poniedziałek, kwietnia 28, 2008

Wszyscy za mną, ale jednak przeciwko. Jadę pociągiem do puszczy, nawet zasnąć nie mogę, bo zaraz soczewka postanawia opuścić schronienie w mym oku i ruszyć w świat. W porę ją złapałam i umieściłam tam gdzie jej miejsce, bo już zmierzała w stronę okna, na wolność chciała się wyrwać! Przychodzę przemarznięta do pracy i co słyszę na dzień dobry... "co się trzęsiesz jak kura po stosunku?"... ręce i szczęki opadają! Takie wsparcie. I to ja jestem potworek?
Teraz też, poprosiłam mamę, by zrobiła pranie, bo ciuchy śmierdzą ogniskiem i psem. To ona pierze je ręcznie zamiast w pralce, a ja mam wyrzuty sumienia, że ją wykorzystuję. Generalnie wyrzuty sumienia muszę wiecznie zagłuszać lub wypierać się ich istnienia. Tylko puszcza nadal taka sama, niewinna i dzika. A ja? Niewinności zero, dzikość natomiast w nadmiarze.

środa, kwietnia 23, 2008

Step By Step


Wielki powrót uwielbienia, ta fascynacja ośmiolatki wiele wyjaśnia. Miłość do lat 80-tych, nawet Szaruka (teraz jest jasne czemu kolczyki w uszach tak nie rażą). Jordan... w ogrodniczkach, ach! Chłopaki jednak tańczyć potrafią i kompletnie nie przypominają późniejszych boysbandów. Nie wiem gdzie się podziały wszystkie moje kasety, teraz byłyby sporo warte. Za to doskonale przypominam sobie serial animowany, który namiętnie oglądałam w telewizji. Ach sielankowe dzieciństwo: folwark, puszcza i New Kids On The Block!

środa, kwietnia 16, 2008

Ubarwiona prawda


Gdy jeszcze było ładnie, siedziałam na oknie (nie mamy balkonu) i czytałam jakieś gówno fantasy. Po podwórku jeździła policja, właściwie to krążyła. W pewnym momencie zatrzymali się pod oknem, jeden wysiadł i zaczął wrzeszczeć "co robię?". Początkowo nie połapałam się, że to do mnie, a potem powiedziałam, że siedzę i czytam. Na co oni się zebrali i pojechali. Jakiś dzień później opowiedziałam o tym Młodemu, a już następnego dnia krążyła wersja, że siedziałam na dachu. Bartosz uznał, że taka "prawda" jest bardziej ekscytująca. I jak tu mu wierzyć?
Straciłam apetyt... niby jestem głodna, ale jak przychodzi do jedzenia to już mi się nie chce. Komar ma to samo, co jest nieco budujące. Obecnie nakręcamy się nawzajem na regularne jedzenie, a dodatkowo Hala wmusza we mnie zupy i inne specyfiki. Trzeba będzie w Puszczy być dzielną i iść na badania do mamy, a właściwie to pobieranie przyjdzie do mnie.
Ogólnie jestem jakaś zawieszona, sama nie wiem czego chcę. Przydałby się ktoś, kto dokonywałby za mnie wyborów, a ja jedynie ślizgałabym się na granicy świadomości i jak coś miała pretensje o złe decyzje. Tylko w pracy jeszcze nad sobą panuję. Może muszę pokrzyczeć to będzie lepiej? Zawsze to pomagało! Lub wybiorę się wreszcie po kozę... hihihi... zielona koza poprawiająca nastrój!

sobota, kwietnia 05, 2008

Platoniczny kubek kawy

Trwa tydzień z bolly, a właściwie tydzień z Abhishkiem, ja nadal nie mam netu, przestały jeździć tramwaje, nie mam więc dojazdu do pracy. Ogólnie szczęśliwość połączona z beznadzieją. Czekam z utęsknieniem na urlop w Puszczy, a jednocześnie czuję że całkowicie wrosłam w wrocławski klimat. Z fantasy przestawiłam się na powieści indyjskie oraz afgańskie. Takie małe zmiany, nic nie znaczące a powodujące lawiny. W uszach Ironi, bo do koncertu się szykuję, mało bausów, moc perkusji i gitary zwycięża z bitem. Dzikość z nutką nostalgii.

czwartek, marca 06, 2008

... Daniel: genialny!!!

I love Him... I love Him... Kocham ten jego spuchnięty, krzywy nos, kanciastą buźkę i siwe oczka. Generalnie on cały jest jakiś taki kanciasty, co mnie szczególnie kręci. Nawet w powieściach fantasy zazwyczaj fascynujący są ci których "twarz jest wyrzeźbiona jakby z kamienia, którego twardość łagodzi niekiedy jedynie uśmiech". Moja miłość do Day-Lewisa kojarzy się z sinusoidą, ma wyraźne maksima i minima funkcji. Gdy po wielu miesiącach jałowych (bez jakichkolwiek wspomnień fascynacji) wreszcie pojawia się nowe dzieło zaczyna się szaleństwo... sny po nocach, ochy i achy, ponowne ogladanie wszystkich dostępnych filmów ( "W imię ojca" zawsze!!! bo "Nieznosnej lekkości bytu" nie posiadam), generalnie pełna wariacja. A potem nastepuje spadek, aż do kompletnego zapomnienia. I znów jakaś reklamówka nowego filmu lub jakieś info rozpoczyna wariację od początku.

Obejrzałam "To nie jest kraj dla starych ludzi" i jestem zdegustowana. Oprócz genialnego Javiera nic mi się nie podobało, może dlatego że całego filmu nie zrozumiałam. "Aż poleje się krew" był przejrzysty i w pełni zrozumiały, natomiast ten chaotyczny i nie równy. Tommy Lee Jones to pierwszy szeryf Hollywood którego wątek mógł byc spokojnie pominięty, bo dodatkowo wprowadzał zamęt. Dobrze że miałam pod ręką drinka oraz Halszkę obok której komentarze przynajmniej troszeczkę rozwiewały nudę.

Udało się wreszcie dokonać przeprowadzki, więc nie mam netu. Tego posta piszę chyba już od połowy lutego, tak partiami jak mam trochę luzu w pracy. Mieszkanko jest fajne, jedynie wchodzenie na 4 pietro jest nadal uciążliwe. Wreszcie osiągnęłyśmy sukces w kwestii ustawienia łóżek oraz biurka, prawdopodobnie po raz ostatni w najbliższym czasie wybieramy się do Ikei. Magdy to będzie chyba już 4 weekend na Bielanach! Mam krótkie włoski, grzywka w niektórych miejscach przypomina jeżyka a i ciągle głaszczę się po meszku na karku, taki nowy tik!

wtorek, lutego 26, 2008

... Viggo: ok...


W związku z dziwną sytuacją panującą w moim otoczeniu ( jakieś nie do końca jasne posądzenia o molestowanie; zaznaczmy że rzekomym gwałcicielem jest kobieta mniejsza co najmniej 2x od swych ofiar) postanowiłam wreszcie przysiąść i zobaczyć dzieło edukacyjne pod każdym względem, otrzymane w prezencie urodzinowym od zawsze chętnej by rozwijać moją wiedzę Kasieńki. Dzieło jak dzieło, mnie szczególnie powaliło montażem, zbliżeniami oraz ciekawymi najazdami kamery. Kamiński mógłby się wiele nauczyć od autora zdjęć "Księgi objawienia".
A wracając do molestowania... cała sytuacja wydaje się obecnie tak absurdalna, że wraz z "gwałcicielką" prawie płaczemy ze śmiechu gdy o tym wspominamy. Nie po raz pierwszy rzekomi macho okazali się cnotkami, na dodatek całkowicie bezbronnymi.
Poza podziwianiem Tonego Long w wymienionym wyżej filmie, miałam okazję zobaczyć po raz kolejnym tyłek i nie tylko Vigga. Viggo całkiem pozytywnie, chociaż po nim zawsze można się czegoś dobrego spodziewać nie zależnie kogo gra. Dlatego niczym właściwie nie może raczej zaskoczyć, w każdej roli spełnia się dobrze, ale bez rewelacji i wzruszeń. Oczywiście pomijając Aragorna, ale "Władca" stoi u mnie poza kategoriami.

wtorek, lutego 19, 2008

Harry: nudny...

Ostatni tom Pottera już za mną... zawiodłam się. Syriusz pozostał martwy, a dodatkowo kilka osób do niego dołączyło, ale zamiast samego Pottera to zginęła tylko jego sowa. Generalnie książka robi się jakaś ciekawsza dużo za połową, wcześniej nic nie robią tylko gadają i siedzą w namiocie. Kompletna nuda, jedynym ożywieniem jest Stworek, ale skrzaty zawsze są rozbrajające. Pomimo, że słyszałam o "happy end", w pewnym momencie miałam już nadzieję na całkowitą zagładę obu bohaterów... ale się przeliczyłam. Trudno... W odwrocie do "Koła czasu" gdzie przeżywam śmierć każdej praktycznie postaci ( szczególnie takiej bezsensownej jak w przypadku Rolana), to "Harry" nie wzbudza emocji, oprócz przypadku Syriusza i Snapa. Może dlatego, że Rowling nie ma zdolności w budowaniu napięcia tak tragicznych scen, bitwy też marnie opisuje. Dość już przeżywania... skończyłam, pewnie wkrótce zapomnę, ale Harry otrzymał parawkę jako rzecz zakończona.

wtorek, lutego 05, 2008

...


Jestem w połowie maratonu... 8 dni pracy, bez chwili odpoczynku... im to trwa dłużej tym jestem bardziej nakręcona. W sobotę nawet były bausy, a po niecałych 5 godzinach snu rześka ruszyłam na dalszy podbój Magnolii.
To taki wpis właściwie bez sensu, aby tylko dodać zdjęcia Strummera i Jonesa. Jeden jest już martwy, a drugi łysy i tłusty... nie chce się starzeć, a przynajmniej być łysa i tłusta, posiadanie zmarszczek i siwych włosów jakoś tak nie przeraża jak fałdy na ciele.

poniedziałek, stycznia 28, 2008


Wróciłam z Puszczy, można powiedzieć że wypoczęta. Chociaż takie "nicnierobienie" bywa męczące i wyczerpujące. Nadrobiłam braki filmowe (popłakałam sobie przy "Wyznaniach geiszy", a pośmiałam na "Monsunowym weselu") , z lekturowymi było trochę gorzej. Zabrałam się za "Święte gry", ponad 1000 stronicowe tomisko z licznym wstawkami z języków indyjskich. Niby ciekawe, ale z trudem idę naprzód. Jestem już w połowie... a zasób przekleństw ciągle rozwijam :)) W między czasie zdążyłam wchłonąć inne dzieła literatury. W podróży powrotnej wciągnęłam 600 stron romansidła, połączenia "Przeminęło z wiatrem" z ostrym Harlekinem. Idealna lektura na prawie 12-sto godziną jazdę pociągiem, aż wypieków w pewnym momencie dostałam.
Pierwszą informację jaką otrzymałam po powrocie było, że Heath Ledger nie żyje, smutno się zrobiło. Coś strasznego, niby nie szalałam za nim, ale bez niego kino już nie to samo. A oglądanie "Brokeback Mountain" staje się podwójnie bolesne. Tylko Jake pozostał na polu chwały, a on nie jest taki... sama nie wiem jak to określić. Jake to Jake, a Heath to Heath.
Teraz siedzę w pracy i piszę, za moimi plecami jakiś koleś myje nam witrynę i ściany. Grunt to mieć pracę pełną atrakcji!!!

sobota, stycznia 12, 2008

Jelonki


Wrocławska wiosna-zima. Trampki, okulary przeciwsłoneczne oraz kurtka z polarem idealne na tą specyficzną porę roku, dostępną jedynie w tym rejonie.

Sierotka Dorotka na środku leśnej drogi w nowym roku. Pierwszy raz zauważyłam że na ukochanym polarku mam parę całujących się jelonków homo. Jakie to urocze, bo ewidentnie jest to para męska, sarny nie mają przecież poroża. W końcu z puszczy jestem to troszkę na leśnych zwierzętach się znam. Chociaż świni na żywo nigdy nie widziałam, a krowę jedynie z daleka, ale to nic, nie każdy musi mieć rodzinę na wsi, by do niej jeździć na wakacje.

piątek, stycznia 04, 2008

Święta, święta... dobrze że już po świętach

Wyjeżdżając z zaszronionego Wrocławia wiedziałam, że pobyt w Puszczy nie będzie należał do najbardziej udanych, ale i tak byłam optymistką.
Cudowny pociąg z Kudowy do Wawy spóźnił się 2 godziny, tak przez godzinę stał sobie we Wro, więc moja przesiadka nie doszła do skutku. Panią w informacji na dworcu Zachodnim uchroniła przed moją wściekłością jedynie szyba. Jak to jest możliwe, że ona nie może podać informacji o pociągach intercity, tylko trzeba iść do innego okienka??? A następny pociąg jadący na wschód odjedzie za 7 godzin, bo wcześniejszy ma pełną rezerwację miejsc??? To że byłam około 14:00 24.12 w domu to zasługa lini intercity i wujka który z dziadkiem przyjechał po mnie do Białegostoku. Grunt to w Wigilię obserwować w poczekalni na dworcu żuli rozpijających butelkę "czegoś", a następnie spędzić kilka pełnych wrażeń chwil na PKP w Białym.
Wigilia jak wigilia, tylko brak Mateusza powodował lekko złowieszczą i dołującą atmosferę. Dziadek zrezygnował z raczenia nas wszelkiego pochodzenia i składu nalewkami. Pieśni o emerycie seksualnie kopniętym też nie było. Smutność. Spacer do lasu lub nad jezioro, został wymieniony na spacer do szpitala. A imprez nocnych też szczególnych nie było. Podobno w niedzielę było apogeum, u mnie chyba także ale trochę w innym sensie. O dziwo ci którzy powinni być mili, nie byli, za to osoby nie darzące mnie szczególnymi względami okazali się wyjątkowo sympatyczni. To chyba taki wpływ świąt.
Od ponad tygodnia ponownie w Breslau... sylwester był i już nie ma. Z wyjątkowo ciekawych momentów pamiętam tworzenie mego złoto-błękitnego miecza, Janusza-Tygryska oraz wejście w fleszu obiektywów. Potem była wódka i usypiający powrót do domu. Tak jakoś szybko wszytko się działo, może dlatego że do 15 byłam w pracy to nie odczułam tego dnia specjalnie. Po prostu kolejna, szalona impreza przebierana.
Obecnie trwa czas szalonych przecen, więc czasem mój kontakt z rzeczywistością ulega przerwaniu. Na szczęście mam jeszcze na tyle siły i czasu by odreagowywać w kinie lub z książką.

czwartek, grudnia 20, 2007

Klątwa


Robert Jordan & David Gemmell
W zeszłym roku zmarł David Gemmell, nigdy już nie poznam dalszych losów Helikaona i innych. Teraz moja radość z polskiego wydania drugiej części "Gilotyny Marzeń" została przyćmiona informacją o śmierci jej autora. "Koło Czasu" nie ma zakończenia, ostatni tom nie został ukończony. Obaj panowie urodzili się w 1948 roku, cholera, przecież nie byli tacy starzy by umierać. Rzekomo mamy żyć coraz dłużej, jakoś na ich przykładzie tego nie widać. To jakaś klątwa, większości pisarzy fantasy nie udaje się ukończyć swych największych dzieł... Tolkien, Zelazny, teraz Gemmell i Jordan. Kingowi się udało, ale też mało brakowało, a "Mroczna Wieża" nigdy nie ujrzałaby światła dziennego. Klątwa!

wtorek, grudnia 18, 2007

Om Shanti Om


Obejrzałam... piosenkę "Dewangi dewangi" sama już nie wiem ile razy. Drugi film Farah Khan to wielka pochwała Shahrukh Khana. Oni siebie uwielbiają!!! Poza tym śliczne kolory i ludzie, dużo... bardzo dużo tańca i muzyki. Szaruk wymiata, niewielu 42-latków rusza się tak jak on. Zresztą w każdym następnym wcieleniu uwielbiam go coraz bardziej, nawet w tak głupkowatym jak obecne. Bo nie ma co ukrywać, że film jest durnowaty, podobnie jak "Jestem przy Tobie", ale takie kino też jest potrzebne. Poza tym zdecydowanie lepsze niż amerykańskie komedie romantyczne lub filmy dla nastolatków. W bolly kocham nieprzewidywalność, dla nich wszystko jest możliwe i nikogo nie dziwi, że bohater walczy z pluszowym tygrysem - wszyscy wierzą, że to prawdziwa bestia.
Farah ma niesamowitą zdolność do naśmiewania się z innych produkcji, nie tylko hinduskich, ale także zagranicznych. Niestety moja wiedza jest zbyt mała by wyłapać wszelkie aluzje, którymi naszpikowany jest film. Ale rozdanie nagród filmowych będzie zrozumiane nawet dla laika:
"Rahul... musiałaś już słyszeć to imię..." i plakat szwajcarskich gór w tle - coś wspaniałego!

To zdjęcia z promocji filmu (jejku jej jaki on jest cudowny!!!) :
Nawet beznadziejne zestawienie ubrań na nim wygląda idealnie i ciekawie.

poniedziałek, grudnia 10, 2007

Bartosz, lat 21


Born to be famous... utalentowany muzycznie, poliglota, na dodatek chodząca skromność.
I jak go nie kochać

środa, listopada 28, 2007

Camerimage w skrócie, bo chora jestem i nie mam weny

Grażka T. i prezes Żet. Ktoś tu się chyba nudzi podczas odczytu listu prezydenta RP.

Ciemna Stosio na tle Maleńczuka, który wysilał się dla nielicznych.

Boski z profilu podczas podziwiania Grażki, a w dali Zaleski w rombach.


Gutowska już naćpana, tak podziałała "Hania" Kamińskiego, za to ten w rombach i rybaczkach jeszcze rześki!

Przedstawiciel jury w Cannes w pożyczonych butach i garniturze, Kamiński w trampach, Grażka w przyciasnych butach i nie dobranej do jej figury sukience oraz polski kowboj!

wtorek, listopada 20, 2007

Smoczy prorok


Ach ta Grażka! Ona to ma fryzjera! Nawet piękną alfę umiał jej stworzyć, chyba że to sama taka zdolna. Kusi, bardzo kusi jej obecność na łódzkim festiwalu!
Miałam proroczy sen, stąd ten post (powinnam się myć i spać, skoro jutro 12,5 godz. pracy, ale muszę się tym podzielić ze światem!!!). We śnie wybierałam się do pracy, nie zdążyłam kupić biletu, bo tramwaj mi uciekał. A tu niespodzianka, na najkrótszym odcinku między przystankami (czyli most pokoju) KANAR! Udało się wysiąść przy urzędzie i nie płacić kary, ale do pracy już nie miałam zdążyć. Budzę się rano, z lekkim opóźnieniem oczywiście, wychodząc do pracy postanowiłam kupić bilet, a tak na wszelki wypadek. Wsiadam do 10, kasuję bilet, a po chwili staje przede mną pani i mówi: "bileciki do kontroli", mało nie padłam ze śmiechu. Sprawdziła tylko z 5 osób, bo już byliśmy na kolejnym przystanku. A ja całą drogę nie mogłam dojść do siebie. Szkoda, że jeszcze mego "księcia z bajki" nie wyprorokowałam!

poniedziałek, listopada 19, 2007

Książę z bajki


Moje wymarzone buty Chanel, nie do zdobycia, nie znalazłam ich nawet na ebay'u. Nadal mogę o nich marzyć. Nie są to białe kozaczki, więc nie istnieje ryzyko, że zostałabym za ich posiadanie zlinczowana!
We śnie przyszedł do mnie "książę z bajki" i zabrał z szarej, dorosłej rzeczywistości. Nie przenieśliśmy się do fantazji, ale i tak było cudownie! Zachowywałam się jak typowa bohaterka powieści fantasy, łącznie z atakiem rumieńców w odpowiednich momentach. Uwielbiam sny z ludźmi, których nigdy nie spotkałam; miejscami, których nigdy nie widziałam; czasem określonym jedynie przez dzień i noc. Są one najbardziej warte zapamiętania, często po jakiś czasie przestaję rozróżniać czy działy się na jawie czy też nie. A "księcia z bajki" z niekłamaną przyjemnością spotkałabym już dziś.


Sama już nie wiem co ma ten czerwony worek, w którym oboje są, oznaczać. Generalnie "Dil Se" to nieco dziwny film, jakby kogoś to zdjęcie nie przekonało! Ale oczywiście Szaruk wspaniały, tylko ta jego ukochana jakaś dupowata.

wtorek, listopada 13, 2007

Panna Smok i mroczni "dżentelmeni"

Nienawidzę wrocławskiego, mokrego, brudnego śniegu. Gdy obudziłam się w niedzielę mało nie wpadłam w depresję patrząc za okno. I jeszcze specjalnie na złość nie chciał przestać padać!
Poza tym nienawidzę jak "dżentelmeni z chorwackiej" przyłażą pijani lub wręcz nieprzytomni i trzeba się nimi zajmować. Czy ja pracuję na wytrzeźwiałce lub w opiece społecznej??? Mój pierwszy od dawna całkowicie wolny weekend musiałam spędzić z najebanymi alkoholikami, czyli z najgorszym gatunkiem ludzi. I co z tego, że mi na nich zależy, kurwa, skoro miałam ochotę udusić najpierw jednego, a potem drugiego. Nawet wyrzucić się ich nie dało, ale nie będę wdawać się w szczegóły. A najgorsze jest to, że chyba wcale nie jest im głupio i ciągle mają jakąś wymówkę do kolejnej najebki. Obrzydliwe!!! Ale jak ja któregoś potrzebuję to nigdy na tą pomoc nie mogę liczyć!
Zmieniając temat, bo nie ma sensu psuć sobie przez nich kolejnego dnia, wczoraj poznałam "ojca założyciela firmy Solar". Niebagatelny zaszczyt mnie kopną! Co prawda wielki pan B. spóźnił się, ale był tak uprzejmy i sympatyczny, że można mu wybaczyć. Od piątku próbuję wymyślić strój wieczorowy na Camerimage, ale jakoś ciężko mi idzie. Liczę, że natchnienie nadejdzie jutro przy wyciąganiu nowej dostawy!

środa, listopada 07, 2007

Kolejna psychoza


Mam lekką psychozę na punkcie męskich butów. Nie zaliczam tego do licznych dolegliwości na które cierpię, gdyż jest to fascynacja która uaktywnia się jedynie czasami. Ostatnio dzięki Aniołom w Ameryce, buty Louisa Ironsona śnią się po nocach i na jawie. Za to powyżej jedyne, niepowtarzalne zdjęcie na którym widać, że garderoba Briana jest dopracowana w każdym szczególe ( jakie ma zgrabne kostki!) oraz oczywiście wspaniałe czerwone trampki Justina.


To nie do końca są te buty Jacka Poniedziałka, ale jedynie które w miarę je przypominają. Przejrzałam 50 stron zdjęć z męskimi butami na allegro, potem się poddałam. Szukanie ich nie ma dalszego sensu, na szczęście nadal pamiętam oryginały. Co właściwie nie jest dziwne, skoro gapiłam się na nie praktycznie kiedy tylko się dało. Anioły w Ameryce oraz cały Dialog 2007 będzie się kojarzył w fascynującymi, czarnymi kowbojkami z srebrną klamrą i oczywiście samym Poniedziałkiem tańczącym w nich i złotych, brokatowych spodniach. Przez te buty, nawet dokładnie się nie przyjrzałam Chyrze, którego cenię jak nikogo z polskich aktorów.


Anioły... Trochę widać te buty, ale nie wiele. Z lewej Prior, jak go nie kochać, kiedy potrafi się tak ubrać! Zresztą nie tylko za ubranie warto! Chyba bym sobie nie wybaczyła nie pójścia na ten spektakl. Jak mówi Stosio skoro przyjeżdżają do Ciebie to nieskorzystanie to grzech. Jak miło że ENH, Anioły, a teraz także Euro 2012 przybywają do miasta nad Odrą zwanego Breslau.

sobota, listopada 03, 2007

Dworzec Wrocław Główny, poranek październikowy


W dniu otwarcia, nieotwarcia Magnolii miałam wolne, podobnie jak Szymon. Niestety nie dane nam było się wyspać, gdyż musieliśmy zniknąć z domu o 8:30. Pięknie się złożyło, bo mogliśmy odstawić Zaleskiego (trochę czasu minęło od jego wyjazdu i chyba mogę już używać tego nazwiska) na pociąg. W drodze na i z dworca jadłam mufinki z napisem magnolia, zmusiłam opornego ciaracha by przymierzył trzy pary spodni i zrobiłam małe zakupy w H&M. Całkiem nieźle, głównie jak pomyśle, że normalnie jeszcze bym spała.


Sznurek-smycz dla domowego, oswojonego ciaracha, tak na wszelki wypadek jak by chciał wrócić bez pozwolenia na łono rodziny.


Wszystkich zdjęć autorem jest Szymon, któremu trzeba znaleźć ciekawy i intrygujący pseudonim artystyczny, skoro ma nam wyrosnąć na znanego fotografa.