu nadal dość mocno odbiegają od oficjalnych wersji. Jednak z racji stosunkowo małej dostępności prawdziwych mobi lub epub'ów, trzeba zadowolić się tym co jest. Skoro da się je czytać to nie należy za bardzo narzekać. 

Jeśli chodzi o mojego kochanego Kindla, to jego największą zaletą jest waga, a właściwie jej brak. Poza tym jakoś używanie go nie wywołuje mdłości w środkach transportu, co przy tradycyjnych książkach i gazetach było moją osobistą zmorą. Miło jest, gdy zamiast 5 tomów sagi oraz 2 podręczników na wyjazd zabieram takie maleństwo. A samo czytanie to też przyjemność. Nie trzeba zapamiętywać stron i używać zakładek. Procentowy licznik czytania precyzyjnie sugeruje, czy warto poświęcić kolejną godzinę, czy pora już na przerwę. I opcja czytania w wannie, bez ryzyka zamoczenia cennego woluminu - bezcenna!


poniedziałek, września 30, 2013

Kaliszfornia

Przyczyna całej wycieczki do Kalisza - premiera Zaleskiego "Błękitny ptak".
Przedstawienie formalnie dla dzieci i młodzieży, ale przecież w każdym z nas tkwi ukryte (mniej lub bardziej) dziecko. Mądrzejsi ode mnie stworzą zapewne recenzję sztuki. Dlatego osobiście chcę jedynie stwierdzić, że siedząc w te sobotnie popołudnie w teatrze, byłam: zachwycona (scenografią, kostiumami), zaciekawiona (historią, postaciami), wystraszona (las w nocy potrafi przerazić), rozbawiona (ach, ten Kot!!!), wzruszona (losem bohaterów). 


Jako fani i część grupy wsparcia udaliśmy się na wyprawę do Kaliszforni. Sama podróż okazała się bardzo sympatyczna. A to dzięki Pani X (coś nie możemy się dogadać jak się nazywała), która bardzo sprawnie zawiozła nas do celu. Jadąc przestronnym autem prowadziliśmy kulturalną rozmowę. Nawet nie wiem kiedy minęły dwie godziny podróży i znaleźliśmy się w najstarszej polskiej osadzie. 


Przyznam, że mój zachwyt blablacar.pl jest ogromny. To dzięki tej stronie udało się przejechać trasę Wro-Calisia w 2 godziny oraz za połowę ceny biletu PKS. Co prawda nasi towarzysze drogi powrotnej nie byli tak rozmowni, jak Pani X. Jednak byli punktualni i bez najmniejszego problemu odstawili nas w wybrane miejsce we Wrocławiu. Jak na razie nie znalazłam chętnych na podróż do Puszczy, choć przypuszczam że w momencie podzielenia podróży coś by się trafiło. Za to Pani X często kursuje na linii Wro-Toruń, więc Kasiek lepiej się szykuj na moje niespodziewane odwiedziny.


Starówka sugeruje, że Kalisz to malutkie, urocze miasteczko. W sobotę wszystkie sklepy są pozamykane, jedynie restauracje i kawiarnie pozostają czynne (+ oczywiście sklepy z alko, jak w całej Polsce). Nawet bankomaty mają wolne w weekend. Kamienice w większości są odnowione i nie ma pomiędzy nimi wciśniętych bloków, ani nowoczesnych budynków. Gutowski twierdzi, że Kalisz nie został zniszczony podczas wojny, dlatego może pochwalić się zabytkowym centrum. A on przecież na historii się zna. Dodatkowo ta masa zieleni i wody - pięknie!


Oczywiście, jak przystało na polskie miasto blokowiska istnieją. Jednak poza centrum. Tam też buduje się kolejna (już!!!) galeria handlowa. Mania spędzania czasu w klimatyzowanych, jarzeniowych i tłocznych budynkach jest przerażająca. Dobrze chociaż, że w Kaliszforni nie zniszczono starówki na rzecz mamony.


Pomysłowość Kaliszan jest niesamowita. Przykładem tego są te szyldy oraz witryna. Tuż przy klubie-dyskotece "Lanser" (to tu odbywają się wieczory panieńskie i kawalerskie, a przynajmniej tak głosi reklama) znajduje się sklep wędkarski "Zaczep". I w sumie nie wiadomo, czy chodzi tu o czasownik "zaczep" w znaczeniu "poderwij", czy raczej rzeczownik oznaczający "wystającą część jakiegoś przedmiotu umożliwiającą połączenie go z innym". 
 

wtorek, września 17, 2013

Problemy ze skupieniem


Trwają wakacje, oczywiście tylko od szkoły. Bo urlop był i pstryk! już uciekł w siną dal. Niby skończył się tydzień temu. Jakoś tak obyło się bez szału, więc jakby go wcale nie było. Nie będę tu po raz kolejny rozgryzać oraz wyliczać zalet i wad urlopowania w Puszczy. Podsumowując: było ok, przynajmniej wypoczęłam, dotleniłam, a włosy otrzymały regenerację (ach, ta uzdrawiająca, czysta, augustowska woda w kanalizacji).

Ale nie o tym, nie o tym ten post.

Skoro mam wakacje od szkoły, to znaczy, że mogę czytać co mi tylko wpadnie w ręce. A ostatnio wpadło całkiem sporo ciekawych, mniej lub bardziej rzeczy. I co z tego! Mój mózg dopadła jakaś czytelnicza blokada! Jak tylko chwytam książkę/kindla to mam jakąś niemoc. Spać się chce, oczy się zamykają, następuje atak ziewania i koniec, nie pozostaje nic innego jak zasnąć lub zrobić sobie drzemkę.  Innym razem nagle przypominam sobie, że tyle rzeczy mam pilniejszych do zrobienia. A tu trzeba zrobić porządek w kartonach z butami albo przejrzeć gazety z modą, by powoli szykować garderobę na jesień. Koty nakarmić i pomiziać, sprawdzić co słychać na świecie lub popatrzeć za okno. To chyba cofanie się w rozwoju! Zachowuję się, jakbym miała znów lat 12 i próbowała uczyć się dat panowania królów Polski. 

Co gorsza mam wrażenie, że problem dotyczy jedynie pisanej rozrywki. Jakoś mam pełno energii, by obejrzeć trzy filmy w ciągu jednego dnia lub 5 odcinków serialu. Co prawda obecnie, przed tym ostatnim staram się bronić rękami i nogami. Nawet wprowadziłam sobie zakaz seriali w domu i kinomaniaka odwiedzam tylko w pracy. Oczywiście niewiele to ostatecznie pomaga. Ciągle wydaje się mi, że mam ogromne opóźnienie filmowe i muszę nadrabiać zaległości.

Ogólnie chyba brakuje czasu, czyli tak naprawdę mam go za dużo. Gdy nie gonią terminy, to odzywa się leń. Przestawia coś w głowie i miesza.  Na szczęście już nie długo. Wkrótce pora wracać do nauki, AFF też zbliża się wielkimi krokami (karnet został dziś zamówiony). Czyli będę miała przesyt kina amerykańskiego i skończy się na trochę mania filmowa. Jak córa marnotrawna powinnam powrócić na łono literatury, a przynajmniej mam taką nadzieję.

środa, września 11, 2013

City Bus NY by M. Gondry


Po wyjątkowo ciężkiej "Dziewczynie z lilią" postanowiłam odpuścić oglądanie kolejnych filmów pana Gondrego. Jednak zupełnie przypadkiem wpadło mi w ręce, to co nakręcił w zeszłym roku. Planowałam zobaczyć "To my, a to ja" na poprzednim AFF, ale jakoś się nie udało. Trochę żałowałam, ale ostatnio kompletnie zapomniałam o tym tytule. Odpalając playera miałam nieco mieszane uczucia, do tego co może mnie czekać. I tu napotkałam całkiem miłą niespodziankę.

Ostatni dzień szkoły, miejski autobus odjeżdża, a my razem z nim i jego pasażerami. [Chciałam napisać "kolorowymi pasażerami" w znaczeniu "wielobarwnymi", "różnymi". Jednak z racji, że wszyscy bohaterowie są latynosami lub afroamerykanami wolałam uniknąć niezrozumienia.]
Znajomi, przyjaciele, wrogowie... wszyscy jedziemy tym samym środkiem transportu miejskiego. Z każdym przystankiem jest nas coraz mniej. Czy zobaczymy się kolejnego dnia, czy dopiero po wakacjach, pierwszego dnia szkoły? Nieważne, liczy się tylko obecna chwila. Kolejny dowcip, kolejne szykany, wyciąganie żenujących tajemnic. Jeden się obraził, drugi pokłócił, trzecia umówiła się na randkę (mimo, że jeszcze chwilę wcześniej udawała, że nie chce), inni zaplanowali imprezę. Znajomości się kończą, inne powstają, a nawet mamy reaktywację dawnej przyjaźni. Niby dzień jak co dzień, a jednak dla kogoś może okazać się ostatnim. 

Nabuzowani hormonami, a może nie tylko nimi, amerykańskie nastolatki. Mrok... nie ma chyba nic gorszego, niż podróż z takimi autobusem. I rzeczywiście, nieliczni są wstanie wytrzymać takie towarzystwo. Zero szacunku do kogokolwiek, czyli strzeżcie się kobiety z dziećmi, staruszki, a także przypadkowi pasażerowie. Każdy z was może zostać opluty, wyśmiany, a o ustąpieniu miejsca starszym możecie kategorycznie zapomnieć. Jedynie respekt budzi pani kierowca, która jest bogiem tego mobilnego miejsca. Spokojnie obserwującym, w wyjątkowych okolicznościach reagującym, a nawet niekiedy dającym się przekupić.    

O dziwo Gondry pokazuje w pełni realny świat, z całym jego brudem i pięknem. Nie podziwiamy fantastycznych miejsc oraz stworów, tylko szarą rzeczywistość, która ma tyle odcieni! Właściwie oglądamy porządnie zrobiony pseudo-dokument, co szczególnie po ostatnich doświadczeniach z filmami M.G. jest cudownym wytchnieniem.  I jest to materiał całkowicie poświęcony młodym ludziom. Jedziemy przez Nowy York, ale rzadko wyglądamy przez szybę (chyba, że mijamy rowerzystkę w zwiewnej sukience). Ważniejsze są emocje, rozmowy, nastoje, a nie tło i widoki. Dodatkowym atutem są postacie-aktorzy. W napisach końcowych nie królują dobrze znane nazwiska. Wszystkie osoby są naturszczykami, trudno powiedzieć czy grającymi siebie, choć jest to bardzo prawdopodobne, gdyż są niezwykle naturalni i prawdziwi.

"To my, a to ja" nie jest filmem wygrywającym festiwale. Nie jest to spowodowane tym, że jest słaby lub kiepsko zrobiony. Po prostu jego tematyka nie ma wiele wspólnego z obecnymi, popularnymi trendami - za mało w nim dramatu. Może właśnie dlatego warto go zobaczyć. Ile można oglądać fabuł o trudnej młodzieży lub dokumentów o ciężkich losach mniejszości w ubiegłym stuleciu w Stanach? Od czasu do czasu miło poczuć powiew świeżości.

poniedziałek, września 09, 2013

Polsko podróżnicze: Puszcza-Breslau

Tuż za Augu

To jeszcze podlaska krowa - okolice Żarnowa

Gdzieś w polu za Łomżą

W kierunku lewej strony Wisły

Wisła

Gdzieś w drodze na autostradę Wawa-Uć

Gdzieś na autostradzie Wawa-Uć (pola po wykopkach - chyba)

Gdzieś na autostradzie Wawa-Uć (pola kukurydzy)

Uć w wersji roślino-zielonej 

Uć w wersji nowoczesnej