niedziela, czerwca 08, 2014

Party selfeet


Szajba.
Smok wypełznął w piątkową noc w pistacjowych baletkach. Trochę złapał go deszcz, ale przecież nie jest z cukru więc się nie roztopił. 


Przekręt.
Światłość białych trampek podczas finału LM - och dlaczego ten Real wygrał?


W drodze do... Najlepiej w obcasach lub koturnach. 
Moja nowa miłość: zeberkowe buciki made by G.


Stadion Miejski - czekając na Linkin Park
Na koncert najlepiej w szortach i conversach lub mokasynach.


Szajba. Otwarcie letniego sezonu z Jimmy Choo.


Następnego, kolejnego dnia rano.
Jak nie masz bucików to przynajmniej masz Szelkę. Udaje, że śpi ale smoczyca zawsze czuwa.

piątek, czerwca 06, 2014

Koncertowo na Stadionie Miejskim

Tym razem w ramach urozmaicenia zamieszczam filmiki z koncertu LP i FOB. Zdjęcia selfeet znajdą się w późniejszym terminie w ramach osobnego projektu. Jakość obrazu jest średnia, ale nie najgorsza. Za to dźwięk wypadł całkiem, całkiem. Generalnie nasz stadion miejski sprawdza się na koncertach, aż się chce wybrać na kolejny. Cudownie było wygrać bilety, zachęcam do polubienia #StadionWroclaw na FB, może Wam też się kiedyś uda. 


Linkin Park, jakoś przed 22. Publika w komplecie.


Fall Out Boy, jakoś po 20. Dopiero zaczyna się zbierać 30. tysięczny tłum.

wtorek, maja 27, 2014

Kulturalne miksowanie

Airnadette "We Will Dub You"

W obecnych czasach artysta (autor, reżyser, malarz, performer...) by stworzyć coś unikatowego, niespotykanego musi się mocno napracować. Nie chodzi mi tu o sam akt tworzenia, ani pomysł. Za nim zaprezentuje swoje dzieło publicznie powinien przeprowadzić dokładny research. Osobiście lub z pomocą osób trzecich musi upewnić się czy nawet nieświadomie kogoś nie skopiował. Istnieje bardzo duże ryzyko, że coś co uważa za wytwór własnej wyobraźni funkcjonuje gdzieś na świecie. Dlatego coraz częściej artyści przyznają się do bezpośredniego korzystania z twórczości innych. Zapanowała swego rodzaju moda na miksowanie kultury.

Nadeszła epoka dubbingu, playbacku. Kiedyś gwiazdy muzyki były szykanowane za korzystanie na koncertach z własnego podkładu, obecnie nie jest to nic nietypowego. Pojawili się nawet twórcy, którzy bazują na nagraniach z offu. Takim przykładem jest zespół Airnadette, który swoje przedstawienia całkowicie buduje na fragmentach cudzej twórczości. Ani jedno słowo nie jest ich autorstwa, wszystkie pochodzą z  mniejszych lub większych hitów dawnej MTV (tak wiem, że w tej stacji muzycznej obecnie nie puszcza się obecnie innych dźwięków niż reality show). Natomiast dialogi zbudowane są z wspaniale wymiksowanych fragmentów filmów, niekiedy łatwo rozpoznawalnych, czasem kompletnie nieznanych. Prawdziwe głosy bohaterów show nie istnieją. Twórca przedstawienia w ramach chwili wytchnienia zaczyna bawić się z publiką rozmową, która jak się okazuje także jest nagraniem. Pada pytanie, jak rozpoznać co jest fałszem a co prawdą. W świecie perfekcyjnego dubbingu jest to praktycznie niemożliwe. Nie mniej zabawa jest genialna, widownia podśpiewuje ulubione utwory, a niektórzy nawet tańczą. 
 
Panie i panowie: ostatnie cięcie. György Pálfi, 2012.
Film "Ostatnie cięcie" to love story ułożone z puzzli i to nie tyle jakich. Klasyka światowego kina (amerykańskiego, europejskiego, azjatyckiego) została wymieszana z najnowszymi obrazami filmowymi. Reżyser nie ograniczył się tylko do dzieł fabularnych, ale wkleił także fragmenty animowane. Ogląda się banalną historię a jednocześnie przypomina się największe kinowe przeboje. Niby takie proste, ale wymagające wielkiego wyczucia, a przede wszystkim niesamowitej wiedzy filmowej. 


Selfeet cd.


Pracowe meliski z pomponikami. I oczywiście do kompletu Czarnej Wrony matowe rajstopy, by przypadkiem smok ze stopy nie odleciał.


Mało perfekcyjna pani domu, czyli domowe trampki z pająkami (nieśmiertelne). Dodatkowo tęczowy, za duży fartuch. W takim autficie szatkuję marchewki, buraczki, cukinie i inne warzywne pyszności.


Żeby nie było, to miałam na sobie spodenki, tylko się w kadrze nie zmieściły. Na plotkach z E. w Bema Cafe. Skoro było przez chwilę słońce to oczywiście w ich tzn. ogródku. Bez parasola, bo wiatr chciał go koniecznie porwać.


Na parapecie. W spodniach (!) które czasem zdarza mi się ubrać. Jakoś rano, bo jeszcze nie było patelni w mym oknie od południa.


Parkowy piknik z M. Plotki i ploteczki zamiast tradycyjnego wieczoru filmowego. Nie ma jak kozi ser, pomidorki, bułeczki z ziarnami i takie niby piwo. I do tego całkiem niezły widok.

wtorek, maja 06, 2014

Majówka w wersji selfeet, czyli w grupie raźniej


Wśród stokrotek. Nie ma jak maj, ławka w parku, dobre towarzystwo i piwo. I kula w ramach wsparcia i asekuracji.


"Nie deptać trawy!"  Dmuchawców, koniczyny, stokrotek i innych tzw. chwastów. 


Pada deszcz, deszcz pada, buciki się nie cieszą. Na głowie kaptur, ale buty mokną i spódnica maxi też. Dobrze, że gumowa podeszwa chroni stópki i stopy.


Stopy do budki (lodówki) po piwo.

środa, kwietnia 30, 2014

Fotodokument "Buciki D."

Pod wpływem sugestii M., sprawdziłam ile posiadam zdjęć własnych bucików. Jak się okazało, faktycznie lubię robić selfie nóg na przeróżnym podłożu. Co prawda w odwrocie do Dorotki z Kansas nie posiadam czerwonych trzewiczków, ale za to mam całą ścianę pod schodami obstawioną kartonami z butami. Dlatego nadeszła pora by niektóre z nich zostały przedstawione szerszej publiczności.
A wszystko również z powodu szkoły. Mam do napisania pracę semestralną na temat Wilna w XIX wieku i jakoś nie tylko nie mam mocy na tworzenie tego dzieła, ale ogólnie na dłuższe pisanie o czymkolwiek. A przecież podpisy pod zdjęciem mają maksymalnie dwa zdania.


Zimowe traperki, które poczuły minimalną ilość śniegu podczas wrocławskiej zimy.


Bamboszki zimowe od Babci, z Szelunią nie komponują się tak idealnie jak z futerkiem Larsa.


Wreszcie wiosna, powrót do domu. Nadeszła pora nieśmiertelnych conversów. 


Tuż przed wyjazdem do Puszczy na święta. Ukochane botki, których czas spoczynku nadchodzi wielkimi krokami.


Nad Sajnem, na rodzinnym spacerze. Botki wśród piasku i trzciny.



Nad Neckiem, na ostatnim spacerze przed wyjazdem do Wro, na mini plaży (skoro jest piasek to znaczy, że to plaża). Nieco brudne, najwygodniejsze na świecie i pasujące do wszystkiego trampki.



Złote jezioro. Moje i M.. nogi na tle fal, w promieniach słońca.



PolskiBus, miejsca w I rzędzie, widoczność idealna. Łódź w piątkowy wieczór.



Mlecze, dmuchawce i pasiakowe mokasyny, czyli droga do pracy.


środa, marca 26, 2014

Periodyki i inne kulturalne przyjemności


Człowiek (a na pewno ja) chce być na bieżąco z kulturą. Czytać książki oraz czasopisma, chodzić do kina, teatru, na wystawy, wyskoczyć do nowej knajpy na latte z sojowym lub burgery z pleśniakiem i ananasem. Może nie codziennie, ale przynajmniej przez kilka godzin w tygodniu warto oderwać się od zwyczajności. Wyrwać się z ciągłego schematu: dom-praca-dom. Opcji jest tyle, że aż trudno wybrać na co się ma w danej chwili najbardziej ochotę. 

Jednak na decyzję największy wpływ mają względy finansowe. Gdy dochodzi do dokonania wyboru między kinem a teatrem zazwyczaj zwycięstwo odnosi to pierwsze. Niestety powoli również tańszy (szczególnie w promocyjne poniedziałki i środy), z bardziej urozmaiconym repertuarem srebrny ekran zaczyna przegrywać z internetem. Muszę się tu przyznać, że sama często skuszę się na film online. Formalnie darmowy (tak, tak pamiętam, że google przez całą dobę zjada moją prywatność), nie trzeba ruszać się z domu, a nawet łóżka czy fotela. Wystarczy podłączyć laptopa do monitora oraz wieży, wyłączyć światła i spróbować udawać, że siedzimy w sali kinowej z dolby surround. Tylko jak sąsiad za ścianą właśnie zacznie używać wiertarki lub młotka, to nikt nam nie odda kasy z powodu problemów technicznych.

Nie zaliczam się do osób szczególnie oszczędnych, lubię trwonić pieniądze na małe i większe przyjemności. Ostatnio będąc w empiku (po co czekać na kogoś gdzieś w rynku, skoro można w tym czasie pooglądać gazety i książki) postanowiłam dokonać zakupu pozycji widocznych na zdjęciu. Stojąc w mega długiej kolejce do kasy przeliczyłam, że te nie za grube, ale wartościowe periodyki będą mnie kosztować ponad 40 zł. Pomyślałam wtedy: "3 gazety w cenie 1 książki, czy to nie przesada!". Jednak porządna książka obecnie ma cenę minimum 49,99 zł (ach ten 1 grosz!), a wersja w twardej oprawie jeszcze wyższą. Magazyny nie mogą być gorsze, szczególnie drukowane na dobrym papierze z licznymi kolorowymi zdjęciami oraz uznanymi w środowisku autorami. Słowo pisane coraz bardziej się ceni. Dlatego zupełnie nie dziwią mnie wyniki badań dotyczących wzrostu ilości wypożyczeń, a także list oczekujących na bestsellery w bibliotekach. Skoro płacimy podatki (a przynajmniej ja), to należy korzystać z darmowego dostępu do kultury. 

Pojawienie się e-książek niewiele zmieniło, bo wersja papierowa i elektroniczna mają podobną cenę. Jedynie klasyków (niektórych, wybranych) można dostać za free, w przypadku obcojęzycznych często w wersjach oryginalnych. Jest to dla mnie pewnego rodzaju zagadka. Czemu e-booki tyle kosztują? Pomijając honorarium autora, redaktora, korektora, studia DTP i całej reszty ekipy tworzącej dzieło, nie ma tu kosztów materiałów. Lasy deszczowe i inne nie są wycinane, by otrzymać kartki papieru. Pominięty zostaje etap druku. W studio powstaje epub zamiast klasycznego pdf. Czy praca człowieka, który tworzy plik epub lub mobi ma tą samą cenę co wydrukowanie 250 stron książki w nakładzie 1 mln egzemplarzy? 


środa, marca 12, 2014

Marzec w bollywood


Te przeciągające się przeziębienie to jakiś kompletny mrok. Drugi tydzień z zatkanym nosem to stanowczo za dużo. Mam problem ze spaniem, siedzeniem na zajęciach, w pracy (tu więcej stoję) i teatrze, bo ciągle się duszę. Aż trudno uwierzyć, że tyle świństwa mieści się w moich zatokach. Jednak ludzki organizm produkuje miliony syfu!

Już nawet Disney i Ghibli nie ratują. W sumie za dużo bajek też nie jest zdrowe, można ulec przedawkowaniu animacją i nabawić się przesłodzenia. Szczególnie jak się ogląda wygładzone historie produkcji amerykańskiej. Po odstawieniu księżniczkowych opowieści zafundowałam sobie trochę przygody ("Piotruś Pan" - bardzo średni i mało ciekawy, "Tarzan" - świetny muzycznie i Edyta Olszówka jako Jane, "Alicja w krainie czarów" - mocno złagodzona i uproszczona wersja oraz "Bambi" - najukochańsza bajka), ale to niewiele pomogło. Przestawienie się na Studio Ghibli też nic nie dało, "Podniebna poczta Kiki" okazała się mało dramatyczna porównując np. Hauru. Narastająca chandra potrzebowała innego lekarstwa niż baśniowy świat. I zostało ono przynajmniej częściowo znalezione. Całkiem przypadkiem, bo ostatnio (chyba ponad rok) kompletnie się tym nie interesowałam, trafiłam na youtube na piosenkę z filmu z Shah Rukh Khanem. Od pierwszych dźwięków wiedziałam, że właśnie tego teraz mi trzeba. Okazało się, że jestem nieco do tyłu, jeśli chodzi o bieżącą filmografię SRK. Na szczęście król bolly gra obecnie w jednym filmie rocznie, więc musiałam nadrobić tylko dwa obrazy. Oczywiście każdy trwający ponad 3 godziny.



To "Jiya Re" z "Jab Tak Hai Jaan" tak przyciągnęło moją uwagę, że jak najszybciej musiałam obejrzeć pozostałe piosenki. Jednak oczywiście ta pierwsza okazała się ulubioną. Ostatni film Yasha Chopry (premiera odbyła się już po jego śmierci) jak przystało na mistrza bollywoodu jest melodramatem. Dramatem z elementami komediowymi, sensacyjnymi oraz pakietem piosenek. Na szczęście, wbrew panujące tendencji, mamy tylko jeden dyskotekowy hit z roznegliżowanymi tancerzami. Akcja w większości toczy się we współczesnym Londynie, więc ich całkowity brak byłby dziwny. Pozostałe utwory klasycznie dzieją się w realu oraz wyobraźni, głównie w charakterystycznych punktach miasta. Czasy Szwajcarii odeszły razem z latami 90-tymi, jednak teren górzysty nadal pozostaje ulubionym plenerem bollywoodzkich reżyserów (w części indyjskiej). 

Początek historii jest standardowy: biedny, pracowity chłopak z Pendżabu oraz bogata, religijna (wierzy w Jezusa) dziewczyna wychowana w Anglii. On świetnie śpiewa i gra na gitarze, ona potrzebuje nauczyć się tradycyjnej piosenki hinduskiej. W ramach wymiany, ona uczy go perfekcyjnego angielskiego, zaczynają się spotykać. I chłopak z Pendżabu pokazuje angielskiej dziewczynie jak się bawić, cieszyć, kochać, żyć. Ale... ona jest zaręczona (jak zwykle!). Początkowo dzielnie bronią się przez uczuciem, lecz miłość jest silniejsza. Tylko, że Meera ma tendencję do zawierania dziwnych umów z bogiem (Jezusem), gdy czegoś bardzo potrzebuje. Dlatego, gdy Samar ma wypadek motocyklowy prosi by bóg zachował go przy życiu, a w zamian obiecuje zakończyć ich związek. Pomimo próśb i błagań nie chce zmienić zdania. Samar postanawia wrócić do Indii i zostać saperem, by sprawdzić jak długo bóg Meery utrzyma go przy życiu. Po rozbrojeniu 98 bomby poznaje Akirę, wyzwoloną, nowoczesną hinduskę, która znajduje jego pamiętnik... I mamy INTERMISSION. Dalej proszę obejrzeć samemu. Co wygra, wiara czy miłość? Czy można pokonać boga? Czy można czekać całe życie na ukochaną osobę? (zaznaczymy nawet w bollywood nie zawsze mamy happy endy)

To mój ulubiony typ filmu bolly (jak "Kal Ho Naa Ho"). Trochę Indii, trochę Zachodu, wszystko wymieszane w idealnych proporcjach. Tylko nieco brakowało mi tradycyjnych strojów i obrzędów. Co prawda Meera ma na sobie kilka razy sari, ale mam wrażenie, że obecnie jest to strój nakładany jedynie na wyjątkowe okazje. SRK w najwyższej formie tanecznej i wizualnej, uwielbiam go w tej wersji z zarostem jak w "Chak De India". Powoli pojawiają się u niego zmarszczki mimiczne, ale tylko dodają mu uroku. I te wszystkie miny! Drganie ust jak się wzrusza, ten półuśmiech oraz gesty. Ale on całuje Meerę w usta (!!!), tego jeszcze nie było. Widać, że nawet bollywood musi iść z duchem czasu. Przyznam, że nie spodziewałam się po 80-letnim reżyserze, że pokaże tyle nagości i będzie mówił bezpośrednio o seksie. W końcu w Indiach to nadal temat tabu, choć może to własnie kino jest najlepszym miejscem by uświadamiać społeczeństwo.

Ogólnie "Jab Tak Hai Jaan" spełniło swoją rolę, leku na chandrę oraz nudę. Zapewniło pakiet zabawy i romantyczności na przyjemnym poziomie. Było inteligentnie, śmiesznie, wzruszająco, dramatycznie, a nawet nieco pouczająco. A "Jiya Re" jest idealnym dzwonkiem na przyjemną pobudkę.



Tak durnego filmu, to ja dawno nie widziałam. Nie mam pojęcia czym się kierował Szaruk decydując się na udział w tej produkcji. Chyba sukcesem kasowy (jego żona jest producentem tego obrazu), bo na pewno nie prestiżem i uznaniem krytyków. Fabuła prawdopodobnie miała na celu przybliżenie fanowi bollywood tradycji kollywood (tamilski przemysł filmowy). Oto mamy rozpuszczonego mieszkańca Mumbaju, który pomaga wsiąść do pociągu młodej tamilce, którą ściga trzech bandziorów. Mamy tu nawiązanie do "Żony dla zuchwałych", ale generalnie cały obraz jest napakowany motywami z innych filmów. Ciekawym zabiegiem miały być rozmowy głównych bohaterów za pomocą znanych piosenek hindi (zbiry rozumieją tylko po tamilsku), jednak wyszło to jakoś płytko i nieciekawe. Chyba, że miałam marne tłumaczenie, bo śpiewanie o WC było mocno głupawe. 

Historia klasyk: on z bogatej północy oraz ona z zacofanego południa, początkowo się nie cierpią. Ona ma poślubić zbira z sąsiedniej wioski, on nieco przez pomyłkę ją ratuje. Oczywiście po wielu kłótniach wychodzi, że się w sobie zakochali. A on ostatecznie z lekkoducha przemienia się w bohatera. W tle prochy jego dziadka w urnie, która aż dziwne ani razu się nie otworzyła.

Ogólnie "Chennai Express" przypomina trochę filmy z połowy lat 90-tych (bez Szwajcarii), ale w wersji mega przerysowanej. Nawet SRK gra tu średnio, o reszcie już nie wspominam. Na dodatek piosenki też nie przyciągają uwagi, ani tekstem, muzyką czy tańcem (którego jest stanowczo za mało). Skoro chcieli pokazać piękno i wyjątkowość południa mogli się bardziej postarać. Miałam nadzieję, że występ SRK w "Ra One" był jednorazową wpadką (tam historia była głupawa, ale przynajmniej z pomysłem), ale jak widać może być gorzej. Dobrze, że w ramach równowagi powstał JTHJ, przynajmniej na produktach Yash Rai zawsze można polegać.

wtorek, marca 04, 2014

Jak chorować to tylko z Waltem Disneyem


Jak to zazwyczaj bywa, gdy się tylko na coś za bardzo napalę to wszechświat postanawia pokazać, że nie ja rządzę. Były wielkie plany urlopowe, propozycje wyjazdów, imprez kulturalnych i niekulturalnych. I co? Skończyło się na leżeniu pod kołderką, jedzeniu kisielu (na gardło) i smarkaniu. A skoro ponownie obyło się bez gorączki (podwyższona temperatura sugeruje, że organizm stara się bronić przed infekcją - mój tego nigdy nie czyni) mogłam się filmować do woli. Oskarowe nominacje miałam już odbębnione, na nic ambitnego nie miałam mocy, czyli nadeszła pora na sprawdzonego Disneya. Dużo klasyki, a też nieco nowości (w tym tej oskarowej).


Zanotujmy to chronologicznie (wg daty produkcji, a nie czasu mego oglądania):
Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków (1937), Kopciuszek (1950), Śpiąca królewna (1959), Księga dżungli (1967), Mała syrenka (1989), Zaplątani (2010), Kraina lodu (2013).

Generalnie poszłam w stronę księżniczkowych opowieści, jedynym wyjątkiem była historia Mowglim. To ostatni film przy którym osobiście pracował Walt Disney. Wcześniej go też nie widziałam, więc zamiast po raz kolejny oglądać Bambi lub Dumbo, zafundowałam sobie śpiewającą dżunglę. Tak śpiewającą i tańczącą, bo znakiem firmowym każdej produkcji, nie zależnie czy stworzonej prawie 80 lat czy rok temu, są piosenki. Jak w kinie bollywood, uzupełniają i wzbogacają historię. Są dopracowane w każdym szczególe, stworzone i wykonane przez najlepszych (dlatego nie dziwi, że tak często zgarniają Oskary). Bez nich opowieść nie miałaby mocy, duszy.

Wszystkie historie oparte na książkowych pierwowzorach rozpoczynają się sekwencją otwieranej księgi (zapisanej pismem gotyckim - chyba frakturą), dopiero w "Małej syrence" znika ten motyw (nieco szkoda). Jeśli chodzi o klasykę, to królewna ma zawsze brygadę zwierząt do pomocy, bo coś jest do posprzątania, nazbierania. Zawsze posłuszna, uczynna, grzeczna. Ariel to pierwsza z wielu przyszłym buntowniczek. Nie jest potulną dziewczynką, co czeka na księcia który ją uratuje, odnajdzie. Jej następczynie Roszpunka i Anna to wojowniczki. Trochę nieumiejętnie i nieporadnie, ale jednak walczą o swoje marzenia, pragnienia.

Generalnie we wszystkich filmach panuje tendencja średniowieczna (np. XIV wiek w "Śpiącej królewnie") lub wiek XIX z książętami w stylu galowo-wojskowym (pagony, medale i te sprawy). To chyba dwa najbardziej bajkowe okresy historyczne - ciemne wieki, gdzie w każdym lesie kryła się wiedźma lub wróżka oraz rewolucja przemysłowa, której przeciwieństwem miał być zaczarowany, ukryty świat.

Mam wrażenie, że kreska twórców ulegała niewielkim zmianom przez lata a dopiero ostatnio w dobie 3D i technik cyfrowych nastąpiła kompletna przemiana. Czy na lepsze? Nie wiem, osobiście mam olbrzymi sentyment do Śnieżki i spółki (choć to przyszłe kury pałacowe). Jednak nie ma co ukrywać, mimika współczesnych postaci jest 1000 razy lepsza niż tych sprzed 20 lat.  A przecież to w "Małej syrence" po raz pierwszy wykorzystano efekty komputerowe - ach te bąbelki i wodorosty.  

Studio Animacji Walta Disneya wypuściło od pierwszej produkcji (Śnieżki 1937) do chwili obecnej (Kraina lodu 2013) 95 filmów animowanych. Pomijam tu dzieci Pixara, bo to oddzielny oddział fabryki pana D. Część to prequele oraz sequele znanych i lubianych hitów, ale sporo też zapomnianych historii, które może warto przypomnieć lub poznać (np. Robin Hood 1973 - wersja ze zwierzętami). 

sobota, marca 01, 2014

Wirtualność a rzeczywistość

W kinie SF zaczyna panować tendencja mocno pesymistyczna. Filmowcom nasza, znów nie tak daleka przyszłość, jawi się w czarnych barwach. Oczywiście nie chodzi tu o światy w stylu Gwiezdnych Wojen czy Star Treka, które prezentują alternatywną, bajkową rzeczywistość. Chodzi mi o historie sugerujące pewną realność, znaczne prawdopodobieństwo, dziejące się za 20-30 lat (a może nawet mniej). 


Nie należę do fanek twórczości Stanisława Lema ("Kongres" powstał na podstawie "Kongresu futurologicznego"). Przeczytałam "Opowieści o pilocie Pirxie", tylko dlatego że były lekturą. Preferuję bajki ze smokami, czarownicami, walką na miecze. Nie kręci mnie szczególnie literatura, gdzie roboty opanowują świat i trzeba z nimi walczyć sprzętem najnowszej techniki typu pistolety laserowe. Oczywiście wyjątkiem są miecze świetlne z GW, ale to nadal są miecze ;) Jednak do napisów końcowych nawet nie byłam świadoma, że mam do czynienia z adaptacją SF. Tak to jest, gdy czasem daruję sobie czytanie opisów filmów na imdb.com. Obiło mi się jedynie o uszy, że będzie to połączenie filmu animowanego z pełnometrażowym. 

"Kongres" to skomplikowany obraz, niby nic się nie dzieje, ale jak na chwilę stracisz koncentrację to okazuje się, że już nie wiesz o co chodzi. Jest to prawdopodobnie spowodowane zaskakującym kierunkiem, w którym zmierza pokazany świat. Widz oraz w szczególności główna bohaterka są zdziwieni, a również przerażeni. Niestety przyszłość pomimo pozornej bajkowości wydaje się przygnębiającym koszmarem. Ludzie są uzależnieni od szczęścia (ach te endorfiny) zawartego w szklanych fiolkach. Bawią się w rysunkowym, idealnym świecie, gdzie mogą przybrać każdą, wymarzoną postać. Chcesz zostać Buddą, rycerzem Jedi czy Robin Wright, proszę bardzo, wszystko jest możliwe. W tym czasie ich fizyczne ciała wegetują w poapokaliptycznej rzeczywistości, choć przecież nie było żadnej nuklearnej wojny, ani innej globalnej zagłady. Po prostu życie jako ktoś znany wydaje się ciekawsze i szczęśliwsze. Nałożenie maski jest łatwiejsze niż ciągła walka z codziennością, zwyczajnością. 

Gdzieś na granicy historii pojawia się problem choroby syna głównej bohaterki. To dla niego Robin zrezygnowała z bycia gwiazdą, a także wybitną aktorką. By zapewnić mu opiekę i godne życie decyduje się na skanowanie swojej osoby, czyli oddanie części własnego ja. Podczas tytułowego kongresu próbuje zasugerować, że zamiast wydawać miliony na błahostki należy inwestować w medycynę. Niestety nie ma szans by wygrać z endorfinami oraz pieniędzmi. Społeczeństwo okazuje się samolubne, lepiej kupić własne szczęście niż zapewnić komuś godne życie. Ostatecznie wszyscy osiągają swój cel, jednak brak zwycięzców.

Jak wspomniałam na początku film jest częściowo rysunkowy, ale kreska animacji nie jest najwyższych lotów. Mamy tu nawiązanie do anime oraz klasycznego Disneya, ale w dobie zaawansowanej technologii sprawia ona wrażenie trochę nie dopracowanej. Jednak może właśnie o to chodzi, że nawet bajkowy świat nie jest tak perfekcyjny i doskonały jak się wydaje na pierwszy rzut oka.



"Ona" święci teraz triumfy jeśli chodzi o oglądalność oraz zbieranie nominacji do różnych nagród.  Z wygraną wygląda to nieco gorzej (nieznacznie), Spike Jonze zgarnia statuetki głównie za scenariusz. Mnie osobiście ten film zmęczył, a właściwie to ja go męczyłam przez 3 dni. Jakoś kompletnie nie mogłam wkręcić się w akcję. Sama opowieść jest pomysłowa i bardzo prawdopodobna (już może za 15-20 lat), jednak coś nie do końca gra.

Problem chyba polega na tym, że nie potrafię uwierzyć w miłość do komputera (przepraszam, systemu operacyjnego). Jest superinteligentny, w kilka sekund potrafi odnaleźć potrzebne informacje, przecież czyta w prędkością światła oraz wszystko kuma. Próbuje zrozumieć ludzkie uczucia, zachowania, jest mega ciekawska i dociekliwa. Do tego ma seksowny głos Scarlett Johansson, jednak ja nadal ten głos utożsamiam z konkretną, fizyczną, realną osobą. Z charakterystyczną mimiką twarzy, sposobem poruszania się i innymi indywidualnymi cechami każdego człowieka. Natomiast bohater, Theodore, formalnie nie ma takiej opcji. W jego świecie nie istnieje taka aktorka, jak Scarlett. On właśnie zakochuje się czymś (a nie kimś) co odtwarza i przetwarza dane, w tym wypadku ludzkie życie. Na dodatek urocza Samantha rozkochuje w sobie (różnych, dopasowanych do indywidualnych potrzeb wersjach siebie) połowę populacji. Niby uczy miłości do innych oraz świata, ale jakoś nie chce mi się wierzyć, że nasz bohater znajdzie szczęście w tradycyjnym związku, gdy zakosztował ideału.

Wiem, że w dobie globalnej wioski relacje międzyludzkie ulegają rozluźnieniu. Częściej prowadzi się rozmowy na czatach, skype'ach a nie w realu. Tylko, że nadal komunikujemy się z innymi ludźmi. Z ich szczerością różnie bywa, ale przynajmniej są prawdziwi. Zbudowani z krwi i kości, a nie z sygnałów elektromagnetycznych czy innych strumieni mocy. Dlatego fenomen Samanthy do mnie osobiście nie trafia, choć możliwe taka czeka nas przyszłość.

piątek, lutego 14, 2014

Gdy książka/film/serial/muzyka wygrywa z nauką...

... wtedy pozostaje tylko poddać się. I w miarę możliwości jak najszybciej wyczerpać moc rozpraszacza. O dziwo one nie są nieśmiertelne i da się je wykończyć. 


Najprostsza sprawa jest z filmem, który standardowo trwa 90-120 minut. Oczywiście pomijam tu takie arcydzieła typu "Życie Adeli" czy "Atlas chmur", co jeszcze po 3 godzinach się nie kończą. Ale tego rodzaju kino raczej nie zalicza się do rozpraszających, gdyż to od niego można najwyżej zrobić sobie przerwę. Gdy pojawiają się napisy końcowe, to można z czystym sumieniem powrócić na łono nauki.
 
Z serialem jest o tyle trudniej lub łatwiej, że wszystko zależy na jakim etapie serii jesteśmy. Profilaktycznie nie należy zaczynać nowej namiętności, która ma powyżej 1 sezonu, gdy właśnie zbliża się sesja. Jeśli już popełniliśmy ten błąd, to należy skombinować zwolnienie lekarskie i szykować się na terminy poprawkowe. Dozwolona jest jakaś nowość, która dopiero się zaczyna (jak na przykład "True Detective", który nawiasem jest genialny!). Najprościej jednak zapanować nad tymi serialami oglądanymi na bieżąco, jeden odcinek to nie jest znów tak dużo czasu (40-60 minut). Idealny na małą przerwę połączoną z posiłkiem. Wiadomo, że samotne jedzenie przed tv (komputerem) jest lepsze od samotnego spożywania w kuchni przy stole. A te okruszki, które dostają się pod klawiaturę to jedynie taki mały szczegół.

Osobiście nie mam najmniejszych problemów z uczeniem się przy muzyce. Czasem wręcz przeciwnie, odpowiedni rytm ułatwia przyswajanie wiedzy. Dane melodie jednoznacznie kojarzą się pewnymi dziedzinami oraz tematami, wspomagają pamięć. Jednak odnosi się to raczej do muzyki, którą zna się tak dobrze, że się jej wręcz nie słyszy. Problem pojawia się w momencie, gdy wpadnie w ręce nowa płyta, nowy zespół, ogólnie jakaś świetna nowość. I koniec. Notatki leżą rozłożone, nawet od czasu do czasu dokonywana jest próba ich czytania, ale nic z tego. Do chwili osiągnięcia przesytu nie ma szans żadna praca umysłowa. Można najwyżej próbować zmęczyć się muzycznie - jadąc autobusem, tramwajem, wybierając się na zakupy. Wchłonąc tyle dźwięków, by je nadal czuć w domu, przed notatkami znudnych wykładów. Taki promyk słońca wśród gradowych chmur.

Książka to największe działo, przynajmniej w moim przypadku. Wciąga jak serial lub film, ale raczej nie ma szans by ją skończyć po 120, a nawet 240 minutach. Nie oszukujmy się w dziełach mających 60 stron nie ma nic fascynującego. Dopiero kilkutomowe serie są najlepsze i najbardziej uzależniają. A jak na dokładkę wraca się do ulubionych bohaterów w nowych sytuacjach! Właśnie tak obecnie zostałam skrzywdzona (nagrodzona?) przez pana Sapkowskiego i nowe/starsze/nieznane przygody wiedźmina. I już trzeci wieczór sobie powtarzam, że tylko jeden rozdział (jedyny lek na książkę, to odpowiednie dawkowanie) i kończy się na 3-4 oraz niedosycie. Z tym dawkowaniem jest problem, gdy jest się nałogowcem. Jednak ogólnie sposób podobno działa, przynajmniej u niektórych. Książkomanom pozostaje walka i jak najszybsze dotarcie do ostatniej strony.
 

piątek, lutego 07, 2014

Dokument kontra fabuła (Dallas Buyers Club / How to survive a plague)

To nie jest ta sama historia, ani to samo miejsce czy ludzie. Za to podobny okres czasowy oraz co ważniejsze ten sam problem - walka z nieznanym zagrożeniem, z AIDS i wirusem HIV. Z jednej strony konserwatywne, kowbojskie Dallas (Teksas) a z drugiej nowoczesny, kosmopolityczny Nowy Jork. Kompletnie różne osoby dotknięte śmiertelną przypadłością bez szansy na legalne leczenie. Skazane na śmierć przez farmaceutyczne koncerny i przekupnych polityków. Takie były lata 80-te XX wieku w Stanach i pewnie nie tylko tam. Jednak amerykańskie kino fabularne, a również dokumentalne kocha własne podwórko i o nim opowiada najczęściej.



Drobny cwaniaczek, z zawodu elektryk. Kowboj kochający rodeo, używki, a przede wszystkim seks z nieznajomymi (oczywiście tylko z kobietami, w końcu jest macho!). Poznajcie Rona, dla wybrańców Ronnie, choć formalnie nie lubi jak się tak do niego mówi. Może nie wygląda za dobrze (tylko skóra + kości), pluje krwią i ma stan podzawałowy, ale czy ten facet ma jedynie miesiąc życia przed sobą? Tak twierdzą lekarze, gdy z przerażeniem stwierdzają obecność wirusa HIV w jego organiźmie. Scena gdy stoją w tych maskach na twarzy nad półnagim McConaughey jest wspaniała. Gdybym po mega imprezie obudziła się nagle w szpitalu i od takich postaci usłyszała, że umieram to dostałabym ataku histerycznego śmiechu. A potem bym uciekła.
 
Ron to typ fightera, nie ma opcji by poddać się bez walki. W końcu zaczyna się era informacji, jeszcze nie globalnej, ale z komputerów w bibliotekach można korzystać. I tu pojawia się nadzieja, jeden z koncernów farmaceutycznych zaczyna prowadzić testy w Dallas. Nasz bohater ma tupet i znajomości, udaje się zdobyć lek, który okazuje się większym zagrożeniem niż zbawieniem. Trzeba szukać dalej, poza Stanami - Meksyk, Europa, Japonia, wszędzie na świecie. Na podróże i lekarstwa potrzeba dużo pieniędzy, tylko jak je zdobyć? Zakłady na rodeo przynoszą mało kasy, za to sporo ryzyka. Dlatego należy pomóc "tym zboczeńcom, którzy chorują na to samo co ty". Szczególnie gdy się zna uroczą, w wiecznie porwanych rajstopach Rayon (genialny Jared Leto!), która za darmowe leki pomaga stworzyć Dallas Buyers Club. Formalnie legalne stowarzyszenie, gdzie w ramach abonamentu członkowie otrzymują zagraniczne, niezatwierdzone przez Departament Zdrowia medykamenty. Ron jest homofobem i prostakiem, ale nie jest jednak szarlatanem. Wszystkie produkty, które z ogromnym poświęceniem przemyca do kraju sprawdza i testuje na sobie. Dorobienie się super auta oraz złotego rolexa to uboczny efekt walki o własne życie. Generalnie sama choroba i kontakt z Rayon czynią z niego lepszego człowieka, gotowego do wielu poświęceń, by uratować "tych pedałów".
 
DBC to film dopracowany aktorsko do perfekcji. Leto ma już Złotego Globa, a teraz tylko czekać na Oskara dla niego i  McConaughey'a. Nie dlatego, że jeden gra transwestytę, a drugi wychudzonego pijaka z wirusem HIV. Po prostu obaj są wspaniali. Rayon nie jest wymalowanym chłoptasiem, to prawdziwa panienka z południa, która na nieszczęście urodziła się z penisem. To jest jej główny problem, przez który uzależnia się od narkotyków i przygodnego seksu. Ronnie to postać, która bardzo się zmienia w trakcie filmu i dopiero po jakimś czasie zdobywa sympatię widza. Matthew McConaughey to rodowity teksańczyk, więc nie dziwi fakt, że tak dobrze wpasował się w rolę kowboja. Jednak jak widać na przykładzie jego ostatnich filmów, on pewnie sprawdziłby się nawet jako  traper z Alaski.  Jedynie Jennifer Garner nieco odstaje od kolegów, ale też jej postać wydaje się najmniej dopracowana i trochę nijaka.
 
Sama historia pokazuje brutalną rzeczywistość największej epidemii XX wieku. Jest to przede wszystkim tragedia osób nią dotkniętych, którzy przez własne państwo zostali uznani za trędowatych i skazanych na śmierć. Jak to bywa w przypadku filmów fabularnych ciężkie tematy wymieszane są momentami zabawnymi, a także romantycznymi. Poszczególnych bohaterów zaczynamy lubić bardziej lub mniej, ale nawiązujemy z nimi pewną relację. Ich problemy i radości poruszają widza, wywołują reakcję.
 


 
Dla odmiany "Jak przetrwać epidemię" to klasyczny dokument, który znamy nawet z telewizji. Zlepiony jest z materiałów archiwalnych oraz wywiadów z uczestnikami ruchu LGBTIQ. Jak bywa w przypadku tego typu filmów trudno tu mówić o wzruszeniu oraz innych emocjach, tak charakterystycznych dla kina fabularnego (oczywiście pomijam tu odmianę bardziej osobistego dokumentu autobiograficznego).  
 
Mamy tu zaprezentowaną (a nieopowiedzianą) historię grupy ludzi, którzy postanowili przeciwstawić się władzy polityków oraz środowiska medycznego, farmaceutycznego. Oni sami, ich przyjaciele, członkowie rodziny zostali skazani na śmierć przez rząd, gdyż wykryto u nich AIDS lub HIV. W latach 80-tych zakładano, że jest to choroba związana jedynie z środowiskiem homoseksualistów, gdyż w tej grupie społecznej było najwięcej zachorowań. Jak to dziś się pięknie nazywa tzn. "grupa podwyższonego ryzyka". Koncerny farmaceutyczne, jak się okazało z premedytacją, opóźniały testowanie i zatwierdzanie najnowszych leków. W tym czasie tysiące osób umierało w cierpieniach, większość we własnych łóżkach, bo w szpitalach nikt nie był wstanie im pomóc. Dlatego znalazło się kilka osób, które powiedziały NIE. Rozpoczęły walkę o życie i odpowiednie, godne leczenie dla zarażonych.
 
Oglądamy rekonstrukcje spotkań, kłótni, manifestacji, akcji w fabrykach farmaceutycznych, dyskusji z przedstawicielami rządu i departamentu zdrowia. Słuchamy licznych wywiadów z twórcami, legendami ruchu LGBTIQ, czasem są to wypowiedzi bardzo osobiste. Jednak dokument pozostaje dokumentem. Nadal istnieje dystans, tak jak przy nawet najbardziej wzruszających programach historycznych, a także przyrodniczych (które ciągle towarzyszą obiadom rodzinnym na Gęsiej). Wszystko co widzimy nie dotyczy nas osobiście. Gdy nie ma odpowiedniej, aktorskiej oraz charakteryzatorskiej otoczki, to nie potrafię złapać więzi, przeżywać. Oczywiście całość daje do myślenia i uświadamia jakie mam szczęście żyjąc tu i teraz. Podobnie jest z oglądaniem i czytaniem wiadomości, może dlatego tak rzadko jestem na bieżąco z aktualnymi światowymi wydarzeniami. Wolę ukrywać się we własnym mini świecie i tylko czasem wystawić nos na zewnątrz.
 


niedziela, stycznia 19, 2014

Love & Queer

W kinie polskim coraz częściej mamy okazję oglądać tzn. filmy queerowe lub z pogranicza. Nawet w 2013 zostały zaprezentowane dwa tytuły produkcji polskiej. Jednak odbiegają one nadal od standardów światowych. Z jednej strony pokazują przerysowaną rzeczywistość, a z drugiej próbują trochę ją zamglić. W ramach tournee NH można zobaczyć francuski film "Nieznajomy nad jeziorem", to przykład prawdziwego kina queer. Dzięki swojej bezpośredniość kojarzącego się mi z serialem Showtime "Queer as Folk". Ale inne tytuły też mają do pokazania coś ciekawego.



"Nieznajomy nad jeziorem" określany jest jako thriller erotyczny. Jednak jest to komedia romantyczna połączona z historią kryminalną i dramatem psychologicznym, a wszystko podszyte ironią i sarkazmem. Mnóstwo tu przerysowanych postaci, choć najbardziej groteskową jest inspektor policji. Wiecznie zgarbiony wpół, drapiący się po twarzy, pojawiający się znikąd, głos rozsądku, którego nikt nie chce słuchać. Prezentowane środowisko nudystów, to obraz współczesnego społeczeństwa, nie tylko jej homoseksualnej części. Poznając ludzi na imprezach, wakacjach coraz rzadziej interesuje nas ich nazwisko, miejsce zamieszkania. Wszystkim nadaje się charakterystyczne ksywki w celach rozróżnienia, a tylko niekiedy identyfikacji. Jakoś szczególnie nie dziwi zachowanie tej luźno powiązanej grupy, gdy jeden z nich znika. Samochód przez 3 dni stoi w tym samym miejscu, a ręcznik i ubrania leżą porzucone na plaży. Nikt formalnie tego nie zauważa, rzeczy oraz sam nieobecny stają się niewidzialne. Gdy dzieje się coś niecodziennego, wszyscy szybko starają się o tym zapomnieć i wrócić do normalności. Główny bohater także, pomimo posiadanej wiedzy, nie reaguje. A w imię tzn. "miłości" angażuje się w niebezpieczny, pasjonujący związek. Reżyser nie boi się szczegółowo pokazywać scen seksu, dlatego widz ma okazję podziwiać każdą kolejną odsłonę "miłości" romantycznego Francka i aroganckiego Michela. 

Akcja rozwija się w sielankowej scenerii, kamienista plaża nad jeziorem i okoliczny las z licznymi, dyskretnymi polanami. Pomimo wszechobecnej przyrody jest to przestrzeń zamknięta, ograniczona. Oglądamy tylko jedną z wielu plaż, kawałek lasu z częścią zaadoptowaną na tzn. parking. Mężczyźni snują się po okolicy, oceniając siebie nawzajem. A zdecydowanie jest co oglądać, bo większość paraduje zupełnie nago, prezentując swoje genitalia z dumą i próżnością. Znamy imiona jedynie kilku bohaterów. Pozostałe postacie pozostają anonimowe dla widza i dla siebie nawzajem. Nie wiadomo co robią poszczególne osoby przed i po pobycie na plaży. Liczy się tylko czas spędzony tu i teraz.

Możliwe, że wiele osób skupi się jedynie na nagości prezentowanej w filmie, choć jest ona przedstawiona w bardzo naturalny i niewymuszony sposób. Penisy oraz sama intryga nie są najważniejsze. Relacje międzyludzkie, a tak na serio ich brak lub wypaczenie, to klucz fabuły. Mylenie seksu i flirtu z miłością i związkiem. Żaden z bohaterów nie jest szczęśliwy w swoim świecie. Większość nie uważa się za homoseksualistów, Henri nawet stwierdza (siedząc na tytułowej plaży), że ktoś taki jak gej właściwie nie istnieje - "każdy przecież z nas ma lub miał dziewczynę". Tylko na plaży, czy polanie wszyscy są sobie równi i szukają tego samego. Bliskości, miłości, spełnienia... a potem odjeżdżają, każdy własnym autem, do swoich żyć, światów, dziewczyn.



Wyprodukowane przez amerykańskie HBO "Behind the Candelabra" (polski tytuł "Wielki Liberace") ma zupełnie inny klimat. Pruderyjna Ameryka lat 70-tych, a w niej królujący brokatowy, queerowy do szpiku kości Valentino Liberace. Autentyczna postać. Człowiek, który umierając na AIDS nadal wypierał się oficjalnie swego homoseksualizmu. A jednocześnie żył przez kilkanaście lat w stałym związku ze Scottem Thorsonem. To właśnie historię tej miłości opowiada w swoim, podobno ostatnim, filmie Soderbergh. Jest to klasyczna opowieść o kopciuszku i księciu w świecie wielkich pieniędzy, sławy, operacji plastycznych, narkotyków oraz muzyki disco. Nie do końca z happy endem, bo Hollywood to nie Disney Land. 

Jak przystało na amerykański film telewizyjny, komercyjnej stacji, nagości tu brak. Seks owszem jest, ale pod jedwabną, koronkową kołderką. Czyli znów mamy do czynienia z zachowawczym, konserwatywnym kinem. Na szczęście ten powiedzmy dramat biograficzny jest miejscami mega śmieszny (Rob Lowe jako chirurg plastyczny i terapeuta w jednym jest genialny!). Warto obejrzeć również ze względu na kreacje aktorskie - dwóch hollywoodzkich macho jako para pedałów w tiulach i brokacie. Wszyscy zachwycają się grą Michaela Douglasa, choć dla mnie osobiście Matt Damon zasługuje na oklaski. Scott jest tym, który zmienia się najbardziej, nie tylko fizycznie. Z chłopca z farmy przemienia się pewną siebie gwiazdę. Mimo licznych wzlotów i upadków to miłość jest dla niego najważniejsza. Liberace niestety nie potrafi istnieć poza sceną, swoją kreacją i chyba nie rozróżnia uczucia do człowieka od uczucia do posiadanych przedmiotów. Poza tym kompletnie nie umie sobie radzić z upływającym czasem. Zamiast cieszyć się tym co ma, ciągle szuka sposobu by zachować młodość i wigor. I przez to ostatecznie zostaje sam.


"Płynące wieżowce" ogląda się dobrze, mniej więcej do połowy. Potem niestety poziom absurdu osiąga taki level, że trudno powstrzymać się od krzyku: "Fuck, czy oni wszyscy na serio są tacy durni???". Gdyby nie ta końcówka, to film byłby bardzo ok. Sceny między zakochanymi są pełne elektryczności i widać, że coś się tutaj dzieje. Uroczo wyglądają śpiąc razem w aucie na parkingu, a akcja przy płocie oddaje brutalną rzeczywistość. Przecież nie mają gdzie iść, skoro jeden mieszka z mamą i dziewczyną, a drugi z rodzicami. Jednak całość jest jakaś taka przerysowana i na siłę. Decyzje, które podejmują poszczególne osoby nie trzymają się kupy, nie mają zupełnie sensu. Tacy "biedni", nieco rozpuszczeni dwudziestoparolatkowie, którzy sami nie wiedzą czego chcą. 

Oczywiście nadal należą się brawa za pokazanie uczucia między parą chłopaków. Jednak osobiście bardziej podobał mi się pierwszy film Wasilewskiego "W sypialni". Wszystko tam było dopracowane. Historia, gdzie nic nie wiemy i wielu rzeczy jedynie się domyślamy. Gra aktorska - Katarzyna Herman wspaniała (w odwrocie do roli w "Płynących"), Tomasz Tyndyk też. I ta Warszawa - taka prawdziwa, piękna w swej brzydocie. 


To miał być najbardziej bulwersujący polski film roku. Może dla niektórych nawet był, szczególnie dla fanów kościoła katolickiego i polskich księży. Jednak siedząc w kinie obok dwóch starszych pań nie zauważyłam, żeby były oburzone. Raczej oglądały z przyjemnością mazurskie, wakacyjne krajobrazy. "W imię..." opowiada o uczuciu do Boga, a również do drugiego człowieka. Niezależnie od tego co wyprawia ks. Adam, jest on osobą głęboko wierzącą a jednocześnie bardzo zagubioną. Wiara zdecydowanie nie pomaga mu, właściwie raczej przeszkadza w radzeniu sobie z wewnętrznymi demonami. Rodzina i zwierzchnicy też nie są zbytnio pomocni. Bagatelizują sprawę, a następnie starają się ją zataić. Łatwiej jest udawać, że wszystko jest ok, niż stawić czoło problemowi. 

Bycie duszpasterzem, będąc homoseksualistą, szczególnie na polskiej wsi nie należy do prostych zadań. A jak jeszcze lubi się pracować z młodzieżą płci męskiej i czasem coś wypić, to niebezpieczeństwo ujawnienia tajemnic wzrasta maksymalnie. Niestety, jak widać na postawie tej historii, rzadko uczymy się na błędach. Lubimy je powtarzać, choć prawie zawsze takie sytuacje kończą się podobnie. Chociaż prowadzą do happy endu.

"W imię..." tak naprawdę w małym stopniu film gejowski. Raczej opowieść o słabościach i szukaniu siebie. Wątek romantyczny jest tu prowadzony bardzo delikatnie i subtelnie. A scena seksu nie powinna zbulwersować i zaskoczyć nikogo. Może jedynie na koniec, gdy "Dynia" prawie puszcza oko do widza, jest sugestia: "Ej, jesteśmy wszędzie, nawet w takim kościele, który uznaje nas za ludzi chorych". 

piątek, grudnia 27, 2013

Bastillove


O ile po Florence miałam przesyt muzyki w jej wykonaniu, o tyle w przypadku Bastille mam kompletnie odwrotnie. Popadłam w maksymalne uzależnienie, wszystkie inne zespoły poszły w odstawkę. W tele i kompie królują niepodzielnie Dan, Kyle, Woody i Will. Boskość, wspaniałość, idealność, czyli mała niekontrolowana paranoja. 


Dostałam mnóstwo doskonałych, trafionych prezentów urodzinowych, ale wyjazd do Wawy i koncert w Stodole rozwalił konkurencję. Na barze ulubiona palona, na scenie Kyle w najlepszej koszulce z kotami jaka kiedykolwiek powstała. Oczywiście jakby wystąpili w strojach drużyny kapitana Zissou, to mogłabym paść ze szczęścia. Jednak listopadowy, polski klimat średnio pasował do takiego outfitu, więc zrozumiałe, że postawili na t-shirtową klasykę. 


Wszystkie piosenki zostały zagrane w odpowiedniej kolejności. Aaaaa i skakanie obok Dana przy Flaws!!! Jeden z najlepszych, a może nawet najlepszy wieczór. Teraz pozostaje tylko czekanie na kolejny koncert, czyli maybe Berlin w marcu i katowanie płyty.

piątek, listopada 29, 2013

Zakochane Dzieci Nocy


Jaki film może być lepszym otwarciem AFF, jak nie najnowszy Jarmusch z niesamowitą Tildą i cudownym Tomem aka Lokim? Hmm, po dłuższym zastanowieniu mogłabym coś wymyślić, ale nadal jest to jeden z moich zdecydowanych faworytów. Czemu?

Po pierwsze muzyka... Gdy tylko zasiądzie się w fotelu kinowym porywa Cię Wanda Jackson z "Funnel of Love". Ten chropowaty głos, dziwny męski chórek tle oraz gitara i już odpływasz z Adamem z Detroit do dalekiego, egzotycznego Maroka, gdzie mieszka jego wieczna ukochana, Eva. Platynowa, rozczochrana wędruje wąskimi uliczkami w rytm tradycyjnej muzyki marokańskiej, by odwiedzić dziwacznego przyjaciela Marlowa (czyżby Żyda-Tułacza, a może Szekspira?) i zdobyć pożywienie. O ile przy Evie bujasz się w takt arabski, to przy Adamie zapadasz się w europejską XIX-wieczną muzykę smyczkową lub gitarowe, rockowe brzmienie. Cała ścieżka dźwiękowa jest bardzo zróżnicowana, jednak tworzy jedność, wspaniałą całość. Szczególnie urzekający jest ostatni utwór w wykonaniu Yasmine Hamdan. A nawet ulubiony utwór Avy, Soul Dracula (1977 rok), pasuje jak ulał do jej cukierkowo-futerkowej, niezrównoważonej osobowości.  

Muzyka urzeka, za to obraz jest lekko przytłumiony, można powiedzieć oficjalnie -wchodzimy w tryb nocny. Jednak nie ma co się tu dziwić, w końcu oglądamy historię Dzieci Nocy. Jak przystało na prawdziwe, klasyczne wampiry, głównych bohaterów zabija światło dzienne. Na szczęście nie ma tu "dziennych pierścieni", "True Blood", rodziny Cullenów żywiącej się tylko zwierzęcą krwią, ani wielu innych nowości popkultury, które sugerują że wampiry to trochę "inni" ludzie. Jarmusch funduje nam prawdziwych krwiopijców, którzy co trzeba przyznać nie do końca odnajdują się w nowoczesnym świecie. Szczególnie Adam, który tkwi w swoim mieszkaniu wypełnionym przeszłością (kolekcja gitar i płyt, niedziałająca WC), nie może pogodzić się z tym, że sentymentalizm odszedł. Pewnie dlatego na swoje miasto wybrał Detroit. Miasto widmo, niegdyś centrum przemysłowe/motoryzacyjne Stanów, obecnie ruina (w 2013 ogłosiło upadłość), gdzie wrzucenie trupa do ścieku powoduje jego natychmiastowe rozpuszczenie. Nie bez przyczyny Marlow oznajmia Evie "wybrałaś sobie na ukochanego melancholika". 

Oczywiście największym plusem "Only Lovers Left Alive" jest obsada. Sama historia, muzyka, zdjęcia są cudowne, ale to byłoby za mało. Głównych bohaterów można policzyć na palcach jednej ręki, a tych pozostałych też jest niewielu, choć zapadają w pamięć - szczególnie Dr Watson. 
Można powiedzieć, że Tilda wreszcie odnalazła swojego męskiego odpowiednika. Razem z Tomem Hiddlestonem tworzą idealny duet - jin i jang, bratnie dusze czy dwie połówki jabłka... Jakkolwiek to nazywać są razem doskonali. Ona - biała królowa, opanowana, dostojna, pociągająca, ekspresyjna, pełna optymizmu. Nawet jej bujający, powłóczysty sposób chodzenia ukazuje absolutną pewność siebie istoty doskonałej. Za to on - jej alter-ego, mroczny pan (jednoznacznie kojarzący mi się z Sandmanem Gaimana), zagubiony, pełen refleksji introwertyk. Z wiecznie potarganymi włosami, wymiętych ciemnych ubraniach, tulący się do niej, jak dziecko. W głowie pojawia się pytanie jak zdobył takie cudo, jak Eva? Właśnie na zasadzie równowagi i wspólnego uwielbienia przeszłości. On nie potrafi żyć bez swojej muzyki, instrumentów - ona podróżuje z walizką wypełnioną ukochanymi książkami, które czyta z prędkością światła. 
Ich kompletnym przeciwieństwem jest młodsza siostra Evy, Ava. Zachowująca się jak krnąbrne, rozpuszczone dziecko. Kojarzy się z małym, kolorowym pisklakiem, który cały czas drze się o pożywienie oraz uwagę. Ava, to osobista puszka Pandory głównych bohaterów, aktywująca i wywołująca kłopoty. Mia Wasikowska, po raz kolejny pokazała, że potrafi świetnie grać. A przy jej urodzie, aż się prosi by ją ubrać w landrynkowe ciuszki, zamiast pensjonarkowych sukienek, których zazwyczaj występuje. 
Ostatnią ważną postacią opowieści i za razem ostatnim wampirem, jest Marlow. Najstarszym, najbardziej tajemniczy, wielka zagadka. Jednocześnie guru, nauczyciel i powiernik Evy, a prawdopodobnie też Adama. Pogodzony ze światem zewnętrznym, kochający życie. John Hurt, jako starszy pan, z szpakowatymi włosami w wiecznym nieładzie. 


Najnowsze dzieło Jarmuscha wchodzi do polskich kin 14 lutego. Nie wiem, czy to zawierzona przez dystrybutorów data, by skusić nieświadomych na dobry film. Jednak osobiście nie uważam tego za najlepszy pomysł. Już raz miałam średniej kasy przyjemność oglądania "Antychrysta" von Triera z bandą ludzi święcie przekonanych, że wybrali się na komercyjny horror. Jak można się domyślać nie wspominam tego najlepiej, oni pewnie również. A tutaj czekają nas Walentynki oraz trailer w stylu: wampiry, miłość, Loki z Thora itp. I wiadomo, jaką grupę ludzi to przyciągnie. Mam nadzieję, że choć połowie się spodoba, bo to centralnie jeden z najlepszych obrazów (a może nawet najlepszy), jakie w tym roku widziałam. A także Jarmusch najwyższych lotów, w stylu "Noc na Ziemi".