niedziela, maja 31, 2015

Bonne soiree, France


Kilka dni temu zakończył się 6. Przegląd Nowego Kina Francuskiego. Poświęcony w tym roku głównie adaptacjom literackim, w szczególności ekranizacjom kultowych komiksów. Z 9 filmów udało się na razie zobaczyć 5. Właściwie poszczególne tytuły łączy jedynie język, bo tematyka i realizacja są przeróżne.


"Kot Rabina" reż. Joann Sfar, Francja 2011 - animowana adaptacja komiksu o tym samym tytule, bynajmniej nieprzeznaczona dla najmłodszych widzów. Algier rok 1920, miejsce i czas gdy rabin nazywał muzułmanina kuzynem i nikt nie wstydził się, że mają wspólnych przodków. Świat oglądany z perspektywy gadatliwego kota (mówi ludzkim głosem), który podróżując ze swoim panem w poszukiwaniu Czarnej Jerozolimy zwiedza muzułmańską Afrykę. Film stworzony charakterystyczną kreską pokazuje jak ważna jest tolerancja religijna i społeczna. Doskonały na leniwe popołudnie.


"Dmuchawce" reż. Carine Tardieu, Francja 2012 - opowieść o dorastaniu i przystosowaniu. Rachel ma 9 lat i chodzi do psychologa, bo śpi z szkolnym plecakiem oraz nie ma przyjaciół. Jej rodzice o problemach rozmawiają po angielsku, choć ona ich doskonale rozumie. Ojciec spędził dzieciństwo w Oświęcimiu, a matka jako zbędny bagaż w podróżach własnej matki. Sami mają problemy z komunikacją, a co dopiero z wychowaniem jedynaczki. Na szczęście koleżanką z ławki Rachel zostaje rezolutna i wygadana Valerie. Ona wraz z matką i bratem nauczą rodzinę Gladstein cieszyć się codziennością. Film w klimacie "We are the best" Moodyssona - wesołe, kiczowate lata 80., choć bardziej dojrzały. Pierwszy bunt, pierwsza miłość, pierwsze pożegnania. Ogląda się go z czystą przyjemnością.


"Francuski minister" reż. Bertrand Tavernier, Francja 2013 - kolejna ekranizacja komiksu. Młody absolwent dostaje pracę w ministerstwie. Przez pierwsze dni nie ma kompletnie pojęcia na czym polega jego praca (ostatecznie ma pisać przemówienia), podąża wąskimi korytarzami urzędu (dawnego pałacu) i próbuje znaleźć swoje miejsce. Jego szef jest ekscentryczny, charyzmatyczny, ale przede wszystkim chaotyczny w działaniu. Wszystko ogarnia szef gabinetu, który uczy młodego urzędnika jak przetrwać w świecie politycznych kryzysów oraz mody - garnitur musi być jednolity z dopasowanym krawatem oraz koszulą, kwadratowe noski w butach są niedopuszczalne. W tle mamy współczesne, międzynarodowe problemy, na czele z imigracją. Jak również francuską codzienność, która pokazuje że najważniejszy minister w państwie to też współczujący człowiek. W tle zakreślone na żółto cytaty z Heraklita, które próbują okiełznać chaos filmu.


"Markiza Angelika" reż. Ariel Zeitoun, Francja 2013 - ponowna adaptacja powieści Anne Golon o przygodach pięknej Angeliki. Wychowana na filmach płaszcza i szpady serwowanych na przełomie lat 80. i 90. w polskiej telewizji od pierwszej minuty załapałam klimat XVII-wiecznej Francji. Jednak awanturnicze historie, które uwielbiałam mając 8 lat, obecnie raczej wzbudzają śmiech. Co gorsza doskonale pamiętałam jak film się skończy. Oczywiście najnowsza wersja perypetii miłosnych przyszłej markizy nie radzi kiczem jak ta z lat 60. Wszystkie detale epoki oddane są perfekcyjnie, a zdjęcia plenerowe urzekają. Film chyba nie przyniósł spodziewanego dochodu, więc raczej kolejnych części nie będzie. Dla tych co nie widzieli pierwowzoru i nie wiedzą jakie losy czekają Angelikę, zachęcam do obejrzenia cyklu z Michele Mercier (5 filmów) lub przeczytania książek (13 tomów).



"Guillaume i chłopcy! Kolacja!" reż. Guillaume Galienne, Francja 2013 - monodram przeniesiony przetwórcę na kinowy ekran. Obejrzany kilka miesięcy temu, jeden z najlepszych francuskich filmów 2014 roku - zdobył 4 Cezary. Film-pamiętnik autora, który na dodatek wciela się w dwójkę głównych bohaterów - Guillaume oraz jego matkę. Opisywanie fabuły nie ma tu najmniejszego sensu, to opowieści o dojrzewaniu, tolerancji, akceptowaniu samego siebie. Guillaume jest oficjalnie genialny w obu rolach, choć oczywiście rządzi postać matki, jej intonacja głosu, gesty i ruchy. Film uroczo kampowy, prawdopodobnie nie dla każdego, ale ja osobiście bawiłam się świetnie.

sobota, maja 16, 2015

Milano Italiano - weekend na spontanie

MIASTO


Widok z samolotu, prawdopodobnie Bergamo. Powoli po lekkich turbulencjach zbliżaliśmy się do lądowania. Jeszcze tylko godzinna podróż autokarem z bandą Duńczyków i docieramy na dworzec centralny w Mediolanie. "Mysim zmysłem" trafiamy na odpowiedni przystanek autobusowy i zaczynamy podbój drugiego największego po Rzymie miasta we Włoszech.


W Mediolanie nie czuć typowego południowego, włoskiego klimatu. Wyglądem przypomina raczej Kraków lub inne europejskie wielkie miasto. Z tą różnicą, że jest tam bardzo czysto. Nawet murali i innych ściennych napisów jest mało. Mediolańczycy mają lekkiego fioła na punkcie segregacji śmieci i widać to na każdym kroku. Na ulicach i w parkach nie zobaczysz papierków, butelek i innych syfów, których pełno jest u nas. Śmietniki stoją na każdym rogu, w publicznych miejscach znajdują się różne pojemniki na odpowiednie odpady. A domowa segregacja jest na mega zaawansowanym poziomie, aż czasem nie wie się z którego worka należy skorzystać. Przyznam, że fantastycznie chodzi się po mieście, gdzie nie trzeba ciągle uważać na śmieci lub psie kupy na chodnikach.


A propo psów, tych też jest pełno. Oczywiście nie chodzi mi o biedne, bezdomne mieszańce. Jak przystało na włoską stolicę mody, w większości rasowe czworonogi spacerują na smyczach ze swoimi właścicielami praktycznie wszędzie. Nawet uczestniczą w zakupach w sklepach - możliwe że pomagają wybrać odpowiednią sukienkę lub krawat. Wydaje mi się, że nie widziałam żadnego osobnika w kagańcu, choć owszem wszystkie były na smyczach. Generalnie posiadanie psów w kraju, gdzie sjesta trwa od 15 do 18 jest o wiele prostsze. Nie ma się wyrzutów sumienia, że zostawiamy pupila na cały dzień w domu. W ciągu dnia możemy spędzić z nim czas, wyjść na zewnątrz. A widząc, że nie ma zakazu wpuszczania psów do sklepów, podejrzewam że w niektórych firmach można zabrać zwierzę ze sobą do pracy. Choć nie wiem czy gdziekolwiek na świecie istnieje taki zwierzęcy raj.


Południowy styl życia to siedzenie w parku, knajpach lub knajpach w parku. Picie wina, piwa jest w pełni legalne. Zaznaczmy, że nikt się nie upija, a osoby śpiące na ławkach są normą nikogo niegorszącą. Bo przecież jest gorąco, słonecznie, więc każdemu należy się chwila wytchnienia w cieniu przy zimnym drinku. Miasto w weekend, poza strefą turystyczną zamiera. Ulice są opuszczone, jedynie od czasu do czasu widać jakiegoś człowieka. Gdzie są wszyscy, w domach? Nie, siedzą w parkach - których w Mediolanie jest całkiem sporo.  Wypoczywają, rozmawiają, bawią się, ćwiczą i biegają. Nie zależnie od wieku mnóstwo osób, szczególnie mężczyzn biega. A wieczorami sączą drinki, zagryzając przekąskami w parkowych knajpkach.




ZWIEDZANIE - ZABYTKI, SZTUKA, DESIGN, JEDZENIE, MODA


Włoski styl życia, czyli reklama pieczywa i kiełbasy na największym zabytku miasta - katedry Duomo. Zresztą reklamy mięsiwa towarzyszyły nam na każdym kroku, gdyż niepodzielnie rządziły w komunikacji miejskiej. Wiadomo Włosi lubią dobrze zjeść. Nie bez przyczyny wystawa Expo 2015 poświęcona jest "żywieniu planety, energii dla życia" odbywa się właśnie w Mediolanie. Na nasze szczęście z przeciwnikami wystawy rozminęłyśmy się o tydzień i w mieście było już spokojnie, choć policje widać było na każdym kroku.


Duomo to największa atrakcja Mediolanu, przynajmniej dla mnie. Czyli osoby o średniej pojemności portfela, niewielkim zapałem religijnym oraz nieco wyższej niż przeciętna fascynacji architekturą, sztuką  i designem. Ci ze złotymi i platynowymi kartami pewnie uznaliby dzielnicę mody, gdzie Versace ściga się z Pradą o najlepszą witrynę w mieście. Religijni z namaszczeniem ruszyliby zobaczyć "Ostatnią wieczerzę" i odwiedzili każdy kościół czy bazylikę. A ostatni wykorzystaliby MilanoCard by zwiedzić liczne muzea. Osobiście wolałam spacerować po dachu jednej z największych katedr na świecie, której budowa trwała ponad 400 lat. Przy Duomo Norte-Dame w Paryżu prezentuje się nieco marnie. Widok z góry jest wspaniały, szczególnie w tak słoneczny dzień, na jaki udało się nam trafić. Podziwianie panoramy miasta w otoczeniu setek gargulców i bandy świętych, a następnie wejście na sam szczyt jest wart tych 8 euro. A wspinaczka po schodach mija stosunkowo szybko, idąc nie czuje się właściwie kolejnych metrów. Co prawda w deszcz lub śnieg bym nie polecała tego typu wycieczki. Samo wnętrze jest monumentalne, a zarazem skromne w swej prostocie. 


Expo, expo, expo. Jeśli wybierając się do miasta nie miało się pojęcia, że właśnie trwa tam wystawa światowa, to wielkie, trawiaste jabłko na środku placu przez katedrą uświadomi każdego. Podobnie jak liczne flagi i inne emblematy wystawy. Pawilony i centrum znajduje się "za górami, za lasami itd.", czyli na ostatniej stacji metra, właściwie na przedmieściach. Już pierwszego wieczoru podjęłyśmy próbę wyprawy, jednak poniosłyśmy porażkę. Spóźniłyśmy się, kasy były nieczynne a dodatkowo nasze karty miejskie nie działały, bo Rho jest poza Milano. Na szczęście po tym falstarcie udałyśmy się do Triennale di Milano - muzeum designu, gdzie z racji Expo była wystawa "Arts & Foods". Dzięki temu na własne oczy zobaczyłam słynne puszki zupy Campbell's Warhola oraz jego "Ostatnią wieczerzę". Przyznam, że największe wrażenie robi sztuka współczesna i jej zabawa konwencją - np. dom z chleba, parówki przy ognisku. Dobrze było zafundować sobie alternatywne, muzealne zwiedzanie.


Jedzenie - najlepsza pizza była od Araba za 3 euro. Generalnie oprócz pizzy i kwiatowych lodów nie udało się nam nic zjeść na mieście. Albo była sjesta i wszystko nieczynne albo pora lunchu czyli brak miejsc. Za to serowe zakupy w markecie spełniły nasze oczekiwania, nie wspominając o prezencie w zamrażalce - dwóch opakowaniach lodów. Tak, tak jedzenie po nocy serów z melonem i popijanie winem nie jest najzdrowsze. Ale od tego właśnie się spontaniczne wakacje.


Chic girls na tle Prady w czarnych sandałach - hicie sezonu! Milano to stolica mody włoskiej, ale tego jakoś szczególnie nie widać. Chyba trafiłyśmy na czas fanów zdrowej żywności, a nie najnowszych trendów. Na Monte Napoleone, czyli ulicy z najważniejszymi butikami było sporo turystów, ale same sklepy świeciły pustkami. Możliwe, że życie rozkwita tam o innej porze dnia lub gdy nadchodzi tydzień mody. Mi pozostanie jedynie wspomnienie minięcia się ze Stefano Gabbana w Vittorio Emanuele II.


Każdy szanujący się rowerzysta, nawet ten najmłodszy, musi pamiętać by przypiąć swój rower. Szczególnie tak fantastyczny jak to czterokołowe różowe cudo. Jego właścicielka prawdopodobnie ruszyła na zakupy do Tigera.

poniedziałek, kwietnia 20, 2015

Człowiek-nietoperz a może człowiek-ptak? Ale czy to ważne...


Szanowni Państwo w najważniejszych kategoriach Oskara zdobywa... "Birdman" (tutaj mamy oklaski i wiwaty). Opowieść o człowieku-ptaku, choć może tak naprawdę historia pierwszego odtwórcy człowieka-nietoperza. Czy tylko? Gdyby jego reżyserem był ktoś inny możliwe, że tak. Jednak Inarritu jest autorem niejednoznacznych obrazów, lubiącym łączyć kilka opowieści w niekoniecznie spójną całość. Zebrał świetną ekipę, każda postać jest perfekcyjnie dopasowana. Kamera podąża po wąskich, klaustrofobicznych pomieszczeniach w broadwayowskim teatrze. Trochę przestrzeni otrzymujemy w scenach na dachu, gdzie wreszcie wszyscy mogą powiedzieć co naprawdę czują. Świerze powietrze działa jak eliksir prawdy, choć dla aktorów prawdziwe życie toczy się tylko na scenie.

Keaton przywdział lateksowy kostium Batmana, gdy Thor i reszta drużyny Avengersów bawiła się w superbohaterów klockami Lego. Walczył z Jokerem bez pomocy komputerowych speców. Wszystko wtedy (początek lat 90.) opierało się na inwencji twórczej ludzi od efektów specjalnych, kostiumografów, charakteryzatorów i innych mistrzów drugiego planu. Z ich i Keatona pomocą Tim Burton stworzył dwa klasyki komiksowego świata. Przyznam, że już się obecnie pogubiłam z kim i kiedy walczą obecni herosi (może z wyjątkiem Lokiego). Za to Joker, Pingwin i Kobieta-Kot niezmiennie trwają w mej pamięci. Ach ten kostium Michelle Pfeiffer, który jej bohaterka sama uszyła z lateksowego płaszcza i białej nitki!
Michael Keaton był gwiazdą ekranu do połowy lat 90. Mistrz komedii romantycznych, pierwszy superbohater Ameryki (nikt już wtedy nie pamiętał o filmowym Supermanie, królowała wersja "S" na srebrnym ekranie, gdzie pierwsze skrzypce grała Lois Lane a nie człowiek z peleryną). Potem musiał ustąpić miejsca młodszym, przystojniejszym. Może nie do końca lepszym, raczej nadążającym z rozpędzonym czasem nowego wieku i ery efektów komputerowych. Dlatego oglądając Birdmana ma się wrażenie, że Keaton gra samego siebie - obalonego króla ekranu który pragnie odrodzenia na deskach teatru. Tylko jak osiągnąć sukces, gdy własne heroiczne alter ego bojkotuje cały projekt. Nie wspominając o negatywnie nastawionej pani krytyk, nie dopieszczonej kochance, lekko niezrównoważonej córce, gwiazdorze marzącym by ukraść show, niedowartościowanej scenicznej partnerce i innych czysto techniczno-finansowych problemach. Riggan walczy z całych sił, czy jednak choć przez chwilę ktoś siedzący przed ekranem wierzy w jego zwycięstwo? Czy ktoś chce by wygrał, pokonał system? Przyznam, że ja początkowo owszem ale z każdą minutą filmu coraz mniej. Bo emerytowany superbohater jest zapatrzonym w siebie egoistą, który w dupie ma córkę, kochankę, ekipę. Właściwie nie obchodzi go sztuka, liczy się tylko powrót na szczyt, aplauz publiki, blask fleszy. Przez to jedyną osobą która wywołuje w nim lęk jest pani krytyk. Nie bez przyczyny ukazana jako dystyngowana starsza pani, ona nadal pragnie by teatralna scena należała artystów, aktorów, a nie gwiazd i celebrytów. 
"Birdman czyli nieoczekiwane pożytki z niewiedzy" to oczywiście próba rozliczenia z współczesną pop-kulturą. Ukazanie jej wad i wpływu na ludzi próbujących w niej egzystować. Coś w tym jest, że coraz więcej tzn. "sław" skupia się jedynie na zdobyciu popularności. Nieważne czy na podstawie dobrej bądź złej reputacji. Nie liczy się co o nas mówią, najważniejsze że mówią. Jeśli o nas zapomną to przestaniemy istnieć. Tak myśli Riggan - dramatyczna końcówka nie pokazuje jego poświęcenia dla sztuki, ale chęć zdobycia nieśmiertelności. W pogoni za nią zapomniał, że w dzisiejszym świecie łatwo ją zdobyć na 5 minut, ale by ją utrzymać trzeba być superbohaterem. Takim typem człowieka jak Mike (dawno nie widziany bez kostiumu Edward Norton), który żyje prawdziwie na scenie. Poza nią niestety nie potrafi normalnie funkcjonować. Ale czy to ważne, skoro jest artystą i gwiazdą a na dodatek tłumy go uwielbiają? 

sobota, lutego 21, 2015

Oskarowe choroby


Wielkimi krokami zbliża się wieczór rozdania najbardziej popularnych nagród filmowych na świecie. Dyskusyjne jest czy są to najważniejsze i najbardziej prestiżowe statuetki. Na pewno najbardziej komercyjne, ale już raczej nie budzące większych emocji. Od jakiegoś czasu mówi się o tym jak bardzo stały się przewidywalne. Większą ekscytację wywołują nominacje a zwłaszcza kreacje poszczególnych gwiazd i gwiazdek niż sami zwycięscy udający zaskoczenie zdobyciem nagrody. Zdaje się, że jury powoli idzie na łatwiznę i bazuje na innych tego typu wyróżnieniach m. in. Gildii Krytyków, Reżyserów, Aktorów itd. I co im się dziwić, skoro są to ludzie zasiadający także w tych komisjach.

O ile w kategorii najlepszego filmu niekiedy zdarzają się niespodzianki (byłoby wspaniale jakby wygrał "Grand Budapest Hotel" lub "Whiplash" ale pewnie padnie na "Teorię wszystkiego"), to nagrody aktorskie są z góry przesądzone. Podobno nawet bukmacherzy nie przyjmują na nie zakładów. W tym roku najlepszymi kreacjami mają zostać choroby XXI wieku - Alzheimer oraz ALS (stwardnienie zanikowe boczne). Obie są nieuleczalne i neurodegeneracyjne, czyli powodują zanik komórek nerwowych. Pierwsza atakuje duszę, a druga ciało. Co gorsze?

 
Jakiś czas temu bardzo psioczyłam na Julianne Moore za jej rozhisteryzowaną kreację w "Maps to the stars". W przypadku "Still Alice" nie mogę powiedzieć ani jednego złego słowa, wręcz odwrotnie jestem zachwycona. Moim zdaniem bije konkurencję na głowę w wyścigu po Oskara. Co prawda nie widziałam jeszcze Reese Witherspoon w "Dzikiej drodze", ale słodka blondynka (z nieco za dużą, amerykańską szczęką) jako brzydka narkomanka to już było (Charlize Theron w "Monster").
 
"Still Alice" nie jest dramatem jednej osoby, to tragedia całej rodziny, która musi poradzić sobie w nowej, nie dającej nadziei sytuacji. Oczywiście pierwsze skrzypce gra Moore jako przebojowa Alice Howland - uznana pani profesor, kobieta nowoczesna, potrafiąca pogodzić karierę z życiem rodzinnym. Uważam, że jest to jedna z jej najlepszy ról. Jest szczera i naturalna, w sytuacjach żenujących i tych wzruszających nie można wychwycić ani odrobiny sztuczności. Gra jakby na własnej skórze doświadczała kolejnych etatów tracenia samej siebie. Generalnie olbrzymim atutem całego filmu jest brak patetyzmu i moralizatorstwa, którego ostatnio nie cierpię. Cały przebieg choroby, a także wszystkie postacie są ukazane w sposób obiektywny, twórcy nikogo nie oceniają, zostawiają to widzom. Ale jak można tu kogokolwiek osądzać i krytykować? Nie da się przewidzieć własnego zachowania w obliczu tragedii, najlepsi ludzie niekiedy nie potrafią radzić sobie z cierpieniem i bezsilnością bliskich. Oczywiście Hollywood to Hollywood, więc ostatecznie na placu boju pozostaje "czarna owca" rodziny, ci idealni poddają się, uciekają. Czy można ich winić? Nie wydaje mi się, przecież próbowali, ale jak widać Alzheimerem nie da się pokonać. Niestety bohaterem zostaje najsłabszy element filmu, czyli "jedna-krzywa-mina" Kristen Stewart. Drewniana i rozczochrana jak zwykle. Ciągle nie pojmuję jej fenomenu.
 
Przyznam, że najbardziej przerażające w całej historii jest, że choroba (w tym wypadku konkretnie geny) nie wybiera. Nie ważne,  że Alice prowadzi zdrowy, aktywny tryb życia, regularnie się bada. Jest przykładem dla swoich dzieci, studentów i innych ludzi. Pomimo szybkiego wykrycia walka jest  właściwie przegrana. Leki niwelują objawy, ale nie postęp choroby. Alzheimer jest przerażającym schorzeniem, szczególnie dla najbliższych chorego. Alice powoli znika, jej osobowość rozmywa się. Jest osobą, która pracuje umysłowo, wykłada zawiłości lingwistyczne na uczelni. Dlatego zaniki pamięci są u niej szczególnie uciążliwe i bolesne. Oczywiście dla niej to straszne doświadczenie. Jednak na zaawansowanym etapie już nie czuje różnicy, po prostu nie pamięta kim była. To jej mąż oraz dzieci cierpią najbardziej. Jej z każdą kolejną minutą filmu ubywa, zostaje jedynie pusta skorupa, a rodzina zaczyna uciekać, odcinać się. Trzeba mieć wielką odwagę by żyć z człowiekiem, który wygląda jak ukochana osoba ale nią już nie jest. "Still Alice" nie ma happy endu, ale pokazuje nieświadomym widzom jak walczyć nawet w przegranej sprawie. Alice próbuje, w świadomych chwilach nadal stara się być dawną osobą (scena gdy wygłasza wykład na temat własnego przypadku jest świetna).
 


Lubię Eddiego Redmayne'a i uważam, że jest wszechstronnym aktorem, ale czy Stephen Hawking jest wart Oskara? Nie jestem pewna. Tu konkurencja jest bardzo wyrównana, szczególnie w osobie Steve'a Carella który dał popis w "Foxcatcherze". Amerykanie uwielbiają swoich bohaterów narodowych, a do nich na pewno obecnie zalicza się Chris Kyle w wykonaniu Bradley'a Coopera. Sam Cooper mnie ciągle zaskakuje, on chyba gra we wszystkim co mu agent podsunie, bo perełki mieszają się na równi z gównem w jego karierze.

"Teoria wszystkiego" moim zdaniem jest nudna i przy długa. Twórcy chyba nie do końca się zdecydowali o czym ma być film. Z jednej strony mamy historię miłości Jane do Stephena, bo nie oszukujmy się od razu widać kto tu kogo kochał bardziej lub wychował się w purytańskiej rodzinie gdzie dane zachowanie było wskazane (nie radzisz sobie z chorym mężem i dwójką dzieci, to zapisz się do kościelnego chóru - nie ma jak złote rady matki!). Z drugiej jest ALS, czyli stwardnienie zanikowe boczne, które powoli paraliżuje cały organizm bohatera. Ta część jest zagrana rewelacyjnie, choć nacisk został położony jedynie na fizyczną stronę choroby. Wiem, że przy tym schorzeniu granie ciałem jest trudne, ale Hawking dopiero w końcówce filmu przestaje mówić. A o jego emocjach nie wiemy praktycznie nic od momentu postawienia diagnozy. I na koniec trzeci element - geniusz i odkrycia naukowe, które na nie szczęście zostały potraktowane mało profesjonalnie. Niby wszyscy wiedzą, że Hawking jest bogiem współczesnej astrofizyki, ale mi w filmie zabrakło konkretów. Więcej poświęcono jego początkowemu niezdecydowaniu w wyborze pracy doktorskiej niż późniejszym badaniom. 

Mam wrażenie, że tak na serio to dostaliśmy opowieść o Jane, która poświęciła swoje życie dla schorowanego męża geniusza. Niby inteligentna, wykształcona kobieta, a sama wpakowała się w bycie opiekunką. I wcale nie z miłości, po prostu tak została wychowana. Felicity Jones męczy się w roli męczennicy i ciężko się ją ogląda. Za to Eddie rzeczywiście wypada świetnie i autentycznie. Stephen zawsze słyszał, że jest wyjątkowy i wiele osiągnie. Jest pewny siebie, a z postępem choroby staje się skupionym na sobie egoistą. Gdy zapada wyrok/diagnoza jedynie myśli o swoich teoriach, Jane jest tylko tłem. Widać, że w pewien sposób kocha ją i dzieci, ale nauka i prestiż są najważniejsze. Dlatego z upływem lat coraz bardziej potrzebuje opiekunki, a nie ukochanej. ALS powoduje, że człowiek staje się inwalidą uwięzionym we własnym ciele, ale nadal jest sobą. Jeśli jest wystarczająco silny psychicznie, przy obecnych możliwościach techniki może osiągnąć praktycznie wszystko. Trzeba mieć jednak jakiś cel, wyzwanie. Stephen Hawking jest tego idealnym przykładem.

wtorek, stycznia 27, 2015

Dancing shoes

Moja najnowsza zdobycz. Mokasyny z wężowym motywem. Czekają na pierwsze wyjście, jak nastąpi koniec chłodów i opadów. Idealne do spodenek, plisowanych lub rozkloszowanych spódnic. Kocham mangooutlet!
 
W ramach po weekendowych przemyśleń stwierdzam, że nic tak nie psuje zabawy jak partner bez poczucia rytmu. Taki osobnik, szczególnie  gdy jest upierdliwy i nie łapie aluzji, może obrzydzić nawet najlepsze party. Nie wymagam by każdy był mistrzem parkietu. Sama zdecydowanie się do nich nie zaliczam. Niektóre dźwięki kompletnie do mnie nie trafiają i przy nich pasuję, idę po drinka lub posiedzieć by dać wytchnienie stopom. Jednak udawanie, że się tańczy, na dodatek w parze, gdy się zupełnie nie czuje rytmu wykracza poza pakiet mego postrzegania. Po co, na co i dlaczego? Skoro bujanie się przy muzyce nie sprawia przyjemności, na cholerę robić to na siłę? Niby wiadomo, że najłatwiej poderwać kogoś tańcząc. Może tylko należy stosować metody dopasowane do możliwości i umiejętności. Obracanie się lub gibanie na boki jak słup, to nie taniec! Nie ma sensu się męczyć a dodatkowo psuć zabawę innym. Lepiej postawić na swoje atuty, a nie pogrążać się ukazując słabości. Oczywiście wypada też znać swoje mocne strony i korzystnie je pokazać. Tym, którzy tego nie potrafią lub upierają się przy podrywie na parkiecie zalecam kursy tańca (online lub w realu). Magiczne tańczące pantofelki istnieją tylko w bajkach a jeszcze nikt nie wpadł jak je stworzyć w naszej rzeczywistości.   

czwartek, stycznia 22, 2015

Podróże - małe i duże


Czas podróży. Co z tego, że mróz, ciemność, szarość i zimny wiatr z deszczem, nawet mini śniegiem. Trzeba być dzielnym, spakować ciepłe rajstopki, czapkę, rękawiczki i ruszać w drogę. I koniecznie ukochany dres! Najlepiej w ciepłym aucie lub PolskimBusie z dostępem do WiFi, a w ostateczności w ciasnym autobusie, gdzie działa sprawnie jedynie silnik (całe szczęście). Ostatnio jakoś pociągiem udaję się jedynie w podróże służbowe, bo za nie nie płacę. Ale podczas tych wypraw nie robię zdjęć, bo... po pierwsze nie mam czasu, po drugie nastroju i po trzecie wędruję wtedy w mało ciekawe miejsca. Za to odwiedzając znajomych i rodzinę można odkrywać tyle piękna.

Łódź

Listopadowy wypad do Łodzi okazał się doskonałą okazją do buszowania w opuszczonych fabrykach i fotografowania murali tam istniejących. Jednym słowem profesjonalnego zwiedzania, łącznie z odwiedzinami w muzeum. Dodatkowo miałam w programie samochodowe podziwianie poszczególnych, niekoniecznie bezpiecznych dzielnic miasta bez ryzyka pobicia. Bo jak jedziesz na wycieczkę w dresie to nie należy spodziewać się wizyty w filharmonii.  


Oczywiście nie obyło się bez shoppingu w wspaniałym, inspirującym Tigerze (wśród zakupów znalazło się czapkowe krosno) oraz zawsze chętnie odwiedzanym PanTuNieStał (skarpetkowe prezenty i kozia czapka). A i te jedzenie! Jajecznica z awokado i racuchy na śniadanie, gęsina na obiad, lody z musem truskawkowym oraz cytrynową mgiełką w ramach deseru... Tyle pysznego dobra, które zaspokoiło moje potrzeby na mięso oraz słodycze na półtora miesiąca, czyli idealnie do świąt w Puszczy. 


Puszcza

Puszcza w święta nie zachwyciła śniegiem. Ale błękit nieba i delikatny lód na jeziorze wynagrodził te lekkie niedociągnięcie. Zresztą sugerując się poprzednimi latami, można się spodziewać białego puchu w Wielkanoc. Rodzinny spacer po lesie zapewnił odpowiednie dotlenienie, szczególnie po wcześniejszych wyczerpujących atrakcjach. Ostatnia część "Hobbita" została zaliczona. Trochę była przydługa, ale bijatyka była na odpowiednim poziomie, Legolas zapomniał czym jest grawitacja i ci co mieli zginąć wreszcie to uczynili, choć niektórzy z opóźnieniem. Lumping bez szaleństw, ale dwa nowe swetry i spódnica wepchały się do szafy. Jeśli chodzi o jedzonko, to o dziwo miałam ochotę na słodkie (może smak mi się zmienia na starość?), szczególnie śmietaniak, pierniki i ciasto pomarańczowe. Całe szczęście, że na stole jak zawsze królowały dania bezmięsne. Kotlety sojowe pokonały nawet wspaniałego indyka, choć na niego też dałam się skusić. Jednak nie mam tendencji do poświątecznego umierania z przejedzenia. 


Karpacz


Zaczęło się od wieczornej jazdy po bocznej, górskiej drodze w deszczu, śniegu i wichurze. Gałęzie spadały z drzew, blokowały jezdnię, a wiatr bujał autem. Jednak M. okazała się wytrwałym kierowcą terenowym i bezpiecznie dowiozła nas do filharmonii. Z lekkim opóźnieniem w obcasach i wizytowych sukienkach weszłyśmy na salę bocznym wejściem. Koncert noworoczny okazał się nieco inny niż zakładaliśmy, ale orkiestra grała wspaniale, pan dyrygent sypał żartami, a solistka dała lekcję prawidłowego oddychania (ona zdecydowanie miała czym oddychać). Jakoś nie dane jest mi cieszyć się śniegiem tej zimy, nawet w Karpaczu go zabrakło. Kaloszki okazały się idealnym obuwiem na przedobiedni spacer, choć nie padało a nawet słońce wyszło na chwilę zza chmur. Po wieczorze kulturalnym była pora na wieczór sportowo-rekreacyjny w kompleksie basenowym. Tu dres był jak najbardziej wskazany. Także w górach był mały shopping, jednak osobiście nie dałam się skusić kolejnej czarnej spódnicy. Jedzenie było domowe, pyszne... pieczona z cytrynami i jabłkiem ryba, sery, czerwone wino i oczywiście genialna porterówka. Coś w tym jest, że w górach nie ma się kaca! 
  

poniedziałek, grudnia 29, 2014

Produkcja


Od listopada, po pobycie w mieście Łódź gdzie doznałam olśnienia, zajmuję się produkcją czapek. Tu mamy mój podstawowy przybornik, czyli krosno, guziki, włóczki, szydełko, igłę.


Nowa dostawa: jednolite wełniane, melanżowe z alpaki i wełny owczej (mega ciężkie w obróbce), tęczowe akrylowo-wełniane. Z każdego motka wychodzi kolejna niepowtarzalna czapka.



Owoce pracy: czapki bez lub z ściągaczem, pierwsza (i na razie jedyna) opaska. Większość wykonana z jednej nici, choć szary olbrzym otrzymał dodatek tęczowej włóczki.


Gotowe do podróży na wschód, by znaleźć się pod choinką, a następnie trafić do właścicieli.

poniedziałek, grudnia 15, 2014

Zimowo... zapiekankowo

Zimno, buro, oczywiście śniegu nie ma. Czyli mamy grudzień w Breslau. Chandra atakuje, więc najlepiej się przed nią bronić pysznym JEDZENIEM. Konkretnie pożywnymi zupami (ostatnio mistrzowska ogórkowa G. - tym razem bez chili, ale z odpowiednią dawką pieprzu) oraz zapiekankami. Nie chodzi o klasyczne typu: bułka, pieczarki, ser i oczywiście kiełbasa lub inne zwierzątko. Mowa o wypasionych zapiekankach z makaronem lub ziemniakami, a także z masą innych roślinnych pyszności.


Zapiekanka makaronowa - świderkowa.  Warstwa warzywna: pokrojone w paski i uduszone marchewka, cukinia, czerwona papryka oraz cebula czerwona i biała. Wszystko w sosie z pomidorów w puszce (konkretnie to miałam w kartoniku). Przyprawione pieprzem, solą, czosnkiem niedźwiedzimi oraz szałwią. Na część warzywną wrzucamy ugotowany (nierozgotowany) makaron świderki - pilnujemy by warstwy się nie wymieszały. Na koniec dodajemy potarkowany żółty ser (goudę lub mozzarellę) oraz słonecznik. Całość zapiekamy w piekarniku przed 15 minut - termoobieg z grillem.


Zapiekanka - puree. Farsz: starta marchewka, cukinia i cebula pokrojona w kostkę, prażony słonecznik - wszystko usmażone na oleju z aromatem chili i czosnku (smażymy przyprawy aż są czarne, następnie je wyrzucamy - zostaje tylko aromat) oraz odrobiną soli i większą drobiną pieprzu. Górna warstwa to puree z ziemniaków z jogurtem greckim z dodatkiem pasków masła (żeby nie wyschło) słonecznikiem i czosnkiem niedźwiedzim. Całość tez trzeba zapiec przez 15 min z termoobiegiem, ale bez grilla.



Zapiekanka - makaronowa ze szpinakiem. Makaron świderki (najulubieńsze) z wierzchu zapieczony starty ser, posypany czosnkiem niedźwiedzim i szałwią. Dolna (niewidoczna) warstwa: uduszony mrożony szpinak z dodatkiem usmażonej czerwonej i białej cebuli, rucoli oraz fety (najlepsza jest ta gotowa w zalewie pokrojona w kostkę - prawdziwa feta się nie topi). Z przypraw standardowo: pieprz, sól, szałwia, czosnek niedźwiedzi, trochę soku z cytryny. Zapieczone w piekarniku przez magiczne 15 min z termoobiegiem oraz grillem.

wtorek, listopada 25, 2014

Coś smacznego... kulinarnie, muzycznie, filmowo


Dawno nie bawiłam się tak dobrze na jakimś filmie, jak przy projekcji "Chef". Jedyny feler polegał na tym, że zrobiłam się bardzo głodna, nawet poczułam brak mięsa w mojej diecie. Co ostatecznie nie skończyło się dla mnie najlepiej, ale było minęło i nie będziemy do tego wracać.

"Chef" to autorski projekt Jona Favreau, reżysera między innymi dwóch pierwszych Iron Manów (tych bardziej śmiesznych). Widać od razu, że gotowanie należy do jego pasji. Profesjonalnie sieka, smaży, doprawia i dekoruje potrawy, czyli w każdym calu Master Chef. A na dodatek lubi eksperymentować, bawić się smakami. W przypadku jego bohatera (którego sam gra) chęć zmian i urozmaicenia okazują się gwoździem do trumny. Nie tylko traci pracę, ale dodatkowo daje się skompromitować na twitterze. Wniosek: zanim zaczniesz zabawę/walkę na portalach społecznościowych, warto zapoznać się z zasadami jakie na nich panują. Czytaj: najlepiej zapytaj własnego syna, dla którego wirtualny świat jest tak samo realny jak ten rzeczywisty.

Na szczęście nasz bohater ma nie tylko świetnego syna, ale też niesamowitą i przebojową byłą żonę - wiadomo po kim młody odziedziczył smykałkę do rozkręcania biznesów. Dodatkowo posiada najlepszego kumpla, który jest wstanie porzucić wszystko by go wspierać w ciężkich chwilach. Dzięki nim Carl wymienia ekskluzywną restaurację na foodtrucka, czyli spełnia swoje zapomniane marzenia. Życie na własny rachunek, gotowanie z przyjemnością dla zwyczajnych ludzi, słuchanie i taniec przy kubańskiej muzyce... Przestaje być sfrustrowanym, lekko zdziadziałym facetem, nie mającym czasu dla własnego syna. Wyrwanie się z zamkniętych pomieszczeń pozwala mu zmienić perspektywę, stać się lepszym, szczęśliwszym. A widz z przyjemnością ogląda jak następuje ta przemiana.

Wiadomo największym atutem filmu jest JEDZENIE, ale na równej szali postawiłabym muzykę. Prawie kapie ślinka na widok kolejnych potraw, jednak od tej muzyki nie można się uwolnić jeszcze przez kilka dni po obejrzeniu. Osobiście nie jestem szczególną fanką kubańskich rytmów, ale tutaj idealnie pasowały i nawet uzupełniały fabułę. Przecież nie można żyć tylko jedzeniem!  

Można powiedzieć, że "Chef" jest trochę filmem drogi. W końcu mamy podróż foodtruckiem po liftingu z Miami przez Nowy Orlean (ach te pączki!) do Los Angeles. Cała wycieczka jest na bieżąco rejestrowana i udostępniana przez syna Carla. Twitter okazuje się doskonałą reklamą, jeśli tylko potrafisz się nim posługiwać. Przyznam, że to pierwszy film w którym wykorzystanie tweetów nie wygląda sztucznie ("Frank") a wręcz wydaje się niezbędne. Jeśli chodzi o stronę aktorską to mam wrażenie, że wszystkie osoby zaangażowane doskonale się bawiły na planie i dały z siebie ponad 100%. Sam obraz reklamowany był przez znane nazwiska, które owszem pojawiają się, jednak tylko w epizodach. Gwiazdy wypadają tam świetnie, szczególnie Robert Downey Jr. - eks byłej żony z hipochondrią, jak również Dustin Hoffman - zaściankowy restaurator, któremu przydałby się kopniak od Magdy Gessler.  



Natchniona przez "Małego Głodomora" postanowiłam zrobić własną wersję faszerowanych papryk, a także pomidorów. Wyszedł kolorowy i smaczny obiad. Pomidory miały farsz z tuńczyka, kukurydzy, czerwonej cebuli oraz prażonego słonecznika. Papryki otrzymały bardziej konkretny pakiet - pęczak, ser bałkański, cebula, starta marchewka, suszone pomidory. Oba farsze przyprawione ukochanym czosnkiem niedźwiedzim, solą, pieprzem i odrobiną chili. 

Listopadowe selfeed


Nadeszła pora na kolejne, a konkretnie listopadowe selfeet. Nagle z lekkim poślizgiem pojawiła się jesień. Mi często zdarza się spóźniać, więc w pełni rozumiem że miała inne rzeczy na głowie i się nie wyrobiła na czas. Można jej to wybaczyć, najważniejsze że już jest! Czyli powiało chłodem, słońce ukryło się za chmurami, a drzewa w końcu mogły się pozbyć ciężaru liści. Ostatecznie mogłam schować trampki i sandały do pudełek. Botki panują niepodzielnie, podobnie jak rajstopy. 


A także grube, dłuższe skarpetki. Stopki znów czekają na wiosnę, bo w nich zbyt wieje po nogach. Obecnie najlepiej sprawdzają się modele za kostkę, gdzie nawet ogon smoka nie wystaje i tylko Piotruś Pan wystawia czubek głowy. W takich można spędzić całe popołudnie w NH na edukacji.


Najnowsi faworyci podczas wycieczki do Łodzi, a konkretnie zdobywania pewnej fabryki. Jak się człowiek wybiera w dresach w odwiedziny, to nie może się spodziewać wizyty w operze lub filharmonii. A jak na dodatek  przyjeżdża do takiej Łodzi w dresie, to opuszczona fabryka jest idealny celem zwiedzania.


Tak niewiele brakowało, by wyjść na dach. Niestety jesień, więc dach był mokry i śliski, czyli niebezpieczny (nawet w dresie). Dodatkowo istniało ryzyko wykrycia przez strażnika tego uroczego przybytku, gdzie niegdyś powstawały najpiękniejsze tkaniny.


W Łodzi nawet obciachowe buty mają swoje miejsce w muzeum. Przyznam, że wszystkie były koszmarne i nie jestem do końca przekonana dlaczego znalazły się pośród tylu pięknym tkanin i materiałów. Za to przypuszczam, że trawa została zakupiona tam gdzie moja z letniego dachu.

piątek, października 10, 2014

Wielkie nazwiska i wielkie nic


Niekiedy ogląda się trailer i już nie można się doczekać kiedy zobaczy się sam film, a potem jest jedne wielkie rozczarowanie. "Mapy Gwiazd" powinny mieć alternatywny tytuł "Hollywood Nightmare" który jest zdecydowanie odpowiedniejszy. Poświęcenie prawie 2 godzin najnowszemu dziełu Davida Cronenberga było istnym koszmarem. 

Nie mam pojęcia za co Julienne Moore dostała Złotą Palmę w Cannes. Kolejna rola neurotyczki w jej wykonaniu, znów ten sam grymas na twarzy, zaciskanie zębów, zapuchnięta od płaczu buzia (ach te problemy cery naczynkowej). Reszta plejady aktorów nie wypada dużo lepiej. Edward ze Zmierzchu nadal jest drewniany, tylko skoro nie jest wampirem to nie lśni w kalifornijskim słońcu. Mia Wasikowska kontynuuje rolę z "Stoker", ale brakuje jej tamtej tajemniczości i uroczo diabolicznego partnera. John Cusack jest niestety za stary na role w komediach romantycznych, a w nich sprawdza się najlepiej. Gdy próbuje być poważny, a co gorsza zły, aż go skręca od nadmiaru sztuczności. Na tym tle najlepiej wypada współczesna wersja Macaulaya Culkina, czyli nasz biedny Benjie. Dziecko show biznesu walczące ze wszystkimi demonami, które go otaczają, na czele z koszmarnymi dialogami które prowadzi z rówieśnikami.

Trudno powiedzieć czy sam pomysł na historię jest zły, gdyż poszczególne wątki są tak chaotyczne i dziwnie połączone ze sobą. Niby chodzi o mroczne tajemnice rodzinne i z nimi związane traumy. Nie pojmuję tylko co ma łączyć Havanę (Moore) z rodziną Weissów. Motyw pożaru z przeszłości, widzenie zmarłych, tekst z życiowej roli matki Havany? Jakieś to wszystko mocno naciągane. Wiadomo, podziwiamy zakłamane, zdegenerowane, owładnięte manią sławy i pieniędzy jednostki, których świat zaczyna się walić gdy do miasta aniołów przybywa bogini zagłady i sprawiedliwości - Agatha (Wasikowska). Ale czemu akurat te postacie konkretnie? Oba wątki nie tworzą razem całości, gdyby Cronenberg ograniczył się do jednego a drugi ukazał jako tło, mógłby mu wyjść świetny film. Moim zdaniem, podobnie jak jego bohaterowie, chciał za dużo i przesadził. Jest doskonałym obserwatorem - poszczególne dialogi przypominają wypowiedzi wyciągnięte z wywiadów różnych głupiutkich gwiazdek, Weiss senior w swoich reklamach brzmi jak telemarketer z mango, a rozmowy tzn. amerykańskiej gimbazy są tak złe, że aż wspaniale. Dobry film jednak nie jest zbudowany z pojedynczych dialogów, które ostatecznie nie są spójne. Cronenberg stracił umiejętność prowadzenia opowieści, zbyt skupił się na detalach, szczegółach. Widać to także w samych obrazach. Los Angeles nie jest miastem "gwiazd", ale ponurym, przepalonym słońcem miejscem gdzie widzimy mnóstwo nic nieznaczących, epizodycznych postaci. Nawet perfekcyjne rezydencje są jak martwe skorupy, wypełnione masą rekwizytów, które musimy podziwiać. Tylko po co? Tłum statystów, osób drugoplanowych, dekoracji, gadżetów. Czy to ma na celu rozproszenie uwagi widza, by nie zauważył, że cała historia jest słaba i niedopracowana?



Przyznam, że czuję lekkie rozgoryczenie.  Miałam chyba za duże wymagania i oczekiwania co do tego obrazu. Zresztą od czasu "Wschodnich obietnic" każdy kolejny film Cronenberga znoszę coraz gorzej. A przecież ostatnio ponownie obejrzałam "Muchę" i byłam pod wrażeniem (ale też lekkim obrzydzeniem). Zazwyczaj nie opisuje filmów, które mi się nie podobały. Po prostu staram się o nich nie myśleć i usuwam je z pamięci. Tu jednak robię wyjątek, bo "Mapy Gwiazd" mają być jednym z hitów na AFF, a to przecież tylko pakiet "wielkich" nazwisk w opowieści bez najmniejszego sensu, z kilkoma dobrze napisanymi dialogami. Choć może się mylę i znów czegoś nie zrozumiałam. Nie raz złe filmy po jakimś czasie okazują się wspaniałe, ale nie sądzę by to był taki przypadek.

wtorek, października 07, 2014

Dokumentacje muzyczne i gratka dla psychiatrów



Od Nowych Horyzontów minęły już prawie trzy miesiące, a ja do tej pory napisałam recenzję jednego filmu, a obejrzałam ich 10. Wstyd! Na swoje usprawiedliwienie mam, że przez ten czas montowałam film animal attack na Horror Day, który odbył się w ostatnią sobotę. Czyli zobaczyłam na przyspieszeniu ponad 30 horrorów. Przypuszczam, że mogło się to odbić na mojej psychice, ale na konkretne skutki uboczne należy jeszcze poczekać.

A skoro mowa o mózgu i chorobach z nim związanych - "Super Duper Alice Cooper". Uwielbiam dokumenty muzyczne, szczególnie prezentujące sylwetkę danego zespołu lub artysty. Preferuję historie niż relacje z koncertów, które nie zawsze są tym czego się spodziewałam. Głównie jak oglądam występ z gatunku za którym się nie przepadam - boże na przykład relację z koncertu Lou Reeda ledwo przeżyłam. 

Nie należę do fanek Alice Cooper, chyba nigdy nie słuchałam ich muzyki. Co więcej nawet nie byłam świadoma, że na początku kariery to zespół nosił taką nazwę a nie konkretna osoba. Dlatego chyba coś w tym jest, że Alice wybrał Vincenta, a nie Vincent postanowił zostać Alice. Generalnie każdy członek zespołu miał predyspozycje do bycia gwiazdą Alice Cooper. A padło na najgrzeczniejszego, drobnego i niepozornego syna pastora, do tego stroniącego od wszelakich używek Vincenta Furniera. Alice za to uwielbiał szalone imprezy, zakrapiane alkoholem i innymi substancjami. Wiele czasu minęło, aż grzeczny chłopiec zapanował nad destrukcyjną i uwielbianą przez tłumy czarownicą. Trudno do końca stwierdzić czy Vincent cierpi na rozdwojenie jaźni czy po prostu od prawie 50 lat gra tą samą rolę. W każdym razie przejście między jedną osobowością a drugą zajmuje mu sekundę. W jednej chwili widzimy starszego, przygarbionego rockmena, który kocha grać w golfa i planuje kolację z żoną, a potem nagle jest Alice.  Wyprostowana, z elektryzującym głosem postać o nieokreślonej płci i wieku, która czaruje kamerę, tak jak od lat hipnotyzuje kolejne pokolenia fanów horror rocka.

Jak przystało na dokument cały film wypełniony jest materiałami archiwalnymi oraz fragmentami wywiadów. Vincent Furnier jest nie tylko utalentowany muzycznie, ale również plastycznie. W retrospekcjach można podziwiać jego prace, a także efekty współpracy Alice z Salvadorem Dalim. Obrazy filmowe tworzą swego rodzaju fotograficzny i malarski kolaż. Mamy poruszające się postacie gdzie doklejono głowy poszczególnych bohaterów lub odwrotnie ich ciała połączone z elementami fantastycznych stworów. Historia rozwija się powoli, otrzymujemy bogaty pakiet informacji dotyczący całego przemysłu muzycznego lat 70. oraz 80. W tle słychać największe przeboje, choć częściej są one prezentowane podczas fragmentów koncertów. Jest to opowieść Alice i Vincenta, wypowiedzi innym osób są raczej symboliczne - wiadomo kto jest tu największą gwiazdą.




niedziela, września 21, 2014

Babie lato


Nadszedł wrzesień i trzeba zacząć się uczyć. Tylko jak? Mały grubas najchętniej leży na ważnych notatkach, bawi się długopisem i wprowadza chaos. Ciągle zaczepia i rozprasza, a mój zapał do pracy jest znikomy. Gdybym chociaż musiała uczyć się czegoś interesującego.
  

I jeszcze jest tak pięknie, że tylko siedzieć na dachu na leżaku. Optymalna temperatura 25 stopni, wrześniowe słońce jest mniej agresywne i zabójcze. Czyli filtr na smoka i ważkę, notatki z pytaniami do egzaminu oraz książka dla relaksu. Bo przecież nie będę się uczyć o współpracy międzybibliotecznej, jak Witkowski snuje opowieść o burym, jesiennym Wrocławiu. Wkrótce nastanie ten wilgotny, malaryczny wrocławski czas, ale na razie jeszcze można cieszyć się babim latem. Gdy ma się przed nosem ogrom błękitu, to perspektywa błota i szarości nie wydaje się tak straszna. Melancholia obecnie przegrywa, ale zmiany zachodzące za oknem sugerują, że wkrótce szala może się przechylić.


Niewielka opalenizna, którą udało mi się zdobyć zniknie, jak ostatnia kartka powieści. Włosy ze złotych zrobią się rudawe i zielonkawe. Zbliża się czas rajstop - ażurowych oraz gładkich, we wszelkich odcieniach szarości, beżu, czerni, a także odrobiną brązu. Nowe botki zostały zamówione, a sandałki przeżywają ostatnie chwile świetności. Tylko kalosze przez cały rok trwają i nie mogą schować się do pudełek. Na razie wieczorem wystarcza marynarka z dodatkiem szala, ale kurtki już szykują się na początek sezonu. Długie spódnice i sukienki wymienią się ze spodenkami, spódnicami i sukienkami, które nie preferują gołych nóg. Jeszcze tylko moment i będzie jesień.


Ważka jeszcze żywa, choć lekko wymęczona przez pewną czarną kotkę z Biskupina. Jedno skrzydło nieco uszkodzone, ale może się zregeneruje. Chyba, że mały szatan znów zaatakuje. Z biskupińskich ogrodów podobnie jak "smok wśród owadów" wróciłam w nie najlepszym stanie. Żyją tam wybitnie agresywne komary, po których ugryzieniach nadal mam ślady na rękach i nogach.  Na dodatek wywołują reakcję alergiczną. Jednak preferuję własny dach lub okoliczny park Tołpy ze stawem i kaczkami zamiast krzaków i komarów. Czas owadów się kończy, nadchodzi sen, letarg zimowy. Czyli koniec z bąblami na nogach i zadrapaniami, siniaki zajmują wszystkie miejsca na podium.

Wrzesień rano...


Czasem wraca się w skarpetkach do domu, bo buty są za ciężkie... Dobrze mieć wtedy wsparcie, czyli drugą wariatkę, której też ciąży obuwie. Preferowana pora - gdy niewielka część populacji zaczyna wstawać, a nieliczni dopiero się kładą. Skarpetkowe spacery przyciągają uwagę, więc lepiej je propagować gdy nie ma tłumów na ulicach. Poziom wygody nie jest za duży, ale tempo marszu zdecydowanie szybsze - czytaj dotarcie do domu następuje prędzej. Należy tylko uważać na niebezpieczne, zazwyczaj szklane lub płynne przeszkody. I niestety być przygotowanym na niewielkie straty materialne - skarpetki po takich wypadach kończą swój żywot. Ale było warto!