poniedziałek, listopada 09, 2015

Współczesne USA w ramach AFF

Skończył się październik, skończył się American. Czyli pora powrócić do polskiej, wrocławskiej rzeczywistości, codzienności. Chodzenia do kina raz w tygodniu (i Akademii Polskiego Filmu), teatru raz lub dwa razy w miesiącu w zależności od repertuaru, przy okazji jakiś koncert i wypady do Szamba. Normalność... ale gdzieś z tyłu głowy nadal tkwią najnowsze amerykańskie perełki.

 

Jak wspomniałam w poprzednim poście, obejrzałam jedynie (a może aż) 18 filmów. Z jednym wyjątkiem ("Córki pyłu"), bardzo dobrych i wartych polecenia. Właśnie zapadających w pamięć i dających do myślenia. Część utrzymana w lekkim, ironicznym tonie, pokazująca wchodzenie w dorosłe życie. Oczywiście ta dojrzałość nie do wszystkim przychodzi w tym samym czasie, niekiedy dopiero po 30 ("Mistress America", "Nie igraj z ogniem") lub wręcz po 60 ("Franny"). Zawsze jest bolesna, ale ostatecznie pozytywna i rozwijająca. Z wartych polecenia, prawdopodobnie wkrótce dostępnych w kinach, są biografie: "Eksperymentator" oraz "Love&Mercy". Historia lidera The Beach Boys, który przez lata walczył z chorobą psychiczną, a jednocześnie był kompletnie zależny od swego lekarza-tyrana została świetnie zagrana. A do tego ta muzyka, amerykańskie kino pierwszej klasy! "Eksperymentator" to opowieść o psychologu eksperymentalnym Stanleyu Milgramie, który próbował badać zachowania ludzkie. Interesowało go przede wszystkich, dlaczego ciągle dochodzi do takich zbrodni jak Holokaust i inne ludobójstwa, wyniki były tak przerażające, bo zostały całkowicie zbojkotowane przez opinię publiczną i środowisko. Oprócz jak zwykle świetnego Petera Sarsgaarda, cieszy dawno niewidziana Winona Ryder. 
Bardzo popularnym tematem są jak zwykle amerykańskie nastolatki, co widać także w hollywoodzkim nurcie. Kompletnie to nie dziwi, szczególnie, że są główną grupą odbiorców kina i telewizji. Temat niezwykle zróżnicowany a jednocześnie za każdym razem popadający w ten sam schemat - odludek (nie jest ważna płeć) nagle odkrywa supermoc (niekoniecznie dosłownie) i zdobywa dziewczynę/chłopaka a przede wszystkim poznaje siebie. Jest gotowy by ruszyć w wielki świat i żyć, a nie tylko trwać. W tym klimacie utrzymane są: "Dope", "The Diary of a Teenage Girl", "Earl i ja, i umierająca dziewczyna". Inaczej opowieść układa się w "Nedzie Rifle", ale tu mamy za sterami Hala Hartleya, a on zawsze wszystko robi poza schematem i nie trzyma się znanych reguł oraz ścieżek. 
Nie byłabym sobą, gdybym nie zobaczyła kilku filmów z kategorii LGBT. W dwóch przypadkach spodziewałam się klasycznych wątków, motywów, a zostałam mile zaskoczona. W "Bachorze" bynajmniej nie chodziło o posiadanie/spłodzenie dziecka, lecz o życie w wielkim mieście, gdzie problem tolerancji nie dotyczy tylko orientacji seksualnej i mniejszości kulturowych. Jak łatwo stać się współtowarzyszem zbrodni, szczególnie gdy ofiarą jest osoba aspołeczna, której nikt nie lubi i za którą nikt nie będzie tęsknił. Gdzie w codziennym życiu jest miejsce na wyrzuty sumienia? "Kim jest Michael" bazuje na faktach, uświadamia jak wiele jesteśmy wstanie sobie wmówić, by wytłumaczyć własne, nielogiczne, szalone postępowanie. Szukając siebie bohater krzywdzi wszystkich, którzy go otaczają, kochają. Bóg jest doskonałą wymówką przed wyrzutami sumienia, skoro postępuję według jego zaleceń, to sam jestem niewinny. Z kolei "Mandarynka" to zupełnie inna bajka. Banalna na pozór opowieść o współczesnych księżniczkach szukających miłości lub/i zemsty nakręcona w całości komórką (!). Sin-Dee (aka Kopciuszek) wraz ze swoją bestfriend są transseksualistami, oglądamy jeden dzień z ich życia w mało przyjaznym mieście Aniołów, gdzie bardzo trudno o happy end.Ale jak by nie było źle, z nimi impreza jest przednia.
Z wszystkich obrazów najlepsze okazały się dokumenty, ale o nich osobno. Napisanie tylko dwóch zdań byłoby niedosytem i zbrodnią, podobnie jak w przypadku "Jamesa White'a". Ten film na długo zapadnie mi w pamięć, więc przy innej okazji się na ten temat rozpiszę. Co do "MA" nie mam do końca opinii, chyba jeszcze nie przetrawiłam tego filmu. Możliwe również, że zwyczajnie nie kumam biblijnego performance'u, jak było w przypadku nieszczęsnego "Lucyfera". W tym przypadku nie było źle, ale dobrze raczej też nie.


Te wspaniałe, choć wykańczające 5 dni minęło jak moment. Teraz muszę czekać na następny październik i już 7 edycję AFF. Do obejrzenia mam niewidziane: "Carol", "Efekty", "Zabierz mnie nad rzekę" oraz najnowszą wersję "Steve'a Jobsa". Tylko jeszcze nie wiadomo kiedy, bo daty premier nie są znane. Zdaje się, że obecnie cały świat czeka na nowe "Gwiezdne Wojny". 

sobota, października 31, 2015

Na co się zdecydować, czyli festiwalowy październik

Coraz bliżej do 2016 roku, czyli czasu gdy Wrocław stanie się Europejską Stolicą Kultury. Prace remontowe w centrum powoli się kończą lub przynajmniej udają, że zbliżają się do finiszu. Jedna impreza kulturalna goni drugą, aż niekiedy trudno się połapać co w danym momencie jest warte zobaczenia, usłyszenia... Mam wrażenie, że nawet organizatorzy poszczególnych festiwali nie są na bieżąco w wydarzeniach odbywających się w mieście. Doskonałym tego przykładem było przesunięcie tegorocznej edycji Dialogu, że praktycznie pokrywała się z Americanem.


Jako fanka kina amerykańskiego prezentowanego na AFF nie miałam problemu z podjęciem decyzji, który karnet muszę kupić. Jednak przez nałożenie się terminów filmowych i teatralnych zobaczyłam tylko dwa spektakle. Jeden jeszcze przed urlopem i Americanem, a dla "Francuzów" Warlikowskiego poświęciłam dwa piątkowe seanse. W sobotę również zrezygnowałam z dwóch filmów, by zaprezentować własny projekt na Horror Day i następnie wybawić się (wreszcie!) w klubie festiwalowym. Oczywiście do tego doszedł mój standardowy problem ze wstawaniem na poranne obrazy, tylko raz zwieńczony zwycięstwem. Ostatecznie zobaczyłam 18 filmów, ale o tym napiszę osobno. To było świetnych 5 dni i odpowiednio wydane pieniądze.
 

W kwestii wydatków kulturalnych także "Szepty i krzyki" były strzałem w dziesiątkę. Holenderski spektakl był doskonały, nowatorski (premierę miał w 2009), a przede wszystkim bardzo odważny i działający na emocje. Nie epatował nagością jak obecnie znaczna część przedstawień oglądanych we wrocławskim Teatrze Polskim, a także nie trwał przesadnie długo (jedyne 100 minut). Ukazywał skrajne wycieńczenie chorobą oraz próby radzenia sobie z bezsilnością. Uświadamiał, że niekiedy najbliższymi, najczulszymi i wyrozumiałymi okazują się osoby obce, a nie te z którymi łączą nas więzy krwi. A niestety na koniec i tak zostajemy sami z własnym cierpieniem oraz śmiercią. Sam akt umierania został zaprezentowany fenomenalnie. Wykorzystanie kamer oraz powiększających ekranów nie było pustym elementem scenografii, raczej dodatkowo uwypukliło emocje bohaterki. Przecież dla artystki śmierć to także performance, jedynie z tą różnicą, że już ostatni. 

Niestety za wiele dobrego o "Francuzach" nie mogę napisać. Za długi, miejscami nudny i nieciekawy, a co gorsza zbyt dosłowny i przewidywalny.  Wysiedzenie na stadionowym krzesełku przez 270 minut jest ciężkim przeżyciem, nawet przy mojej filigranowej budowie. Szczególnie, że spektakl spokojnie można było skrócić o 60-90 minut. Czy każdym aktor musiał mieć własny monolog? Koncert na wiolonczelę sam w sobie interesujący, tu był jakby upchnięty na siłę, podobnie jak ostatni występ Rachel-Fedry. Owszem tematyka bardzo na czasie - przemiany społeczne zachodzące w Europie są obecnie bardzo trendy i każdego z nas w jakimś stopniu dotyczą. Jednak sposób zaprezentowania pozostawiał wiele do życzenia, w kwestii wizualnej, jak również niestety aktorskiej. "Anioły w Ameryce" wspominam z nostalgią, natomiast o "Francuzach" mogę zapomnieć. Szkoda, bo miałam dużo większe oczekiwania. Na kolejną edycję poczekam do 2017, a wkrótce zobaczę nowość Teatru Polskiego - Media Medeę.

niedziela, września 13, 2015

Pieśń Dolana

Jakimś cudem w ferworze festiwalu przegapiłam, podobnie jak wszyscy moi znajomi (podobnie jak ja fani) film "Pieśń słonia", w którym główną rolę zagrał Xavier Dolan. Przyznam, że nie wiem do końca jak do tego doszło. Wydawało mi się, że w miarę dokładnie przejrzałam tegoroczną panoramę, w ramach której był pokazywany. Cóż stało się... zamiast tego przysypiałam i wynudziłam się na "Lucyferze". Tak, tak wszyscy towarzysze mojej niedoli, gdy cierpieliśmy w sali obok wyświetlano film Charlesa Biname. Na szczęście kanadyjski obraz jest od kilku dni grany w kinach i można nadrobić zmarnowany czas. 


Film jest popisem Dolana, który skoro nie reżyseruje może skupić się na grze. Właściwie przez prawie dwie godziny oglądamy całą gamę jego min i gestów, które mają na celu ukazanie skrajnych emocji jakim ulega główny bohater. Kanadyjska gwiazda po raz kolejny rozlicza się z dzieciństwem. Po Hubercie i Stevie, przyszła pora na Michaela. Kilka lat starszy, zamknięty w zakładzie psychiatrycznym ciągle cierpi. Z powodu matki i nie tylko, tym razem obrywa także zazwyczaj nieobecny ojciec. Dolan tak wczuwa się w rolę, że przyćmiewa pozostałych aktorów, w szczególności swego partnera/przeciwnika doktora Greena (Bruce Greenwood). Nie twierdzę, że reszta obsady gra słabo, większość wypada przekonująco, ale nie ma co ukrywać są jedynie dodatkiem. 

Film jest reklamowany jako starcie dwóch postaci - lekarza i pacjenta. Jednak gdy w początkowych scenach dr Green przyznaje, że nie czytał karty Michaela uważny widz już wie kto w tej rozgrywce rozdaje karty i jest przyszłym zwycięzcą. Pytaniem pozostaje, jaki jest jego cel, co chce zyskać. Ale o tym dowiadujemy się  oczywiście dopiero w finale opowieści. Osoby oczekujące wartkiej akcji i scen walki mogą od razu darować sobie wyjście do kina. Pojedynek odbywa się jedynie na słowa, choć do pewnych rękoczynów dochodzi. Dwóch bohaterów prowadzi grę. O ile motywacja doktora jest od początku znana, o tyle wydaje się, że pacjent sam nie wiem do czego chce. Co oczywiście jest jedynie złudzeniem, które ma zmylić przeciwnika, a formalnie też widza. Każde zdanie wypowiadane przez Michaela jest odwróceniem uwagi od jego prawdziwych zamiarów, do których konsekwentnie dąży. Jest wytrawnym graczem, uważnym obserwatorem o stalowych nerwach. Nic nie umyka jego uwadze, zna wszystkie szpitalne plotki i potrafi je wykorzystać w konfrontacji z doktorem. A przy tym nadal pozostaje pacjentem zakładu psychiatrycznego, niezdolnym do funkcjonowania w społeczeństwie. Czas akcji ograniczony jest do kilku godzin (tuż przed świętami), a miejsce to wspomniany zakład zamknięty. Do tego mamy kilka retrospektyw, w których Michael wspomina swoje traumatyczne dzieciństwo. To zimowe popołudnie staje się jednym z najgorszych dni w życiu doktora Greena oraz siostry Peterson, choć tu też można dyskutować znając ich wspólną przeszłość. Za to dla Michaela ten dzień jest najlepszym z możliwych prezentów, jakie mógł mu podarować los. Oczywiście przy pewnym osobistym wsparciu. Ostatecznie cała trójka wychodzi z walki szczęśliwsza, przynajmniej ja tak odbieram zakończenie

Muszę przyznać, że ogólnie film nie wzbudził we mnie jakiś szczególnych emocji. Gdyby nie Xavier Dolan uznałabym go za wręcz nudny i w pewnych aspektach przewidywalny. Na tle innych obrazów, które bazują na starciach słownych bohaterów, "Pieśń słonia" wypada blado i zwyczajnie nie porusza. Za to zaskoczyły mnie reklamy przed seansem. Pierwszy raz spotkałam się, by dany obraz był promowany przez tak konkretne media. Chodzi o czasopismo i portal typu LGBT, które na dodatek puściły pełne wersje swych reklam. Co w NH raczej się nie zdarza, wszyscy sponsorzy są jedynie wymienieni ciągiem. Siedząc w fotelu poczułam się nieco dziwnie. Prawie zalatywało to dyskryminacją mojej orientacji seksualnej, szczególnie że sam film nie miał z tym nic wspólnego. Chyba, że skoro Dolan to zdeklarowany homoseksualista, to wszystko czego dotknie musi mieć związek z ruchem LGBT.

niedziela, sierpnia 16, 2015

Smażing w mieście


Pogodę mamy mocno w klimacie południowym, więc siedząc w mieście każdy próbuje jakoś się schłodzić. Jedni zostają w domu przy wiatrakach, inni spędzają czas nad jakąś wodą lub w galeriach gdzie szaleje klimatyzacja. To ostatnie wkrótce może nie będzie możliwe, bo Krajowe Pogotowie Energetyczne zaczyna wprowadzać ograniczenia dostaw energii. W praktyce oznacza to, wyłączenie schodów ruchomych czy części świateł w lokalach a także zminimalizowanie użycia klimatyzacji. Może pora wprowadzić sjestę? 


Na miejskich kąpieliskach, typu Morskie Oko czy Glinianki rządzą mieszczuchy. Odmiana pempuchów, którzy nie wyjechali na wakacje i wolne chwile spędzają przy najbliższym zbiorniku wodnym. Z racji, że raczej nie pracują, więc praktycznie oblegają swoje legowiska cały dzień. Znajdują się na wg nich własnym terenie, dlatego uważają, że wszystko im wolno. Z królów podwórek zmieniają się we władców koca i ręczników, zatruwając innym życie. Typowe zachowania: krzyki i wrzaski, przekleństwa w formie przecinka, walające się śmieci, dym z papierosów i grilla, biegające dzieci. Na zdjęciu przykładowo widać klasycznego mieszczucha, który zabiera się do  rozpalania grilla przy skrzynce z wysokim napięciem. Myślę, że lepszego miejsca nie mógł wybrać! Co z tego, że są wydzielone strefy gdzie można rozstawić grille z dala od wszelkiego zagrożenia. Ale co on będzie się przejmował. Niby jego plaża, ale nie on odpowiada za sprzątanie a tym bardziej gaszenie pożarów. Jestem ciekawa czy pożary traw w Świniarach nie miały początku przy jakimś grillu. 


Mietków, a konkretnie zalew Borzygniew, pół godzinny jazdy autem od Wrocławia. Tu mieszczuchy zmieniają się w pempuchów. Formalnie nie znajdują się na swoim terytorium, ale uważają że skoro mają wakacje to tym bardziej wszystko im się należy. Czyli jak powyżej, grillowanie na plaży by inni dusili się w dymie ich karkówki. Dodatkowo wszelkie piaskowe i wodne zabawki rozrzucone, by chodzenie zmieniło się w slalom. O kawałkach szkła ukrytych pod piachem oraz petach nie wspominając. Wśród plażowiczów znajdują się także lokalsi, czyli mieszkańcy okolicy. Zazwyczaj zajmują najlepsze, często odosobnione miejscówki. Z lekką pogardą patrzą na przyjezdnych, ale część z nich pod względem mentalnym spokojnie można by było zaliczyć do mieszczuchów. Mają nad nim jednak przewagę, gdyż doskonale znają własną okolicę. Wiedzą gdzie należy rozłożyć koce, by nikt im nie przeszkadzał a nadal mieć słońce. W którym miejscu zejście do wody jest łagodniejsze i mniej muliste. To prawdziwi królowie plaży. 


Wiem, wiem... ale nie mogłam się powstrzymać. Jak można w czymś takim paradować po plaży? To, że facet kompletnie nie ogarnia dress codu jakoś nawet mnie nie dziwi, ale jego partnerka? Serio, jak ona mogła zgodzić z nim wyjść? Tego nawet nie można zaliczyć do kategorii slipek. Gaciory, bo inaczej nie można tego nazwać wyglądają koszmarnie. Aż dziwne, że mu nie spadają. Jednak na plaży wskazane są kąpielówki typu bokserki lub spodenki. Chyba, że ktoś koniecznie chce zostać anty-gwiazdą wakacji. 


Zalew tuż przed burzą. Chmury tak gęste, że nie widać Ślęży. Cóż, to był tylko chwilowy przerywnik, który niewiele wpłyną na upał. Choć narzekam, to i tak cieszę się, że mam w okolicy kilka miejsc gdzie można choć na minutę schłodzić się w wodzie. Oczywiście nie jest to Puszcza z czystymi jeziorami, gdzie mogę nurkować do woli. Tu odradzam jakiekolwiek moczenie głowy, zresztą widoczność jest zerowa. Nadal lepsza jakaś woda niż żadna. Ciekawe jak wyglądają inne okoliczne zbiorniki, po tylu latach wreszcie nadeszła pora by się z nimi zapoznać.

niedziela, sierpnia 09, 2015

Jak żyć (po festiwalu)?


To był 15 festiwal, chyba 10 we Wrocławiu. Wiele się przez te lata zmieniło i coraz częściej słychać głosy wspominające dawne czasy z nostalgią. Jakiś czas temu zrezygnowałam z kupowania karnetu (praca, pieniądze, starość) i przyznam, że właściwie nie żałuję. Wolę wcześniej mieć bilety na konkretne filmy niż potem się wkurzać, że na coś się nie dostałam. Pobudka rano, by zalogować się do systemu jest dla mnie nieosiągalna. I tak poszłam po 10 latach po mądrość do głowy i nie rezerwuję porannych seansów. Od wieków nie udało mi się wstać na film o 9.45, więc koniec z marnowaniem pieniędzy i zajmowaniem miejsca. Przyznam, że nieco brakuje mi opcji możliwości zwrotu biletu. Czasem zdarzają się sytuacje kryzysowe i miejsce się marnuje, zamiast być przez kogoś wykorzystane.
Jak się okazało w tym roku, także bilety na "hity" należy kupować jak tylko się pojawią w sprzedaży. Dostanie ich gdy trwa festiwal raczej graniczy z cudem. Szczególnie, że sporo biletów dostają pracownicy różnych firm sponsorskich. To oni, a nie fani kina bez karnetów, zasiadają na seansach wieczorami oraz w weekendy. Jak dobrze, że przynajmniej do 17 "korpo" musi pracować i budynek kina jest od nich wolny. Co prawda, raczej nie chodzą na filmy konkursowe a tym bardziej dokumenty. Chyba, że film zostanie polecony przez znajomych lub jakieś guru (R. Gutek, Newsweek, itd). Oni preferują panoramę i znane nazwiska.


Klub festiwalowy powoli wraca do dawnej formy. Codziennie koncert, a nie tylko DJ jak w zeszłym roku. Jest widoczna poprawa, co mnie bardzo cieszy. Na zdjęciu koncert Pustek, gdzie mogłam poskakać i pobujać się. Ponownie spędziłam w Arsenale większość wieczorów przez te 10 dni. Nie było to szczególnie trudne, mając właściwie codziennie minimum jeden film lub bilet na koncert. Tylko pokazy na rynku wypadły z mego planu dnia. Nie było tam za wiele ciekawego, szczególnie że praktycznie wszystkie propozycje widziałam wcześniej.
Generalnie obejrzałam 11 obrazów. Tylko na jeden nie wstałam, co jest znacznym postępem. Zobaczyłam tylko 3 filmy konkursowe, jakoś większość opisów mnie odrzucała. Ale o dziwo trafiłam na 2 najważniejsze! "Lucyfera", którego wolę nie komentować, bo bardzo mnie zmęczył i kompletnie nie kumam decyzji jurorów. Tym bardziej jak podali dlaczego zgarnął główną nagrodę. Uważam, że był nudny i banalny, ale pewnie się nie znam. Za to "Widzę, widzę" było bardzo dobre (choć nie wybitne), trzymało w napięciu i kompletnie zaskoczyło na koniec. Nie dziwię się, że większość publiczności głosowała na ten tzn. horror. A Ci co wyszli przed końcówką niech żałują! Podsumowując z 11, 3 były bardzo słabe (wspomniany "Lucyfer", "Wideofilia" - też konkursowy), na jednym było mi niedobrze, inny rozśmieszył, 4 były smutne ale dobre, horror pozytywnie zaskoczył, a śluzowce to opowieść na osobnego posta.
  

Podążając za modą, zamiast festiwalowej torby mamy plecaczek z ekoskóry i płótna. Wygodny, gdy nie masz w nim za dużo rzeczy. Odpowiedni lans jest. Oczywiście do tego karnet na szyi by było wiadomo, że jesteśmy fanami i bywalcami. Najlepiej mieć jeszcze śmierdzącą (jednak 3 tygodnie noszenia) bransoletę z Openera. W końcu nie tylko kinem człowiek żyje. Na lunch wybieramy się do jednej z okolicznych knajp. Wszyscy festiwalowicze starają się dotrzeć tam jak najszybciej, by zdążyć zjeść i wypić przed kolejnym seansem. Zresztą trzeba się pokazać na mieście. Także na plaży, a nawet (dla odważnych i wodoodpornych) zaliczyć przejazd na desce. Wtedy oficjalnie możemy opierdalać innych, że nie znają zasad festiwalowych i zajmują nasze "zarezerwowane" miejsca na pełnej sali. Co z tego, że nie wiemy, że kiedyś festiwal nazywano w zdrobnieniu "Era", a Cieszyn znamy jedynie z Street View. W końcu za nasz karnet zapłacili rodzice. Powiedzieliśmy im, że na Nowych Horyzontach musimy być, bo tam będą "wszyscy". Lans i szpan ponad wszystko.


Dancing shoes. W Arsenale (dla niektórych Arsenalu) najlepiej sprawdzają się buty na elastycznej, mocnej podeszwie. Można w nich skakać na deskach parkietu, biegać po trawie między leżakami i wędrować po kostce brukowej po Jamesona lub bułę. Należy tylko uważać na mostku, szczególnie jak wcześniej padał deszcz. 

Jak zwykle gdy wyszłam z ostatniego seansu dopadła mnie melancholia. Co teraz? Co robić z nadmiarem wolnego czasu? Jaki film wchodzi do kin, który warto zobaczyć? Nadeszła pora powrotu do codzienności i normalności. I czekania na Americana, którego zdecydowanie faworyzuję i preferuję.

piątek, lipca 31, 2015

Miasto widmo - Detroit

Miasto, które było żywym wizerunkiem "amerykańskiego snu" obecnie bardziej przypomina "amerykański koszmar". Rzadko pojawia się na ekranach kin, a jeśli już to jest pesymistycznym i depresyjnym tłem. Niedawno wpadła mi w ręce książka Charliego LeDuffa "Detroit. Sekcja zwłok Ameryki". Właściwie jest to zbiór esejów reportera, który po latach wraca do swego rodzinnego miasta i próbuje w nim znów żyć. A może by użyć właściwego słowa, stara się przetrwać. Autor z całych sił stara się by poszczególne historie nie były za bardzo drastyczne i dołujące. Niestety na każdej stronie opisuje kolejne tragedie mieszkańców. Zniszczenie, które ciągle postępuje. Miastem rządzą debile, dla których liczy się tylko kasa. Większość społeczeństwa to niewykształceni ludzie, uzależnieni od alkoholu, narkotyków a także przemocy. Centrum Detroit to widmowe miasto, opuszczone fabryki, drapacze chmur. Ludzie mieszkają na przedmieściach, w domach kupionych na kredyty, których nie mają za co spłacać. Co chwilę jakiś dom staje w płomieniach, ktoś ginie. LeDuff nie jest biernym obserwatorem, jest obywatelem miasta. Zaprzyjaźnia się z drużyną strażaków, opłakuje bliskich, próbuje pokazać korupcję i zdegenerowanie. Walczy z systemem, ale też ma chwile zwątpienia. Wspomina, że kiedyś było lepiej, a jeszcze wcześniej było wspaniale. Choć tego akurat sam nie pamięta, nie było go jeszcze na świecie. A przecież Detroit było dla tysięcy imigrantów z Europy samospełniającym się marzeniem. To tu dziadkowie Stephanides (Jeffrey Eugenides "Middlesex") uciekli ze zniszczonej Grecji, by stworzyć nowe życie. Henry Ford i inni przemysłowcy dawali nadzieję na sukces. Obecnie firmy motoryzacyjne są utrzymywane z podatków. Zarząd lata prywatnymi samolotami, by prosić o kolejne pożyczki. Nie ma pieniędzy na pensje pracowników, więc produkcja jest przenoszona w tańsze rejony świata. Puste fabryki straszą nawet w dzień, ale przecież prezesi nie mieszkają w umierającym mieście. 




Kadr z "Tylko kochankowie przeżyją". Jakie inne miejsce na świecie byłoby tak idealne dla kilkuset letniego wampira z depresją? Dom na opuszczonych przedmieściach, gdzie pojawiają się jedynie dawno wymarłe porosty a kanalizacja od zawsze nie działa. Na szczęście jej wampir nie potrzebuje. Za to krew nie stanowi problemu, gdy się zna odpowiedniego doktora w obskurnym szpitalu. Ukochaną można zabrać na przejażdżkę po zniszczonych fabrykach, wyglądających jak stare świątynie. A przypadkową ofiarę utopić w kanałach, gdzie stężenie chemikaliów jest tak duże, że w ciągu chwili rozpuszcza nawet ludzie kości. W Detroit nikt nie zwraca uwagi na istoty w ciemnych okularach i skórzanych rękawiczkach, które siedzą przy stoliku w rogu. W tym mieście każdy jest dziwny, inaczej dawno by uciekł.

 
"Coś za mną chodzi" - horror, który zrywa z obecną tendencją do nadmiernego rozlewu krwi i innych płynów wewnętrznych. Nazywany nowatorskim, świeżym. Z niewielkim budżetem, nie najgorszą fabułą oraz młodym zespołem. Prosta historia, która trzyma w napięciu (choć miejscami jest przy długa), a nawet momentami potrafi wystraszyć. I Detroit jako tło! Sielankowe przedmieścia, gdzie powoli widać degradację i postępujące zniszczenie. W basenach pływają liście, których nikt nie wyławia. Co raz więcej domów stoi opuszczonych, a uliczki straszą pustką. Całkiem blisko przebiega niewidzialna granica, gdzie dzieciaki nie powinny się zapuszczać. Jest tam niebezpiecznie. W fabryce, gdzie dochodzi do zarażenia głównej bohaterki graffiti znika pod roślinnością. Piękny ceglany, zamknięty basen popada w ruinę. Dlatego jest idealnym miejscem by pokonać skradające się zło. Czy jednak da się zwyciężyć ze śmiercią? Jak widać miasta też mogą umrzeć.
 


Przyznam, że "Lost river" jest o Detroit i o niczym więcej. Oczywiście to moja  opinia, bo może czegoś nie załapałam. Gdybym nie przeczytała książki LeDuffa, nawet to nie byłoby dla mnie jasne. Jednak w filmie przewija się za dużo podobnych motywów, by Gosling umieścił je przypadkowo. Pokazane są w nieco surrealistyczny sposób, ale mocno nawiązują do obecnej rzeczywistości. Pożary, wyburzenia domów, przyroda przejmująca kolejne fragmenty miasta, bezsilność przeciętnych mieszkańców, wspominanie czasów świetności, korupcja... I w tym wszystkim mamy matkę z synami, która nie ma dokąd uciec. Zadłużony dom, to jedyne co posiada. Może Rat ma rację, że ktoś rzucił klątwę na Detroit. Miasto, które w połowie XX wieku rozrastało się i pochłaniało kolejne miejscowości, obecnie zapada się w sobie. Woda i ziemia odzyskują dawno zabrane terytoria. Człowiekowi pozostaje bierność, marazm lub ucieczka. Ulicami rządzą zwierzęta, niektóre nawet z zewnątrz przypominają ludzi.

środa, lipca 15, 2015

Holiday w podróży (Morze - Grunwald - Puszcza)


Godzina 5.30, trasa S8 w stronę Łodzi. Czyli oficjalnie urlop został rozpoczęty. Jadąc w blasku słońca i pełnym błękicie z pierwszego rzędu można podziwiać polski krajobraz. Droga szybkiego ruchu w znacznym stopniu ułatwia przemieszczanie się do celu podróży, szczególnie o tak wczesnej porze.


Rewa, morze a konkretnie zatoka. Już po pierwszej kąpieli i plażowaniu. Teraz pora na spacer i zjedzenie smażonej rybki, mniam mniam. Co z tego, że trzeba nieco poczekać, jak potem można się delektować świetnymi filetami z flądry. Ale później należy koniecznie się położyć, bo inaczej można pęknąć z przejedzenia. A morze jak morze, mokre i co bardzo miłe pozbawione kwitnących, śmierdzących glonów. Z przyjemnością popływałam na materacu i o dziwo w miarę sprawnie się zanurzyłam. 


Sklep z souvenirami przy Europejskim Centrum Solidarności. Przyznam, że nie wiem czy siedzący przed wejściem pan był sprzedawcą w tym przybytku. Generalnie do gmachu muzeum Solidarności trochę trudno trafić, nawet jak już je zobaczysz z daleka. Po pierwsze nie wiesz, że to coś to muzeum, po drugie krążysz po tym ulicach gdzie nie masz kierunkowskazów i nie wiadomo którym zjazdem jechać, a po trzecie jak wreszcie trafisz na parking to nie wiadomo gdzie jest wejście. Widocznie ktoś założył, że odwiedzającymi będą jedynie okoliczni mieszkańcy lub ludzie wytrwali i uparci. 


Widok z dachu muzeum - kierunek Gdynia. Tras jest za free a widok świetny, zresztą ja uwielbiam wszelkie tarasy i punkty widokowe. I dobrze, że można było wjechać windą, bo nawet w klimatyzacji wspinaczka na 6 piętro nie należy do szczególnych przyjemności. Zwiedzanie samego muzeum sobie odpuściliśmy, jednak ciągnęło nas dalej. Poza tym szkoda marnować taki piękny dzień na oglądanie eksponatów. Takie rzeczy należy robić w deszczową pogodę. 


Skoro upał, a na plaży tłum, to należy wybrać się na wycieczkę do Trójmiasta. W znacznej części samochodową, bo przecież gorąco i tłoczno. W Gdańsku udało się pospacerować, zjeść pysznego burgera, pooglądać żaglowce. A wszystko dzięki przyjemnej bryzie od wody, która w znacznym stopniu obniżała temperaturę powietrza. Na dodatek ominęliśmy wszelkie korki w mieście.
  

Ostatni wieczór nad morzem, czyli obowiązkowe piwo na plaży. Cisza i spokój, po całym tłumie w dzień. Obserwowanie meduz których był jakiś wysyp, na szczęście miniaturowych i nieparzących. No i ten zachód słońca, róż na niebie i wodzie.


Grunwald zdobyty! W drodze do Puszczy odwiedziny na słynnym polu bitwy. Zawsze byłam przekonana, że zwycięstwo nad Krzyżakami miało miejsce gdzieś w Wielkopolsce lub Mazowszu, a tu proszę Mazury przez które wiodła trasa do domu. Na dodatek pełen profesjonalizm - muzeum, kamienna mapa, sklep z pamiątkami, oprowadzanie z przewodnikiem. Widać było nawet przygotowania do rekonstrukcji bitwy, trawa świeżo skoszona, kamienie wyczyszczone, teraz tylko czekać na rycerstwo.


Nie ma jak prywatne pole stokrotek z koniczyną, gdzie można się wylegiwać cały dzień. Oczywiście za nim nadejdzie chłodny, burzowy front, który uniemożliwi siedzenie w ogrodzie. Jednak na targu rolnicy narzekają na brak deszczu i świeżej trawy dla krów, więc niech trochę popada by było mleko i sery. Pierwsza czereśnia, której spróbowałam miała robaka, więc na niej zakończyłam obżarstwo. Za to w groszku robali nie ma, więc mogłam jeść do woli bez obaw. Jak zwykle miałam mega problem by wykąpać się w Sajnie. Chyba z godzinę zajęło mi zanurzenie się, a potem jeszcze holowałam materac z B. do brzegu. 


Ognisko na Folwarku, czyli obowiązkowy element wakacji w Puszczy. Co z tego, że pada, przecież zaraz przestanie. Zresztą trzeba spalić wszelkie uschnięte gałęzie i inne ogrodowe śmieci. Przy okazji upiec kiełbaski, poplotkować i ogólnie pogadać przy płomieniach, a także obejrzeć najpopularniejsze filmiki na youtubie. 

środa, czerwca 24, 2015

Sobota z veganmaniakami


Czasem słońce, czasem deszcz nad Browarem Mieszczańskim. Pora zwijać się do domu po intensywnym dniu z Otwartymi Klatkami oraz Veganmanią. Pogoda nas nie rozpieszczała, ale chętnych i odważnych nie brakowało. Okazuje się, że dobre jedzenie jest w modzie i cenie. Veganmania jak nazwa wskazuje, skierowana była do wegan oraz wegetarian, ale nie tylko. Każdy mógł w ostatnią sobotę zawitać do Browaru. Popróbować ciekawych potraw (w tym ogromnych ilości ciast i innych słodkości), zakupić wegańskie specjały oraz kosmetyki, ekotorby z przesłaniem i inne sympatyzujące artykuły. Pomiędzy shoppingiem i jedzeniem, posłuchać interesujących wykładów. A nawet zrobić nowy/pierwszy tatuaż. Osobiście trzymałam się z daleka od strefy Vegan Ink, by nie dać się skusić na jakieś maleństwo. Oficjalnie cztery mi obecnie starczą - wszystkie wykonane wegańskimi tuszami. 


Gdy pojawił się pomysł stoiska Dobrej Kreski na Veganmanii automatycznie rozpoczęła się burza mózgów. Tu widać część jej rezultatów. Narodziły się pięcioraczki: Krowa, Świnka, Królik, Kogut oraz Koziołek. Młodsze rodzeństwo Sówki i Pandy zawitało w wersji rewelacyjnych ekotoreb, co których wejdzie nawet 6 kartonów mleka sojowego. Każdy zwierzak niesie pewne przesłanie lub inaczej ujmując własny charakterek. Wszystkie cieszyły się dość znacznym zainteresowaniem (szczególnie Koziołek Seitan), jednak veganmaniacy byli tego dnia raczej nastawieni na obżarstwo a nie modowy shopping. Oczywiście nic straconego, torby są już dostępne na dawandzie. Przypuszczam, że jeśli ktoś wymarzył sobie inne zwierzątko to może debatować z autorką. Sama tak postąpiłam i wkrótce zaprezentuję efekty/dziecko tej dyskusji.


Propagang ze swoimi broszkami, naszyjnikami, torbami i koszulkami. Zwierzątka we wszystkich kolorach tęczy, do przypięcia na torbę, kurtkę lub cokolwiek. Mi szczególnie przypadły do gusty apaszki. Jedną pewna pani chciała sprezentować swojemu pieskowi, on jednak preferował outfit bez dodatków. Niestety nie każdy chce być chic, zresztą trudno by nawet mały psiak został vege!


Niewielka część pyszności zaprezentowanych przez Szczyptę Świata. Czekolady w większości gorzkie (niestety nie należę do fanek), choć znalazły się dwie białe i dwie mleczne. Wyśmienite kakao na mleku ryżowym. Dostępne były również wyjątkowe kawy oraz gorąca czekolada. Całe stoisko przyciągało rozmaitością, a jednocześnie uporządkowaniem produktów. Od razu było wiadomo czego gdzie trzeba szukać. Przyznam się oficjalnie, że ze słodkości wygrały batony Zmiany Zmiany, które namiętnie podjadałam przy każdej wyprawie na podwórko. Aloha rządzi na całej linii (ach ten kokos), ale goni ją malinowa Petarda.


Kosmetyczne cuda prosto z Maroka zaprezentowało Ecorocco. Na ich szminkę dopasowującą się do pH ust nakręciłam się już przed sobotą i nie mogłam się wprost doczekać testowania. Dlatego jak tylko ich stoisko zostało rozstawione zakupiłam magiczne cudo. I co? Przez cały dzień chodziłam z malinowymi, dającymi lekko po oczach ustami. Szminka okazała się cudownie kremowa i aksamitna, na dodatek mega wytrzymała (nawet za bardzo). W celu uzyskania lekkiego połysku można do niej zastosować bezbarwny błyszczyk. Pełen bajer!


Browarowe podwórze z food truckami, na zdjęciu akurat widać raj z goframi i pyszną kawą, dzięki której udało się obudzić G. Dodatkowo swój namiocik rozstawili wolontariusze z Fundacji Dwa Plus Cztery, gdzie można było adoptować psiaka. Szkoda, że pogoda była nieco przeciwko nam. Deszcz wystraszył część gości, a sporą grupę na pewien czas uziemił w gmachu browaru. A u mnie wywołał napad migreny. Ale szczytny cel oraz moc (zapach) pyszności nie przestraszyły większości, wręcz przyciągnęły. W końcu wszystko było zorganizowane by wspomóc Otwarte Klatki i ich walkę o prawa tych co nie mogą bronić się sami.


Mój faworyt jedzeniowy - gofr na słono (Taho Cafe). Ciasto z cieciorki (czyli falafel w wersji gofrowej), w środku pomidory, ogórek, cebula, pietruszka (fuj! zjedzona przez M.) oraz hummus. Mniam, mniam!!! Co prawda, żeby zjeść to cudo musiałam nieźle się namęczyć, łącznie z zdewastowaniem talerzyka, ale było warto. Poza tym skosztowałam od Pepperminta pokrzywowego makaronu z bobem, rukolą i sezamem - uwielbiam jak jest zielono na talerzu. Od Drogi Mlecznej spróbowałam cytrynowo-imbirowe kaszotto z mlekiem kokosowym - bardzo wyraźnie czuć było imbir co nie dla wszystkich byłoby zaletą, ale mi smakowało. Zrezygnowałam z próby walki z burgerem od Krowarzywa (wielkość mnie przeraziła), ale podgryzłam trochę ich hot-doga, który zajadała z "żółtym" smakiem K. Muszę przyznać, że nie jestem stworzona by jeść tego typu rzeczy w miejscach publicznych, bo zaraz jestem cała brudna. Niestety nie chciało mi się stać po pyszności Zdrowej Krowy, ale akurat do nich mam blisko, więc zawitam w najbliższym czasie. A tłum tam szalał prawie jak przy burgerach. Ogólnie w Browarze było mega dużo pyszności i aż ślinka ciekła jak wybrałam się na zwiedzanie.


G. nie mogła się powstrzymać i zakupiła gorącą czekoladę z malinami od Pizca del Mundo. Tu foto z pierwszych testów, które wypadły rewelacyjnie. Szczególnie w połączeniu z lodami z wiśniami. Tak, pełne słodyczowe szaleństwo zapanowało na naszym poddaszu. Ale co tam, w końcu mamy lato! Choć na zewnątrz średnio to widać.

niedziela, czerwca 21, 2015

Wrocławski design wieczorową porą



Czwartkowego wieczoru w Domarze odbyła się "Noc z designem",  jej 7 edycja. W pierwszej wersji obowiązywały zaproszenia, później okazało się że wstęp jest wolny. Po godzinie 20 tłum był spory, przez co oglądanie rzeczy stanowiło nie lada wyzwanie. Samego dolnośląskiego designu było niewiele, raczej pojedyncze sztuki, które jedynie reprezentowały poszczególne marki. Jeśli ktoś zaplanował zrobienie tego wieczora zakupów, to grubo się przeliczył. Jedyne sam Domar miał meble na sprzedaż, resztę stanowiły egzemplarze pokazowe (większość nie posiadała nawet cen). Tegoroczna edycja była mocno rozreklamowana w mediach, jednak znacznie kulała pod względem organizacyjnym. Co trochę dziwi przy takim stażu. Poszczególne punkty programu odbywały się w niedużym namiocie, gdzie trudno było coś zobaczyć, a nawet chwilę w jego okolicy postać. Część pokazowa była mocno skumulowana i ściśnięta w okolicy schodów. Przez co ciężko było bliżej skupić się na poszczególnych wystawcach - w niektórych przypadkach nie wiadomo było jakiej marki rzeczy oglądamy. Sami twórcy również nie mogli opowiedzieć o własnych projektach. Wydaje mi się, że dla twórców jak i zwykłych odwiedzających lepiej sprawdzają się targi i całodzienne wystawy niż tego typu eventy. 


Widok na ogród/plener zorganizowany na parkingu. Szkoda, że pogoda nie dopisała, gdyż siedzenie na leżaku w zimnie nie należało do najprzyjemniejszych. Nawet jak w zasięgu wzroku był podgrzewany, zadaszony basen. Problem stanowiła również polifonia muzyczna. Jednocześnie było słychać DJ'a rozstawionego na zewnątrz jak i muzykę drugiego pracującego na piętrze w budynku. Za dużo szczęścia, przynajmniej jak dla mnie. Chociaż leżaczki bardzo wygodne.


"Zielona Wrona" razem z "Heart of Wood" od razu przyciągnęła moją uwagę. Biurko, które wygląda jak część lasu - coś wspaniałego. Miejsce do pracy, które tchnie świeżością i urzeka zielenią, czy może być coś lepszego?  Trochę puszczy we własnym, miejskim domu!


Oto kilka sprzętów i marek, które przykuły moją uwagę. Porcelana z kolorowym wnętrzem od "Waterlove". "Studio Minimal" z pięknymi stolikami w leśnym klimacie. Ludzkie kubki i filiżanki "Ende"(przyznam się że nie jestem pewna czy piłabym z czaszki herbatę). Pepitkowe krzesło (chyba przez sentyment), a także kosmiczny retro stolik, obie rzeczy od "Retrofrajdy" którzy mieli bogaty własny kąt, gdzie mogli się wystawić.


Akcent "Wood&Paper" w postaci szafki, zeszytów, świeczników oraz kaktusa. Wyróżniał się na tle reszty prostotą, kolorem oraz perfekcyjnym wykonaniem. Niestety przypuszczam, że w natłoku innych sprzętów i spacerujących tłumów niektórym mógł umknąć. Ale znaleźli się też tacy, co sprawnie zaopiekowali się jednym z zeszytów. Na szczęście W&P nie prezentowały stolika, który prawdopodobnie stałby się ofiarą porzuconych kieliszków i innych pustych naczyń. Taki los niestety spotkał wiele sprzętów tego wieczoru. Organizatorom sugeruję zaopatrzenie się w większą liczbę koszy na odpady i ich odpowiednie oznakowanie. 


Obecnie zapanowała moda na nocne pokazy, eventy, wydarzenia. Doszło nawet do tego, że organizuje się "Noc kościołów"! Czy ma to jakiś związek z tym, że większość ludzi nie ma czasu by w dzień odwiedzać miejsca kultury, sztuki? Możliwe, jednak do mnie ten typ rozrywki nie do końca przemawia. Nie przepadam za tłokiem i ściskiem, wolę we własnym tempie, na spokojnie oglądać i podziwiać. A także porozmawiać z twórcami, zawsze można wtedy dowiedzieć się czegoś interesującego. 

niedziela, czerwca 07, 2015

Wojna jest passe ale ciągle trwa


Najnowszy film Clinta Eastwooda "American Sniper" pokazuje, że w kinie amerykańskim nastąpił przesyt filmów wojennych, oczywiście dotyczących tematyki współczesnej amerykańskiej wojny. Po licznych nominacjach, w tym oskarowych, na półkach twórców znalazło się bardzo niewiele statuetek. Dla przykładu Oskar otrzymał tylko duet czysto techniczny, zajmujący się montażem dźwięku. Sam film ogląda się w miarę dobrze, choć się nieco dłuży. Mamy historię żołnierza z powołania, Chris uważa za swój narodowy obowiązek obronę zaatakowanej ojczyzny. Jest prostym kowbojem, który nie ma problemów ze spełnianiem rozkazów i wypełnianiem poleceń. W końcu tak został wychowany, należy chronić swoich nawet za najwyższą cenę. Czytaj zabijać wrogów kraju, nawet gdy są nimi dzieci lub kobiety. Prawdopodobnie między innymi dlatego zostaje najlepszym snajperem w amerykańskiej armii. On wierzy w słuszność sprawy. Jednocześnie uzależnia się od kolejnych tur służby, nie potrafi wysiedzieć w domu, z rodziną. Dopiero z czasem i po groźbie opuszczenia postanawia skończyć z misjami. Zostaje w kraju, choć nadal wspiera armię, pomaga weteranom wrócić do codzienności.
Eastwood tworząc swój film skorzystał z prawdziwej historii amerykańskiego bohatera. Pewnie dlatego, osiągnął tak wielki kasowy sukces. Amerykanie kochają herosów, nawet jeśli obecnie większość społeczeństwa jest przeciwna wojnie. Na szczęście Bradley Cooper pokazuje, że superbohater nie musi być patetyczny, dosadny i zuchwały. Jego postać nie jest idealnym żołnierzem, będącym bez skazy. Została zagrana w sposób subtelny i w pewien sposób bierny. Chris jest gburowaty, ale w pozytywnym znaczeniu, mało mówi (raczej mamrocze przez zarośniętą brodę), nie podważa rozkazów, dba o towarzyszy i nie jest wylewny w uczuciach. Jednak ma jasny cel - chronić swoich bezbronnych przed tymi "złymi". Cała biograficzna historia jest przedstawiona realistycznie od początku do końca. Eastwood podobnie jak nasz bohater nikogo nie ocenia, nie dyskutuje czy wojna ma sens. Stara się obiektywnie przedstawić poszczególne wydarzenia i to jest największa zaleta tego filmu.

























To ciekawe, że obecnie specjalistką od filmów wojennych (oczywiście piszę tu o wojnie w Iraku i Afganistanie) jest kobieta - Kathryn Bigelow. Za "The Hurt Locker" otrzymała jako pierwsza w historii kobieta-reżyser Oskara, a za "Wroga nr 1" miała nominację za najlepszy film (została pokonana przez wspaniałą "Operację Argo", też nawiązującą do klimatów wojennych). Przyznam, że oba te filmy były nieco przy długie - wiem regularnie na to ostatnio narzekam, jednak wyrosłam wreszcie z fascynacji dziełami które trwają ponad 120 minut a spokojnie mogłyby zamknąć się zamknąć w powiedzmy 95. 
Pierwszy film nie zrobił na mnie wyjątkowego wrażenia, choć nie mogę powiedzieć był bardzo dobry. Ograbił walki zbrojne a także samych żołnierzy z patosu i mitu o bohaterstwie, tak popularnego w kinie (męskim) amerykańskim. Pokazał dużych chłopców, którzy kochają ryzyko i zabawy z bronią. Wyjazd na misję jest dla nich świetną ucieczką przed codziennym życiem, w którym sobie nie radzą za dobrze. Bo kto w pełni normalny zostaje saperem? W armii i w czasie walki masz szansę na ciągły haj adrenalinowy. A jak nie lubisz słuchać rozkazów to zawsze pozostaje zostać najemnikiem i współczesnym łowcą nagród. Gorzej dla tych co zostają w domu i ciągle myślą czy wrócisz w jednym kawałku.
"The Hurt Locker" to męskie, twarde kino, za to "Zero Dark Thirty" pokazuje wojnę z perspektywy kobiety, agentki. Ona nie walczy bezpośrednio na terytorium wroga, nie trzyma karabinu w dłoniach. Jej bronią jest technologia oraz analityczny umysł. Oglądałam ten film w przerwie pomiędzy odcinkami ostatniego sezonu "Homeland", trwało to chyba z 3-4 dni (taka nowa przypadłość za długie obrazy oglądam w częściach).  W którymś momencie byłam tak zapętlona w obie historie, że już nie wiedziałam czy poluje na Bin Ladena czy walczę z wrogimi Pakistańczykami próbując uwolnić najlepszego przyjaciela. Czyli jednak! Wkręciłam się w kino wojenne! Czemu? Mam kilka przypuszczeń. Kobieta jako główna bohaterka, czyli łatwiej jest się utożsamiać z postacią. Jej motywacja, początkowo czysto teoretyczna i beznamiętna, z czasem zmienia się w chęć zemsty za śmierć bliskich osób - to można w pełni zrozumieć, w odwrocie do uzależnienia od życia na krawędzi czy tak zwanej miłości do ojczyzny. Fabuła, która miesza kino akcji z dramatem, a przede wszystkim z filmem szpiegowskim. To chęć poznania, rozwiązania zagadki (miejsca pobytu wroga) spowodowała, że nie zrezygnowałam z oglądania po pierwszych 40 minutach. 
Uważam, że drugie dzieło Bigelow jest dużo lepsze niż pierwsze i oba zostały zniszczone przez Oskary. "The Hurt Locker" zdobył ich za dużo i ma się wobec niego za duże oczekiwania. "Zero Dark Thirty" mógł otrzymać statuetkę jedynie w kategorii technicznej, bo nie wypada nagradzać tej samej ekipy. Szkoda. Zobaczymy co kolejnego zrobi specjalistka od kina wojennego.


"Homeland" to jeden z moich ulubionych seriali. Jak już wiadomo nie przepadam za klimatem wojennym a seriali o tej tematyce staram się wręcz unikać. Jednak perypetie agentki CIA i jej współpracowników oglądam z zapartym tchem. Porównując z tym na przykład przygody Jamesa Bonda są nudne i przewidywalne. Za to w rzeczywistości wykreowanej przez Showtime nawet nic nie znaczące wydarzenia mogą się okazać kluczowe. A najważniejszym przesłaniem jest, że "nie można ufać nikomu, nawet samemu sobie". Co w przypadku Carrie i jej choroby psychicznej (spoiler!!!) jest jak najbardziej na miejscu. 
O ile pierwsze dwa sezony były ok (rodzina Brodego była lekkim zgrzytem w fabule), to szaleństwo jakie następuje po finale w Langley jest świetne. Psychoza i fobie narastają, aż nie potrafię zliczyć ile razy dałam się nabrać scenarzystom kto jest wrogiem a kto przyjacielem. Wszystko się zmienia jak w kalejdoskopie. Coś tym jest, że niektórzy mają niesamowitą wyobraźnię i do takich ludzi można zaliczyć autorów "Homeland". Jak doskonale określił kolega Z. jeśli obmyślałaś wszystkie, nawet najbardziej nieprawdopodobne zakończenia sezonu to i tak nie trafiłaś. Oni są lepsi i właśnie znów wbili cię w fotel. Oczywiście jak bywa w serialach są odcinki słabsze i lepsze. Jednak siłą tej serii jest trzymanie się określonego pomysłu i sukcesywne jego realizowanie, nawet jak widzowie i szefostwo stacji kręcą nosem. Całe szczęście! Po wakacjach 5 sezon. Twórcy zapowiadają przeskok w czasie o 2 lata i Berlin. Carrie opuściła CIA, ale czy Agencja i Saul opuściły ją? Z kim i o co tym razem będzie walczyć?