niedziela, sierpnia 09, 2015

Jak żyć (po festiwalu)?


To był 15 festiwal, chyba 10 we Wrocławiu. Wiele się przez te lata zmieniło i coraz częściej słychać głosy wspominające dawne czasy z nostalgią. Jakiś czas temu zrezygnowałam z kupowania karnetu (praca, pieniądze, starość) i przyznam, że właściwie nie żałuję. Wolę wcześniej mieć bilety na konkretne filmy niż potem się wkurzać, że na coś się nie dostałam. Pobudka rano, by zalogować się do systemu jest dla mnie nieosiągalna. I tak poszłam po 10 latach po mądrość do głowy i nie rezerwuję porannych seansów. Od wieków nie udało mi się wstać na film o 9.45, więc koniec z marnowaniem pieniędzy i zajmowaniem miejsca. Przyznam, że nieco brakuje mi opcji możliwości zwrotu biletu. Czasem zdarzają się sytuacje kryzysowe i miejsce się marnuje, zamiast być przez kogoś wykorzystane.
Jak się okazało w tym roku, także bilety na "hity" należy kupować jak tylko się pojawią w sprzedaży. Dostanie ich gdy trwa festiwal raczej graniczy z cudem. Szczególnie, że sporo biletów dostają pracownicy różnych firm sponsorskich. To oni, a nie fani kina bez karnetów, zasiadają na seansach wieczorami oraz w weekendy. Jak dobrze, że przynajmniej do 17 "korpo" musi pracować i budynek kina jest od nich wolny. Co prawda, raczej nie chodzą na filmy konkursowe a tym bardziej dokumenty. Chyba, że film zostanie polecony przez znajomych lub jakieś guru (R. Gutek, Newsweek, itd). Oni preferują panoramę i znane nazwiska.


Klub festiwalowy powoli wraca do dawnej formy. Codziennie koncert, a nie tylko DJ jak w zeszłym roku. Jest widoczna poprawa, co mnie bardzo cieszy. Na zdjęciu koncert Pustek, gdzie mogłam poskakać i pobujać się. Ponownie spędziłam w Arsenale większość wieczorów przez te 10 dni. Nie było to szczególnie trudne, mając właściwie codziennie minimum jeden film lub bilet na koncert. Tylko pokazy na rynku wypadły z mego planu dnia. Nie było tam za wiele ciekawego, szczególnie że praktycznie wszystkie propozycje widziałam wcześniej.
Generalnie obejrzałam 11 obrazów. Tylko na jeden nie wstałam, co jest znacznym postępem. Zobaczyłam tylko 3 filmy konkursowe, jakoś większość opisów mnie odrzucała. Ale o dziwo trafiłam na 2 najważniejsze! "Lucyfera", którego wolę nie komentować, bo bardzo mnie zmęczył i kompletnie nie kumam decyzji jurorów. Tym bardziej jak podali dlaczego zgarnął główną nagrodę. Uważam, że był nudny i banalny, ale pewnie się nie znam. Za to "Widzę, widzę" było bardzo dobre (choć nie wybitne), trzymało w napięciu i kompletnie zaskoczyło na koniec. Nie dziwię się, że większość publiczności głosowała na ten tzn. horror. A Ci co wyszli przed końcówką niech żałują! Podsumowując z 11, 3 były bardzo słabe (wspomniany "Lucyfer", "Wideofilia" - też konkursowy), na jednym było mi niedobrze, inny rozśmieszył, 4 były smutne ale dobre, horror pozytywnie zaskoczył, a śluzowce to opowieść na osobnego posta.
  

Podążając za modą, zamiast festiwalowej torby mamy plecaczek z ekoskóry i płótna. Wygodny, gdy nie masz w nim za dużo rzeczy. Odpowiedni lans jest. Oczywiście do tego karnet na szyi by było wiadomo, że jesteśmy fanami i bywalcami. Najlepiej mieć jeszcze śmierdzącą (jednak 3 tygodnie noszenia) bransoletę z Openera. W końcu nie tylko kinem człowiek żyje. Na lunch wybieramy się do jednej z okolicznych knajp. Wszyscy festiwalowicze starają się dotrzeć tam jak najszybciej, by zdążyć zjeść i wypić przed kolejnym seansem. Zresztą trzeba się pokazać na mieście. Także na plaży, a nawet (dla odważnych i wodoodpornych) zaliczyć przejazd na desce. Wtedy oficjalnie możemy opierdalać innych, że nie znają zasad festiwalowych i zajmują nasze "zarezerwowane" miejsca na pełnej sali. Co z tego, że nie wiemy, że kiedyś festiwal nazywano w zdrobnieniu "Era", a Cieszyn znamy jedynie z Street View. W końcu za nasz karnet zapłacili rodzice. Powiedzieliśmy im, że na Nowych Horyzontach musimy być, bo tam będą "wszyscy". Lans i szpan ponad wszystko.


Dancing shoes. W Arsenale (dla niektórych Arsenalu) najlepiej sprawdzają się buty na elastycznej, mocnej podeszwie. Można w nich skakać na deskach parkietu, biegać po trawie między leżakami i wędrować po kostce brukowej po Jamesona lub bułę. Należy tylko uważać na mostku, szczególnie jak wcześniej padał deszcz. 

Jak zwykle gdy wyszłam z ostatniego seansu dopadła mnie melancholia. Co teraz? Co robić z nadmiarem wolnego czasu? Jaki film wchodzi do kin, który warto zobaczyć? Nadeszła pora powrotu do codzienności i normalności. I czekania na Americana, którego zdecydowanie faworyzuję i preferuję.

piątek, lipca 31, 2015

Miasto widmo - Detroit

Miasto, które było żywym wizerunkiem "amerykańskiego snu" obecnie bardziej przypomina "amerykański koszmar". Rzadko pojawia się na ekranach kin, a jeśli już to jest pesymistycznym i depresyjnym tłem. Niedawno wpadła mi w ręce książka Charliego LeDuffa "Detroit. Sekcja zwłok Ameryki". Właściwie jest to zbiór esejów reportera, który po latach wraca do swego rodzinnego miasta i próbuje w nim znów żyć. A może by użyć właściwego słowa, stara się przetrwać. Autor z całych sił stara się by poszczególne historie nie były za bardzo drastyczne i dołujące. Niestety na każdej stronie opisuje kolejne tragedie mieszkańców. Zniszczenie, które ciągle postępuje. Miastem rządzą debile, dla których liczy się tylko kasa. Większość społeczeństwa to niewykształceni ludzie, uzależnieni od alkoholu, narkotyków a także przemocy. Centrum Detroit to widmowe miasto, opuszczone fabryki, drapacze chmur. Ludzie mieszkają na przedmieściach, w domach kupionych na kredyty, których nie mają za co spłacać. Co chwilę jakiś dom staje w płomieniach, ktoś ginie. LeDuff nie jest biernym obserwatorem, jest obywatelem miasta. Zaprzyjaźnia się z drużyną strażaków, opłakuje bliskich, próbuje pokazać korupcję i zdegenerowanie. Walczy z systemem, ale też ma chwile zwątpienia. Wspomina, że kiedyś było lepiej, a jeszcze wcześniej było wspaniale. Choć tego akurat sam nie pamięta, nie było go jeszcze na świecie. A przecież Detroit było dla tysięcy imigrantów z Europy samospełniającym się marzeniem. To tu dziadkowie Stephanides (Jeffrey Eugenides "Middlesex") uciekli ze zniszczonej Grecji, by stworzyć nowe życie. Henry Ford i inni przemysłowcy dawali nadzieję na sukces. Obecnie firmy motoryzacyjne są utrzymywane z podatków. Zarząd lata prywatnymi samolotami, by prosić o kolejne pożyczki. Nie ma pieniędzy na pensje pracowników, więc produkcja jest przenoszona w tańsze rejony świata. Puste fabryki straszą nawet w dzień, ale przecież prezesi nie mieszkają w umierającym mieście. 




Kadr z "Tylko kochankowie przeżyją". Jakie inne miejsce na świecie byłoby tak idealne dla kilkuset letniego wampira z depresją? Dom na opuszczonych przedmieściach, gdzie pojawiają się jedynie dawno wymarłe porosty a kanalizacja od zawsze nie działa. Na szczęście jej wampir nie potrzebuje. Za to krew nie stanowi problemu, gdy się zna odpowiedniego doktora w obskurnym szpitalu. Ukochaną można zabrać na przejażdżkę po zniszczonych fabrykach, wyglądających jak stare świątynie. A przypadkową ofiarę utopić w kanałach, gdzie stężenie chemikaliów jest tak duże, że w ciągu chwili rozpuszcza nawet ludzie kości. W Detroit nikt nie zwraca uwagi na istoty w ciemnych okularach i skórzanych rękawiczkach, które siedzą przy stoliku w rogu. W tym mieście każdy jest dziwny, inaczej dawno by uciekł.

 
"Coś za mną chodzi" - horror, który zrywa z obecną tendencją do nadmiernego rozlewu krwi i innych płynów wewnętrznych. Nazywany nowatorskim, świeżym. Z niewielkim budżetem, nie najgorszą fabułą oraz młodym zespołem. Prosta historia, która trzyma w napięciu (choć miejscami jest przy długa), a nawet momentami potrafi wystraszyć. I Detroit jako tło! Sielankowe przedmieścia, gdzie powoli widać degradację i postępujące zniszczenie. W basenach pływają liście, których nikt nie wyławia. Co raz więcej domów stoi opuszczonych, a uliczki straszą pustką. Całkiem blisko przebiega niewidzialna granica, gdzie dzieciaki nie powinny się zapuszczać. Jest tam niebezpiecznie. W fabryce, gdzie dochodzi do zarażenia głównej bohaterki graffiti znika pod roślinnością. Piękny ceglany, zamknięty basen popada w ruinę. Dlatego jest idealnym miejscem by pokonać skradające się zło. Czy jednak da się zwyciężyć ze śmiercią? Jak widać miasta też mogą umrzeć.
 


Przyznam, że "Lost river" jest o Detroit i o niczym więcej. Oczywiście to moja  opinia, bo może czegoś nie załapałam. Gdybym nie przeczytała książki LeDuffa, nawet to nie byłoby dla mnie jasne. Jednak w filmie przewija się za dużo podobnych motywów, by Gosling umieścił je przypadkowo. Pokazane są w nieco surrealistyczny sposób, ale mocno nawiązują do obecnej rzeczywistości. Pożary, wyburzenia domów, przyroda przejmująca kolejne fragmenty miasta, bezsilność przeciętnych mieszkańców, wspominanie czasów świetności, korupcja... I w tym wszystkim mamy matkę z synami, która nie ma dokąd uciec. Zadłużony dom, to jedyne co posiada. Może Rat ma rację, że ktoś rzucił klątwę na Detroit. Miasto, które w połowie XX wieku rozrastało się i pochłaniało kolejne miejscowości, obecnie zapada się w sobie. Woda i ziemia odzyskują dawno zabrane terytoria. Człowiekowi pozostaje bierność, marazm lub ucieczka. Ulicami rządzą zwierzęta, niektóre nawet z zewnątrz przypominają ludzi.

środa, lipca 15, 2015

Holiday w podróży (Morze - Grunwald - Puszcza)


Godzina 5.30, trasa S8 w stronę Łodzi. Czyli oficjalnie urlop został rozpoczęty. Jadąc w blasku słońca i pełnym błękicie z pierwszego rzędu można podziwiać polski krajobraz. Droga szybkiego ruchu w znacznym stopniu ułatwia przemieszczanie się do celu podróży, szczególnie o tak wczesnej porze.


Rewa, morze a konkretnie zatoka. Już po pierwszej kąpieli i plażowaniu. Teraz pora na spacer i zjedzenie smażonej rybki, mniam mniam. Co z tego, że trzeba nieco poczekać, jak potem można się delektować świetnymi filetami z flądry. Ale później należy koniecznie się położyć, bo inaczej można pęknąć z przejedzenia. A morze jak morze, mokre i co bardzo miłe pozbawione kwitnących, śmierdzących glonów. Z przyjemnością popływałam na materacu i o dziwo w miarę sprawnie się zanurzyłam. 


Sklep z souvenirami przy Europejskim Centrum Solidarności. Przyznam, że nie wiem czy siedzący przed wejściem pan był sprzedawcą w tym przybytku. Generalnie do gmachu muzeum Solidarności trochę trudno trafić, nawet jak już je zobaczysz z daleka. Po pierwsze nie wiesz, że to coś to muzeum, po drugie krążysz po tym ulicach gdzie nie masz kierunkowskazów i nie wiadomo którym zjazdem jechać, a po trzecie jak wreszcie trafisz na parking to nie wiadomo gdzie jest wejście. Widocznie ktoś założył, że odwiedzającymi będą jedynie okoliczni mieszkańcy lub ludzie wytrwali i uparci. 


Widok z dachu muzeum - kierunek Gdynia. Tras jest za free a widok świetny, zresztą ja uwielbiam wszelkie tarasy i punkty widokowe. I dobrze, że można było wjechać windą, bo nawet w klimatyzacji wspinaczka na 6 piętro nie należy do szczególnych przyjemności. Zwiedzanie samego muzeum sobie odpuściliśmy, jednak ciągnęło nas dalej. Poza tym szkoda marnować taki piękny dzień na oglądanie eksponatów. Takie rzeczy należy robić w deszczową pogodę. 


Skoro upał, a na plaży tłum, to należy wybrać się na wycieczkę do Trójmiasta. W znacznej części samochodową, bo przecież gorąco i tłoczno. W Gdańsku udało się pospacerować, zjeść pysznego burgera, pooglądać żaglowce. A wszystko dzięki przyjemnej bryzie od wody, która w znacznym stopniu obniżała temperaturę powietrza. Na dodatek ominęliśmy wszelkie korki w mieście.
  

Ostatni wieczór nad morzem, czyli obowiązkowe piwo na plaży. Cisza i spokój, po całym tłumie w dzień. Obserwowanie meduz których był jakiś wysyp, na szczęście miniaturowych i nieparzących. No i ten zachód słońca, róż na niebie i wodzie.


Grunwald zdobyty! W drodze do Puszczy odwiedziny na słynnym polu bitwy. Zawsze byłam przekonana, że zwycięstwo nad Krzyżakami miało miejsce gdzieś w Wielkopolsce lub Mazowszu, a tu proszę Mazury przez które wiodła trasa do domu. Na dodatek pełen profesjonalizm - muzeum, kamienna mapa, sklep z pamiątkami, oprowadzanie z przewodnikiem. Widać było nawet przygotowania do rekonstrukcji bitwy, trawa świeżo skoszona, kamienie wyczyszczone, teraz tylko czekać na rycerstwo.


Nie ma jak prywatne pole stokrotek z koniczyną, gdzie można się wylegiwać cały dzień. Oczywiście za nim nadejdzie chłodny, burzowy front, który uniemożliwi siedzenie w ogrodzie. Jednak na targu rolnicy narzekają na brak deszczu i świeżej trawy dla krów, więc niech trochę popada by było mleko i sery. Pierwsza czereśnia, której spróbowałam miała robaka, więc na niej zakończyłam obżarstwo. Za to w groszku robali nie ma, więc mogłam jeść do woli bez obaw. Jak zwykle miałam mega problem by wykąpać się w Sajnie. Chyba z godzinę zajęło mi zanurzenie się, a potem jeszcze holowałam materac z B. do brzegu. 


Ognisko na Folwarku, czyli obowiązkowy element wakacji w Puszczy. Co z tego, że pada, przecież zaraz przestanie. Zresztą trzeba spalić wszelkie uschnięte gałęzie i inne ogrodowe śmieci. Przy okazji upiec kiełbaski, poplotkować i ogólnie pogadać przy płomieniach, a także obejrzeć najpopularniejsze filmiki na youtubie. 

środa, czerwca 24, 2015

Sobota z veganmaniakami


Czasem słońce, czasem deszcz nad Browarem Mieszczańskim. Pora zwijać się do domu po intensywnym dniu z Otwartymi Klatkami oraz Veganmanią. Pogoda nas nie rozpieszczała, ale chętnych i odważnych nie brakowało. Okazuje się, że dobre jedzenie jest w modzie i cenie. Veganmania jak nazwa wskazuje, skierowana była do wegan oraz wegetarian, ale nie tylko. Każdy mógł w ostatnią sobotę zawitać do Browaru. Popróbować ciekawych potraw (w tym ogromnych ilości ciast i innych słodkości), zakupić wegańskie specjały oraz kosmetyki, ekotorby z przesłaniem i inne sympatyzujące artykuły. Pomiędzy shoppingiem i jedzeniem, posłuchać interesujących wykładów. A nawet zrobić nowy/pierwszy tatuaż. Osobiście trzymałam się z daleka od strefy Vegan Ink, by nie dać się skusić na jakieś maleństwo. Oficjalnie cztery mi obecnie starczą - wszystkie wykonane wegańskimi tuszami. 


Gdy pojawił się pomysł stoiska Dobrej Kreski na Veganmanii automatycznie rozpoczęła się burza mózgów. Tu widać część jej rezultatów. Narodziły się pięcioraczki: Krowa, Świnka, Królik, Kogut oraz Koziołek. Młodsze rodzeństwo Sówki i Pandy zawitało w wersji rewelacyjnych ekotoreb, co których wejdzie nawet 6 kartonów mleka sojowego. Każdy zwierzak niesie pewne przesłanie lub inaczej ujmując własny charakterek. Wszystkie cieszyły się dość znacznym zainteresowaniem (szczególnie Koziołek Seitan), jednak veganmaniacy byli tego dnia raczej nastawieni na obżarstwo a nie modowy shopping. Oczywiście nic straconego, torby są już dostępne na dawandzie. Przypuszczam, że jeśli ktoś wymarzył sobie inne zwierzątko to może debatować z autorką. Sama tak postąpiłam i wkrótce zaprezentuję efekty/dziecko tej dyskusji.


Propagang ze swoimi broszkami, naszyjnikami, torbami i koszulkami. Zwierzątka we wszystkich kolorach tęczy, do przypięcia na torbę, kurtkę lub cokolwiek. Mi szczególnie przypadły do gusty apaszki. Jedną pewna pani chciała sprezentować swojemu pieskowi, on jednak preferował outfit bez dodatków. Niestety nie każdy chce być chic, zresztą trudno by nawet mały psiak został vege!


Niewielka część pyszności zaprezentowanych przez Szczyptę Świata. Czekolady w większości gorzkie (niestety nie należę do fanek), choć znalazły się dwie białe i dwie mleczne. Wyśmienite kakao na mleku ryżowym. Dostępne były również wyjątkowe kawy oraz gorąca czekolada. Całe stoisko przyciągało rozmaitością, a jednocześnie uporządkowaniem produktów. Od razu było wiadomo czego gdzie trzeba szukać. Przyznam się oficjalnie, że ze słodkości wygrały batony Zmiany Zmiany, które namiętnie podjadałam przy każdej wyprawie na podwórko. Aloha rządzi na całej linii (ach ten kokos), ale goni ją malinowa Petarda.


Kosmetyczne cuda prosto z Maroka zaprezentowało Ecorocco. Na ich szminkę dopasowującą się do pH ust nakręciłam się już przed sobotą i nie mogłam się wprost doczekać testowania. Dlatego jak tylko ich stoisko zostało rozstawione zakupiłam magiczne cudo. I co? Przez cały dzień chodziłam z malinowymi, dającymi lekko po oczach ustami. Szminka okazała się cudownie kremowa i aksamitna, na dodatek mega wytrzymała (nawet za bardzo). W celu uzyskania lekkiego połysku można do niej zastosować bezbarwny błyszczyk. Pełen bajer!


Browarowe podwórze z food truckami, na zdjęciu akurat widać raj z goframi i pyszną kawą, dzięki której udało się obudzić G. Dodatkowo swój namiocik rozstawili wolontariusze z Fundacji Dwa Plus Cztery, gdzie można było adoptować psiaka. Szkoda, że pogoda była nieco przeciwko nam. Deszcz wystraszył część gości, a sporą grupę na pewien czas uziemił w gmachu browaru. A u mnie wywołał napad migreny. Ale szczytny cel oraz moc (zapach) pyszności nie przestraszyły większości, wręcz przyciągnęły. W końcu wszystko było zorganizowane by wspomóc Otwarte Klatki i ich walkę o prawa tych co nie mogą bronić się sami.


Mój faworyt jedzeniowy - gofr na słono (Taho Cafe). Ciasto z cieciorki (czyli falafel w wersji gofrowej), w środku pomidory, ogórek, cebula, pietruszka (fuj! zjedzona przez M.) oraz hummus. Mniam, mniam!!! Co prawda, żeby zjeść to cudo musiałam nieźle się namęczyć, łącznie z zdewastowaniem talerzyka, ale było warto. Poza tym skosztowałam od Pepperminta pokrzywowego makaronu z bobem, rukolą i sezamem - uwielbiam jak jest zielono na talerzu. Od Drogi Mlecznej spróbowałam cytrynowo-imbirowe kaszotto z mlekiem kokosowym - bardzo wyraźnie czuć było imbir co nie dla wszystkich byłoby zaletą, ale mi smakowało. Zrezygnowałam z próby walki z burgerem od Krowarzywa (wielkość mnie przeraziła), ale podgryzłam trochę ich hot-doga, który zajadała z "żółtym" smakiem K. Muszę przyznać, że nie jestem stworzona by jeść tego typu rzeczy w miejscach publicznych, bo zaraz jestem cała brudna. Niestety nie chciało mi się stać po pyszności Zdrowej Krowy, ale akurat do nich mam blisko, więc zawitam w najbliższym czasie. A tłum tam szalał prawie jak przy burgerach. Ogólnie w Browarze było mega dużo pyszności i aż ślinka ciekła jak wybrałam się na zwiedzanie.


G. nie mogła się powstrzymać i zakupiła gorącą czekoladę z malinami od Pizca del Mundo. Tu foto z pierwszych testów, które wypadły rewelacyjnie. Szczególnie w połączeniu z lodami z wiśniami. Tak, pełne słodyczowe szaleństwo zapanowało na naszym poddaszu. Ale co tam, w końcu mamy lato! Choć na zewnątrz średnio to widać.

niedziela, czerwca 21, 2015

Wrocławski design wieczorową porą



Czwartkowego wieczoru w Domarze odbyła się "Noc z designem",  jej 7 edycja. W pierwszej wersji obowiązywały zaproszenia, później okazało się że wstęp jest wolny. Po godzinie 20 tłum był spory, przez co oglądanie rzeczy stanowiło nie lada wyzwanie. Samego dolnośląskiego designu było niewiele, raczej pojedyncze sztuki, które jedynie reprezentowały poszczególne marki. Jeśli ktoś zaplanował zrobienie tego wieczora zakupów, to grubo się przeliczył. Jedyne sam Domar miał meble na sprzedaż, resztę stanowiły egzemplarze pokazowe (większość nie posiadała nawet cen). Tegoroczna edycja była mocno rozreklamowana w mediach, jednak znacznie kulała pod względem organizacyjnym. Co trochę dziwi przy takim stażu. Poszczególne punkty programu odbywały się w niedużym namiocie, gdzie trudno było coś zobaczyć, a nawet chwilę w jego okolicy postać. Część pokazowa była mocno skumulowana i ściśnięta w okolicy schodów. Przez co ciężko było bliżej skupić się na poszczególnych wystawcach - w niektórych przypadkach nie wiadomo było jakiej marki rzeczy oglądamy. Sami twórcy również nie mogli opowiedzieć o własnych projektach. Wydaje mi się, że dla twórców jak i zwykłych odwiedzających lepiej sprawdzają się targi i całodzienne wystawy niż tego typu eventy. 


Widok na ogród/plener zorganizowany na parkingu. Szkoda, że pogoda nie dopisała, gdyż siedzenie na leżaku w zimnie nie należało do najprzyjemniejszych. Nawet jak w zasięgu wzroku był podgrzewany, zadaszony basen. Problem stanowiła również polifonia muzyczna. Jednocześnie było słychać DJ'a rozstawionego na zewnątrz jak i muzykę drugiego pracującego na piętrze w budynku. Za dużo szczęścia, przynajmniej jak dla mnie. Chociaż leżaczki bardzo wygodne.


"Zielona Wrona" razem z "Heart of Wood" od razu przyciągnęła moją uwagę. Biurko, które wygląda jak część lasu - coś wspaniałego. Miejsce do pracy, które tchnie świeżością i urzeka zielenią, czy może być coś lepszego?  Trochę puszczy we własnym, miejskim domu!


Oto kilka sprzętów i marek, które przykuły moją uwagę. Porcelana z kolorowym wnętrzem od "Waterlove". "Studio Minimal" z pięknymi stolikami w leśnym klimacie. Ludzkie kubki i filiżanki "Ende"(przyznam się że nie jestem pewna czy piłabym z czaszki herbatę). Pepitkowe krzesło (chyba przez sentyment), a także kosmiczny retro stolik, obie rzeczy od "Retrofrajdy" którzy mieli bogaty własny kąt, gdzie mogli się wystawić.


Akcent "Wood&Paper" w postaci szafki, zeszytów, świeczników oraz kaktusa. Wyróżniał się na tle reszty prostotą, kolorem oraz perfekcyjnym wykonaniem. Niestety przypuszczam, że w natłoku innych sprzętów i spacerujących tłumów niektórym mógł umknąć. Ale znaleźli się też tacy, co sprawnie zaopiekowali się jednym z zeszytów. Na szczęście W&P nie prezentowały stolika, który prawdopodobnie stałby się ofiarą porzuconych kieliszków i innych pustych naczyń. Taki los niestety spotkał wiele sprzętów tego wieczoru. Organizatorom sugeruję zaopatrzenie się w większą liczbę koszy na odpady i ich odpowiednie oznakowanie. 


Obecnie zapanowała moda na nocne pokazy, eventy, wydarzenia. Doszło nawet do tego, że organizuje się "Noc kościołów"! Czy ma to jakiś związek z tym, że większość ludzi nie ma czasu by w dzień odwiedzać miejsca kultury, sztuki? Możliwe, jednak do mnie ten typ rozrywki nie do końca przemawia. Nie przepadam za tłokiem i ściskiem, wolę we własnym tempie, na spokojnie oglądać i podziwiać. A także porozmawiać z twórcami, zawsze można wtedy dowiedzieć się czegoś interesującego. 

niedziela, czerwca 07, 2015

Wojna jest passe ale ciągle trwa


Najnowszy film Clinta Eastwooda "American Sniper" pokazuje, że w kinie amerykańskim nastąpił przesyt filmów wojennych, oczywiście dotyczących tematyki współczesnej amerykańskiej wojny. Po licznych nominacjach, w tym oskarowych, na półkach twórców znalazło się bardzo niewiele statuetek. Dla przykładu Oskar otrzymał tylko duet czysto techniczny, zajmujący się montażem dźwięku. Sam film ogląda się w miarę dobrze, choć się nieco dłuży. Mamy historię żołnierza z powołania, Chris uważa za swój narodowy obowiązek obronę zaatakowanej ojczyzny. Jest prostym kowbojem, który nie ma problemów ze spełnianiem rozkazów i wypełnianiem poleceń. W końcu tak został wychowany, należy chronić swoich nawet za najwyższą cenę. Czytaj zabijać wrogów kraju, nawet gdy są nimi dzieci lub kobiety. Prawdopodobnie między innymi dlatego zostaje najlepszym snajperem w amerykańskiej armii. On wierzy w słuszność sprawy. Jednocześnie uzależnia się od kolejnych tur służby, nie potrafi wysiedzieć w domu, z rodziną. Dopiero z czasem i po groźbie opuszczenia postanawia skończyć z misjami. Zostaje w kraju, choć nadal wspiera armię, pomaga weteranom wrócić do codzienności.
Eastwood tworząc swój film skorzystał z prawdziwej historii amerykańskiego bohatera. Pewnie dlatego, osiągnął tak wielki kasowy sukces. Amerykanie kochają herosów, nawet jeśli obecnie większość społeczeństwa jest przeciwna wojnie. Na szczęście Bradley Cooper pokazuje, że superbohater nie musi być patetyczny, dosadny i zuchwały. Jego postać nie jest idealnym żołnierzem, będącym bez skazy. Została zagrana w sposób subtelny i w pewien sposób bierny. Chris jest gburowaty, ale w pozytywnym znaczeniu, mało mówi (raczej mamrocze przez zarośniętą brodę), nie podważa rozkazów, dba o towarzyszy i nie jest wylewny w uczuciach. Jednak ma jasny cel - chronić swoich bezbronnych przed tymi "złymi". Cała biograficzna historia jest przedstawiona realistycznie od początku do końca. Eastwood podobnie jak nasz bohater nikogo nie ocenia, nie dyskutuje czy wojna ma sens. Stara się obiektywnie przedstawić poszczególne wydarzenia i to jest największa zaleta tego filmu.

























To ciekawe, że obecnie specjalistką od filmów wojennych (oczywiście piszę tu o wojnie w Iraku i Afganistanie) jest kobieta - Kathryn Bigelow. Za "The Hurt Locker" otrzymała jako pierwsza w historii kobieta-reżyser Oskara, a za "Wroga nr 1" miała nominację za najlepszy film (została pokonana przez wspaniałą "Operację Argo", też nawiązującą do klimatów wojennych). Przyznam, że oba te filmy były nieco przy długie - wiem regularnie na to ostatnio narzekam, jednak wyrosłam wreszcie z fascynacji dziełami które trwają ponad 120 minut a spokojnie mogłyby zamknąć się zamknąć w powiedzmy 95. 
Pierwszy film nie zrobił na mnie wyjątkowego wrażenia, choć nie mogę powiedzieć był bardzo dobry. Ograbił walki zbrojne a także samych żołnierzy z patosu i mitu o bohaterstwie, tak popularnego w kinie (męskim) amerykańskim. Pokazał dużych chłopców, którzy kochają ryzyko i zabawy z bronią. Wyjazd na misję jest dla nich świetną ucieczką przed codziennym życiem, w którym sobie nie radzą za dobrze. Bo kto w pełni normalny zostaje saperem? W armii i w czasie walki masz szansę na ciągły haj adrenalinowy. A jak nie lubisz słuchać rozkazów to zawsze pozostaje zostać najemnikiem i współczesnym łowcą nagród. Gorzej dla tych co zostają w domu i ciągle myślą czy wrócisz w jednym kawałku.
"The Hurt Locker" to męskie, twarde kino, za to "Zero Dark Thirty" pokazuje wojnę z perspektywy kobiety, agentki. Ona nie walczy bezpośrednio na terytorium wroga, nie trzyma karabinu w dłoniach. Jej bronią jest technologia oraz analityczny umysł. Oglądałam ten film w przerwie pomiędzy odcinkami ostatniego sezonu "Homeland", trwało to chyba z 3-4 dni (taka nowa przypadłość za długie obrazy oglądam w częściach).  W którymś momencie byłam tak zapętlona w obie historie, że już nie wiedziałam czy poluje na Bin Ladena czy walczę z wrogimi Pakistańczykami próbując uwolnić najlepszego przyjaciela. Czyli jednak! Wkręciłam się w kino wojenne! Czemu? Mam kilka przypuszczeń. Kobieta jako główna bohaterka, czyli łatwiej jest się utożsamiać z postacią. Jej motywacja, początkowo czysto teoretyczna i beznamiętna, z czasem zmienia się w chęć zemsty za śmierć bliskich osób - to można w pełni zrozumieć, w odwrocie do uzależnienia od życia na krawędzi czy tak zwanej miłości do ojczyzny. Fabuła, która miesza kino akcji z dramatem, a przede wszystkim z filmem szpiegowskim. To chęć poznania, rozwiązania zagadki (miejsca pobytu wroga) spowodowała, że nie zrezygnowałam z oglądania po pierwszych 40 minutach. 
Uważam, że drugie dzieło Bigelow jest dużo lepsze niż pierwsze i oba zostały zniszczone przez Oskary. "The Hurt Locker" zdobył ich za dużo i ma się wobec niego za duże oczekiwania. "Zero Dark Thirty" mógł otrzymać statuetkę jedynie w kategorii technicznej, bo nie wypada nagradzać tej samej ekipy. Szkoda. Zobaczymy co kolejnego zrobi specjalistka od kina wojennego.


"Homeland" to jeden z moich ulubionych seriali. Jak już wiadomo nie przepadam za klimatem wojennym a seriali o tej tematyce staram się wręcz unikać. Jednak perypetie agentki CIA i jej współpracowników oglądam z zapartym tchem. Porównując z tym na przykład przygody Jamesa Bonda są nudne i przewidywalne. Za to w rzeczywistości wykreowanej przez Showtime nawet nic nie znaczące wydarzenia mogą się okazać kluczowe. A najważniejszym przesłaniem jest, że "nie można ufać nikomu, nawet samemu sobie". Co w przypadku Carrie i jej choroby psychicznej (spoiler!!!) jest jak najbardziej na miejscu. 
O ile pierwsze dwa sezony były ok (rodzina Brodego była lekkim zgrzytem w fabule), to szaleństwo jakie następuje po finale w Langley jest świetne. Psychoza i fobie narastają, aż nie potrafię zliczyć ile razy dałam się nabrać scenarzystom kto jest wrogiem a kto przyjacielem. Wszystko się zmienia jak w kalejdoskopie. Coś tym jest, że niektórzy mają niesamowitą wyobraźnię i do takich ludzi można zaliczyć autorów "Homeland". Jak doskonale określił kolega Z. jeśli obmyślałaś wszystkie, nawet najbardziej nieprawdopodobne zakończenia sezonu to i tak nie trafiłaś. Oni są lepsi i właśnie znów wbili cię w fotel. Oczywiście jak bywa w serialach są odcinki słabsze i lepsze. Jednak siłą tej serii jest trzymanie się określonego pomysłu i sukcesywne jego realizowanie, nawet jak widzowie i szefostwo stacji kręcą nosem. Całe szczęście! Po wakacjach 5 sezon. Twórcy zapowiadają przeskok w czasie o 2 lata i Berlin. Carrie opuściła CIA, ale czy Agencja i Saul opuściły ją? Z kim i o co tym razem będzie walczyć?
  

niedziela, maja 31, 2015

Bonne soiree, France


Kilka dni temu zakończył się 6. Przegląd Nowego Kina Francuskiego. Poświęcony w tym roku głównie adaptacjom literackim, w szczególności ekranizacjom kultowych komiksów. Z 9 filmów udało się na razie zobaczyć 5. Właściwie poszczególne tytuły łączy jedynie język, bo tematyka i realizacja są przeróżne.


"Kot Rabina" reż. Joann Sfar, Francja 2011 - animowana adaptacja komiksu o tym samym tytule, bynajmniej nieprzeznaczona dla najmłodszych widzów. Algier rok 1920, miejsce i czas gdy rabin nazywał muzułmanina kuzynem i nikt nie wstydził się, że mają wspólnych przodków. Świat oglądany z perspektywy gadatliwego kota (mówi ludzkim głosem), który podróżując ze swoim panem w poszukiwaniu Czarnej Jerozolimy zwiedza muzułmańską Afrykę. Film stworzony charakterystyczną kreską pokazuje jak ważna jest tolerancja religijna i społeczna. Doskonały na leniwe popołudnie.


"Dmuchawce" reż. Carine Tardieu, Francja 2012 - opowieść o dorastaniu i przystosowaniu. Rachel ma 9 lat i chodzi do psychologa, bo śpi z szkolnym plecakiem oraz nie ma przyjaciół. Jej rodzice o problemach rozmawiają po angielsku, choć ona ich doskonale rozumie. Ojciec spędził dzieciństwo w Oświęcimiu, a matka jako zbędny bagaż w podróżach własnej matki. Sami mają problemy z komunikacją, a co dopiero z wychowaniem jedynaczki. Na szczęście koleżanką z ławki Rachel zostaje rezolutna i wygadana Valerie. Ona wraz z matką i bratem nauczą rodzinę Gladstein cieszyć się codziennością. Film w klimacie "We are the best" Moodyssona - wesołe, kiczowate lata 80., choć bardziej dojrzały. Pierwszy bunt, pierwsza miłość, pierwsze pożegnania. Ogląda się go z czystą przyjemnością.


"Francuski minister" reż. Bertrand Tavernier, Francja 2013 - kolejna ekranizacja komiksu. Młody absolwent dostaje pracę w ministerstwie. Przez pierwsze dni nie ma kompletnie pojęcia na czym polega jego praca (ostatecznie ma pisać przemówienia), podąża wąskimi korytarzami urzędu (dawnego pałacu) i próbuje znaleźć swoje miejsce. Jego szef jest ekscentryczny, charyzmatyczny, ale przede wszystkim chaotyczny w działaniu. Wszystko ogarnia szef gabinetu, który uczy młodego urzędnika jak przetrwać w świecie politycznych kryzysów oraz mody - garnitur musi być jednolity z dopasowanym krawatem oraz koszulą, kwadratowe noski w butach są niedopuszczalne. W tle mamy współczesne, międzynarodowe problemy, na czele z imigracją. Jak również francuską codzienność, która pokazuje że najważniejszy minister w państwie to też współczujący człowiek. W tle zakreślone na żółto cytaty z Heraklita, które próbują okiełznać chaos filmu.


"Markiza Angelika" reż. Ariel Zeitoun, Francja 2013 - ponowna adaptacja powieści Anne Golon o przygodach pięknej Angeliki. Wychowana na filmach płaszcza i szpady serwowanych na przełomie lat 80. i 90. w polskiej telewizji od pierwszej minuty załapałam klimat XVII-wiecznej Francji. Jednak awanturnicze historie, które uwielbiałam mając 8 lat, obecnie raczej wzbudzają śmiech. Co gorsza doskonale pamiętałam jak film się skończy. Oczywiście najnowsza wersja perypetii miłosnych przyszłej markizy nie radzi kiczem jak ta z lat 60. Wszystkie detale epoki oddane są perfekcyjnie, a zdjęcia plenerowe urzekają. Film chyba nie przyniósł spodziewanego dochodu, więc raczej kolejnych części nie będzie. Dla tych co nie widzieli pierwowzoru i nie wiedzą jakie losy czekają Angelikę, zachęcam do obejrzenia cyklu z Michele Mercier (5 filmów) lub przeczytania książek (13 tomów).



"Guillaume i chłopcy! Kolacja!" reż. Guillaume Galienne, Francja 2013 - monodram przeniesiony przetwórcę na kinowy ekran. Obejrzany kilka miesięcy temu, jeden z najlepszych francuskich filmów 2014 roku - zdobył 4 Cezary. Film-pamiętnik autora, który na dodatek wciela się w dwójkę głównych bohaterów - Guillaume oraz jego matkę. Opisywanie fabuły nie ma tu najmniejszego sensu, to opowieści o dojrzewaniu, tolerancji, akceptowaniu samego siebie. Guillaume jest oficjalnie genialny w obu rolach, choć oczywiście rządzi postać matki, jej intonacja głosu, gesty i ruchy. Film uroczo kampowy, prawdopodobnie nie dla każdego, ale ja osobiście bawiłam się świetnie.

sobota, maja 16, 2015

Milano Italiano - weekend na spontanie

MIASTO


Widok z samolotu, prawdopodobnie Bergamo. Powoli po lekkich turbulencjach zbliżaliśmy się do lądowania. Jeszcze tylko godzinna podróż autokarem z bandą Duńczyków i docieramy na dworzec centralny w Mediolanie. "Mysim zmysłem" trafiamy na odpowiedni przystanek autobusowy i zaczynamy podbój drugiego największego po Rzymie miasta we Włoszech.


W Mediolanie nie czuć typowego południowego, włoskiego klimatu. Wyglądem przypomina raczej Kraków lub inne europejskie wielkie miasto. Z tą różnicą, że jest tam bardzo czysto. Nawet murali i innych ściennych napisów jest mało. Mediolańczycy mają lekkiego fioła na punkcie segregacji śmieci i widać to na każdym kroku. Na ulicach i w parkach nie zobaczysz papierków, butelek i innych syfów, których pełno jest u nas. Śmietniki stoją na każdym rogu, w publicznych miejscach znajdują się różne pojemniki na odpowiednie odpady. A domowa segregacja jest na mega zaawansowanym poziomie, aż czasem nie wie się z którego worka należy skorzystać. Przyznam, że fantastycznie chodzi się po mieście, gdzie nie trzeba ciągle uważać na śmieci lub psie kupy na chodnikach.


A propo psów, tych też jest pełno. Oczywiście nie chodzi mi o biedne, bezdomne mieszańce. Jak przystało na włoską stolicę mody, w większości rasowe czworonogi spacerują na smyczach ze swoimi właścicielami praktycznie wszędzie. Nawet uczestniczą w zakupach w sklepach - możliwe że pomagają wybrać odpowiednią sukienkę lub krawat. Wydaje mi się, że nie widziałam żadnego osobnika w kagańcu, choć owszem wszystkie były na smyczach. Generalnie posiadanie psów w kraju, gdzie sjesta trwa od 15 do 18 jest o wiele prostsze. Nie ma się wyrzutów sumienia, że zostawiamy pupila na cały dzień w domu. W ciągu dnia możemy spędzić z nim czas, wyjść na zewnątrz. A widząc, że nie ma zakazu wpuszczania psów do sklepów, podejrzewam że w niektórych firmach można zabrać zwierzę ze sobą do pracy. Choć nie wiem czy gdziekolwiek na świecie istnieje taki zwierzęcy raj.


Południowy styl życia to siedzenie w parku, knajpach lub knajpach w parku. Picie wina, piwa jest w pełni legalne. Zaznaczmy, że nikt się nie upija, a osoby śpiące na ławkach są normą nikogo niegorszącą. Bo przecież jest gorąco, słonecznie, więc każdemu należy się chwila wytchnienia w cieniu przy zimnym drinku. Miasto w weekend, poza strefą turystyczną zamiera. Ulice są opuszczone, jedynie od czasu do czasu widać jakiegoś człowieka. Gdzie są wszyscy, w domach? Nie, siedzą w parkach - których w Mediolanie jest całkiem sporo.  Wypoczywają, rozmawiają, bawią się, ćwiczą i biegają. Nie zależnie od wieku mnóstwo osób, szczególnie mężczyzn biega. A wieczorami sączą drinki, zagryzając przekąskami w parkowych knajpkach.




ZWIEDZANIE - ZABYTKI, SZTUKA, DESIGN, JEDZENIE, MODA


Włoski styl życia, czyli reklama pieczywa i kiełbasy na największym zabytku miasta - katedry Duomo. Zresztą reklamy mięsiwa towarzyszyły nam na każdym kroku, gdyż niepodzielnie rządziły w komunikacji miejskiej. Wiadomo Włosi lubią dobrze zjeść. Nie bez przyczyny wystawa Expo 2015 poświęcona jest "żywieniu planety, energii dla życia" odbywa się właśnie w Mediolanie. Na nasze szczęście z przeciwnikami wystawy rozminęłyśmy się o tydzień i w mieście było już spokojnie, choć policje widać było na każdym kroku.


Duomo to największa atrakcja Mediolanu, przynajmniej dla mnie. Czyli osoby o średniej pojemności portfela, niewielkim zapałem religijnym oraz nieco wyższej niż przeciętna fascynacji architekturą, sztuką  i designem. Ci ze złotymi i platynowymi kartami pewnie uznaliby dzielnicę mody, gdzie Versace ściga się z Pradą o najlepszą witrynę w mieście. Religijni z namaszczeniem ruszyliby zobaczyć "Ostatnią wieczerzę" i odwiedzili każdy kościół czy bazylikę. A ostatni wykorzystaliby MilanoCard by zwiedzić liczne muzea. Osobiście wolałam spacerować po dachu jednej z największych katedr na świecie, której budowa trwała ponad 400 lat. Przy Duomo Norte-Dame w Paryżu prezentuje się nieco marnie. Widok z góry jest wspaniały, szczególnie w tak słoneczny dzień, na jaki udało się nam trafić. Podziwianie panoramy miasta w otoczeniu setek gargulców i bandy świętych, a następnie wejście na sam szczyt jest wart tych 8 euro. A wspinaczka po schodach mija stosunkowo szybko, idąc nie czuje się właściwie kolejnych metrów. Co prawda w deszcz lub śnieg bym nie polecała tego typu wycieczki. Samo wnętrze jest monumentalne, a zarazem skromne w swej prostocie. 


Expo, expo, expo. Jeśli wybierając się do miasta nie miało się pojęcia, że właśnie trwa tam wystawa światowa, to wielkie, trawiaste jabłko na środku placu przez katedrą uświadomi każdego. Podobnie jak liczne flagi i inne emblematy wystawy. Pawilony i centrum znajduje się "za górami, za lasami itd.", czyli na ostatniej stacji metra, właściwie na przedmieściach. Już pierwszego wieczoru podjęłyśmy próbę wyprawy, jednak poniosłyśmy porażkę. Spóźniłyśmy się, kasy były nieczynne a dodatkowo nasze karty miejskie nie działały, bo Rho jest poza Milano. Na szczęście po tym falstarcie udałyśmy się do Triennale di Milano - muzeum designu, gdzie z racji Expo była wystawa "Arts & Foods". Dzięki temu na własne oczy zobaczyłam słynne puszki zupy Campbell's Warhola oraz jego "Ostatnią wieczerzę". Przyznam, że największe wrażenie robi sztuka współczesna i jej zabawa konwencją - np. dom z chleba, parówki przy ognisku. Dobrze było zafundować sobie alternatywne, muzealne zwiedzanie.


Jedzenie - najlepsza pizza była od Araba za 3 euro. Generalnie oprócz pizzy i kwiatowych lodów nie udało się nam nic zjeść na mieście. Albo była sjesta i wszystko nieczynne albo pora lunchu czyli brak miejsc. Za to serowe zakupy w markecie spełniły nasze oczekiwania, nie wspominając o prezencie w zamrażalce - dwóch opakowaniach lodów. Tak, tak jedzenie po nocy serów z melonem i popijanie winem nie jest najzdrowsze. Ale od tego właśnie się spontaniczne wakacje.


Chic girls na tle Prady w czarnych sandałach - hicie sezonu! Milano to stolica mody włoskiej, ale tego jakoś szczególnie nie widać. Chyba trafiłyśmy na czas fanów zdrowej żywności, a nie najnowszych trendów. Na Monte Napoleone, czyli ulicy z najważniejszymi butikami było sporo turystów, ale same sklepy świeciły pustkami. Możliwe, że życie rozkwita tam o innej porze dnia lub gdy nadchodzi tydzień mody. Mi pozostanie jedynie wspomnienie minięcia się ze Stefano Gabbana w Vittorio Emanuele II.


Każdy szanujący się rowerzysta, nawet ten najmłodszy, musi pamiętać by przypiąć swój rower. Szczególnie tak fantastyczny jak to czterokołowe różowe cudo. Jego właścicielka prawdopodobnie ruszyła na zakupy do Tigera.