wtorek, czerwca 09, 2009
sobota, maja 09, 2009
Kwietniowo-majowy
Ostatnimi czasy nie miałam często możliwości na korzystanie z dobrodziejstw wolnych dni. Teraz istnieje szansa na zmianę, całkiem realna. Właściwie już to się zaczęło ( 28.04.2009).
Tak chciałam skorzystać z wolności, że się pochorowałam. Majówkę spędziłam w górach, pracy i łóżku. Dokładnie w tej kolejności. Przymusowy pobyt w tym ostatnim przeciągnął się nawet na formalnie pracujący poniedziałek. Zrobiłam się lekko przezroczysta, trochę mnie mniej niż przed tygodniem, żebra i kości miednicy znów ujawniły swoje piękno lub brzydotę, jak kto woli.
Byłam nabuzowana chęcią pokazania wszystkim, że nadal potrafię brać udział w maratonach, a tu falstart. Bywa... Jak się wstaje o 6-7 rano (czasem na szczęście o 10), stoi 8 godzin na obcasach i uśmiecha do każdego, to czasem nie ma wyjścia i kończy się imprezę przed północą. Zaznaczmy... stanie a siedzenie to nie to samo, podobnie jak klikanie lub rozmowa z współpracownikami, a dbanie o bezpośredniego klienta (często z wyraźnymi symptomami choroby psychicznej). W moim przypadku podsypianie w pracy nie ma racji bytu. Jakoś się jeszcze nie nauczyłam drzemać na stojąco z otwartymi oczami, uśmiechem na ustach oraz obowiązkowym "dzień dobry". Czy to takie dziwne, że przy takim sposobie zarabiania, czasem nie mam siły na co weekendowe wyjścia? Szczególnie, gdy następnego dnia może czekać banda wieśniaków, którzy dni wolne spędzają w centrach handlowych zamiast na świeżym powietrzu. (9.05.2009)
wtorek, kwietnia 21, 2009
Wpis
Książkoholizm to choroba na którą cierpię, właściwie od kiedy pamiętam. Wbrew ogólnym tendencjom pierwsze wspomnienia posiadam z okresu przedszkolnego, a właściwie zerówkowego. Trudno pamiętać przedszkole, skoro byłam tam jeden ranek i przeprowadziłam profesjonalny szantaż emocjonalny, by nigdy nie wrócić do czterolatków.
Wracając do uzależnienia na które cierpię... ostatnio przeczytałam felieton autorki Activista o holiźmie książkowym. Jest to choroba cywilizacyjna, stopniowo atakująca od kilku wieków. Może chwilowo nie tak popularna jak cukrzyca lub depresja, ale mająca stałych żywicieli. W naszym kraju, a prawdopodobnie też w większej części świata uważa się, że czytanie sprzyja rozwojowi ( "cała Polska czyta dzieciom") i jest bardzo promowane. Tylko jak zauważa autorka felietonu wszystko szkodzi w nadmiarze, a szczególnie w złych proporcjach. Wyrafinowany szampan, a denaturat to zupełnie coś innego.
Osobiście muszę się przyznać, że ostatnio częściej "smakuję" tego denaturatu, a szampana od wieków nie doświadczyłam. Co gorsza jestem posiadaczem sporej ilości tanich win, na szczęście główne zaopatrzenie pobieram z biblioteki oraz ( o zgrozo) z ebooków. Ogólnie nie znoszę czytać na kompie, ale bywają sytuacje gdy jest to konieczne. Niektórych dzieł po prostu inaczej nie poznasz.
Każda wolna przestrzeń w mym otoczeniu jest zajęta przez papier ( ach te lasy... coraz ich mniej), co nadal jest wyznacznikiem bycia niby intelektualistą. Podobno! Grunt to porządna meblościanka, tyle się na niej mieści. Mogę wyliczyć jedynie kilka pozycji, do których wracam. Nie jest tego wiele, przeważnie są to utwory, które mam zapisane w głowie, a mimo to nadal cieszą. "Tanie wina" tuż po spożyciu wypieram z pamięci lub magazynuje w nieużywanych częściach mózgu.
Co jakiś czas wpadam w całkowity amok i ruszam na podbój "taniej książki". Wracam do domu z różnymi trunkami, które przez jakiś czas stoją nie wykorzystane, bo przecież inne ( biblioteczne, pożyczone) mają pierwszeństwo.
Ogólnie nie cierpię jakoś szczególnie z powodu tego uzależnienia, ale bywa ono uciążliwe i męczące. Najgorsze, że nie jest możliwe, żeby się od niego uwolnić. Nawet jakbym chciała to wszyscy będą przeciwni. Książki to przecież świętość, nie można ich wyrzucać, ani niszczyć.
Wracając do uzależnienia na które cierpię... ostatnio przeczytałam felieton autorki Activista o holiźmie książkowym. Jest to choroba cywilizacyjna, stopniowo atakująca od kilku wieków. Może chwilowo nie tak popularna jak cukrzyca lub depresja, ale mająca stałych żywicieli. W naszym kraju, a prawdopodobnie też w większej części świata uważa się, że czytanie sprzyja rozwojowi ( "cała Polska czyta dzieciom") i jest bardzo promowane. Tylko jak zauważa autorka felietonu wszystko szkodzi w nadmiarze, a szczególnie w złych proporcjach. Wyrafinowany szampan, a denaturat to zupełnie coś innego.
Osobiście muszę się przyznać, że ostatnio częściej "smakuję" tego denaturatu, a szampana od wieków nie doświadczyłam. Co gorsza jestem posiadaczem sporej ilości tanich win, na szczęście główne zaopatrzenie pobieram z biblioteki oraz ( o zgrozo) z ebooków. Ogólnie nie znoszę czytać na kompie, ale bywają sytuacje gdy jest to konieczne. Niektórych dzieł po prostu inaczej nie poznasz.
Każda wolna przestrzeń w mym otoczeniu jest zajęta przez papier ( ach te lasy... coraz ich mniej), co nadal jest wyznacznikiem bycia niby intelektualistą. Podobno! Grunt to porządna meblościanka, tyle się na niej mieści. Mogę wyliczyć jedynie kilka pozycji, do których wracam. Nie jest tego wiele, przeważnie są to utwory, które mam zapisane w głowie, a mimo to nadal cieszą. "Tanie wina" tuż po spożyciu wypieram z pamięci lub magazynuje w nieużywanych częściach mózgu.
Co jakiś czas wpadam w całkowity amok i ruszam na podbój "taniej książki". Wracam do domu z różnymi trunkami, które przez jakiś czas stoją nie wykorzystane, bo przecież inne ( biblioteczne, pożyczone) mają pierwszeństwo.
Ogólnie nie cierpię jakoś szczególnie z powodu tego uzależnienia, ale bywa ono uciążliwe i męczące. Najgorsze, że nie jest możliwe, żeby się od niego uwolnić. Nawet jakbym chciała to wszyscy będą przeciwni. Książki to przecież świętość, nie można ich wyrzucać, ani niszczyć.
wtorek, lutego 24, 2009
Wspominki i chandra
Zimowy park w Breslau. Całkowicie nieostry. Zasypany przez biały puch, który zamroził komunikację miejską i wywołał chandrę. A teraz w szybkim tempie topi się i znika, jakby go nigdy nie było. Tylko chandra pozostała i nie chce odejść. Kusi lenistwem, wolnością i niespełnionymi marzeniami w zasięgu ręki. Tylko jak zaczynam się skupiać to zauważam że marzenia są jak ten biały puch co się szybko pojawia i jeszcze szybciej znika. Przedwiośnie wywołuje nostalgię której mimo sprawnie działającego mózgu nie mogę opanować. Ciągle mami przyjemnymi obrazami... będącymi poza realnością.
Teraz to co smoki lubią najbardziej. Ciepełko, słoneczko, wakacje... Zdjęcia działkowe, zapomniane, ostatnio otrzymane. W roli głównej: autorka bloga, jak by mogło być inaczej, ulubienica fotografa. Dziękuję Edi!

Urocze ognisko, którego Ojcem Organizatorem był A. Bućko, czasem zwany wujkiem Andrzejem. Nie ma tu jego zdjęcia przy pracy, bo się nie postarałam o oficjalne pozwolenia na wykorzystanie wizerunku, a nie mam ochoty potem się sądzić z przyszłą władzą sądowniczą naszego kraju. Zresztą wujek A. najczęściej ratuje mnie z różnych opresji i dba o mą moralność, więc nie chcę się narażać. Poza tym potrafi zawsze zaskoczyć, raz stworzy idealne ognisko, przy innej okazji jest mistrzem parkietu. Człowiek orkiestra! (To było bez sarkazmu i ironii, jedynie czysty zachwyt.)
Teraz to co smoki lubią najbardziej. Ciepełko, słoneczko, wakacje... Zdjęcia działkowe, zapomniane, ostatnio otrzymane. W roli głównej: autorka bloga, jak by mogło być inaczej, ulubienica fotografa. Dziękuję Edi!
Urocze ognisko, którego Ojcem Organizatorem był A. Bućko, czasem zwany wujkiem Andrzejem. Nie ma tu jego zdjęcia przy pracy, bo się nie postarałam o oficjalne pozwolenia na wykorzystanie wizerunku, a nie mam ochoty potem się sądzić z przyszłą władzą sądowniczą naszego kraju. Zresztą wujek A. najczęściej ratuje mnie z różnych opresji i dba o mą moralność, więc nie chcę się narażać. Poza tym potrafi zawsze zaskoczyć, raz stworzy idealne ognisko, przy innej okazji jest mistrzem parkietu. Człowiek orkiestra! (To było bez sarkazmu i ironii, jedynie czysty zachwyt.)
Po kąpieli, przed kolejną porcją jedzonka. Nieco zmęczone, ale zadowolone. Powtórka w tym sierpniu???
sobota, stycznia 31, 2009
Kobieta Roku
Nie zostałam Kobietą Roku 2008, nawet nie wiedziałam że startuję w wyborach a już przegrałam. Okazało się, że brak zahamowań nie jest zaletą. Przynajmniej w niektórych kręgach, a może w większości. Jakoś nie szczególnie mnie to rusza, raczej trochę denerwuje, jak komar bzyczący nad uchem, którego w każdej chwili można zlikwidować. Moralność to rzecz nabyta, wszyscy mają granicę której nie przekroczą. A punkt zero w zależności od sytuacji potrafi diametralnie się zmieniać. Rok temu wiele spraw wydawało się kompletnie nie możliwych, a obecnie są na porządku dziennym. Pewne zdarzenia bezpowrotnie mnie odmieniły i nie da się z tym nic zrobić. Dawniej było źle, teraz jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej! Tyle z podsumowań noworocznych.
Wspomnienia z Puszczy powoli się zacierają, nadal wzbudzają śmiech i wzruszenie, ale było minęło. Teraz czas na Wrocław i spotkania międzymiastowe, pełna integracja. Potem mogą pojawić się dzieci, które ograniczą swobodę, trzeba korzystać póki jest okazja i możliwości.
Nawet wspaniała firma postanowiła zadbać o moje rozwijanie horyzontów i za kilka dni jadę na ocenę przyszłej zimy do Poznania. Prawdopodobnie skończy się bez szaleństw, ale wyjazd darmowy zawsze się liczy!
Wspomnienia z Puszczy powoli się zacierają, nadal wzbudzają śmiech i wzruszenie, ale było minęło. Teraz czas na Wrocław i spotkania międzymiastowe, pełna integracja. Potem mogą pojawić się dzieci, które ograniczą swobodę, trzeba korzystać póki jest okazja i możliwości.
Nawet wspaniała firma postanowiła zadbać o moje rozwijanie horyzontów i za kilka dni jadę na ocenę przyszłej zimy do Poznania. Prawdopodobnie skończy się bez szaleństw, ale wyjazd darmowy zawsze się liczy!
środa, grudnia 31, 2008
Keep moving...
Siedzę w Augu już kilka dni. Trudno powiedzieć czy mam dość czy nadal czekam na przesyt... Wiem, że uwielbiam samotne powroty do domu, gdy w żyłach płynie etanol i inne środki a uszy dudnią muzyką (nie koniecznie najwyższych lotów, ale zawsze wywołującą reakcję), moje ciało odpowiada na nią automatycznie. Zaczyna się od prawego ramienia, potem cała ręka i reszta ciała z przewodnictwem lewej nogi, często też brzucha. Oczywiście z lekkim zagryzaniem wargi dla lepszej koordynacji. Tylko tutaj wracają do łask dawno zakopane przeboje i gwiazdy, pełen szał przełomu lat 80 i 90-tych. Banalny tekst, bujający bit to ideał na mróz i gwiaździste lub mgliste noce. Tylko tu puste (dosłownie) ulice pozwalają na pełne poddanie się dźwiękom, które mówią z słuchawek. Włączenie autopilota, który zawsze doprowadzi do domu i łóżka.
Oczywiście całkowitej sielanki brak, coś ciągle wierci mi dziurę w brzuchu, wywołuje niepokój, brak spełnienia. Może pora pobiegać po prawdziwej Puszczy, a nie trzymać się utartych ścieżek. Tylko trochę mam lenia, który szepcze, że pub lub wycieczka na majora, to szczyt możliwości skoro zimno i ciemno. Taaaa... Jeszcze trochę czasu do wyjazdu zostało, więc mam szansę na zwycięstwo lub jakąś niespodziewaną atrakcję.
Ten urlop udało się wyrwać wyjątkowo długi, wręcz zapominam że za parę dni znów powrócę na łono dorosłości. Ale jeszcze nie dziś, ani jutro! Nadal mam prawo do fochów, bycia niedojrzałą, upijania się, wracania nad ranem, spania do południa, nawet brudzenia dywanu winem. Takie prawo świąt w domu rodzinnym, gdzie wszyscy traktują cię niby poważnie, ale nie do końca, a wszelkie grzechy po chwili odchodzą w zapomnienie. Nikomu nie chce się ich notować, przecież mamy czas wybaczania! Nawet ja sama... chyba mam zrywy magii świąt. Niekoniecznie długotrwały, ale jednak jakaś miłość do bliźniego się odzywa.
Oczywiście całkowitej sielanki brak, coś ciągle wierci mi dziurę w brzuchu, wywołuje niepokój, brak spełnienia. Może pora pobiegać po prawdziwej Puszczy, a nie trzymać się utartych ścieżek. Tylko trochę mam lenia, który szepcze, że pub lub wycieczka na majora, to szczyt możliwości skoro zimno i ciemno. Taaaa... Jeszcze trochę czasu do wyjazdu zostało, więc mam szansę na zwycięstwo lub jakąś niespodziewaną atrakcję.
Ten urlop udało się wyrwać wyjątkowo długi, wręcz zapominam że za parę dni znów powrócę na łono dorosłości. Ale jeszcze nie dziś, ani jutro! Nadal mam prawo do fochów, bycia niedojrzałą, upijania się, wracania nad ranem, spania do południa, nawet brudzenia dywanu winem. Takie prawo świąt w domu rodzinnym, gdzie wszyscy traktują cię niby poważnie, ale nie do końca, a wszelkie grzechy po chwili odchodzą w zapomnienie. Nikomu nie chce się ich notować, przecież mamy czas wybaczania! Nawet ja sama... chyba mam zrywy magii świąt. Niekoniecznie długotrwały, ale jednak jakaś miłość do bliźniego się odzywa.
piątek, grudnia 19, 2008
Disturbia
Bum Bum Be-dum
Tak jakoś od pewnego czasu nie pisałam. Nie to, że nie było o czym, bo właściwie zawsze jest. Tylko ostatnio mam problemy z ubraniem wszystkiego w odpowiednie słowa. Taka choroba mnie zaatakowała, że nie potrafię się wysłowić. Przy mojej pracy jest to nieco uciążliwe, choć powoli jest lepiej. Już na szczęście nie mylę części garderoby z kolorami lub materiałami, ale do pełnej formy nadal nie wróciłam. Na dodatek nie kojarzę kiedy dokładnie złapałam tego wirusa "brakusłów", tak po prostu pewnego dnia się obudziłam a on krążył w żyłach i tętnicach.
Z ostatnich atrakcji: byłam na zaproszenie Kasieńki w Łodzi. Chyba Fabrycznej, choć w tym dziwnym mieście, gdzie wszystkie ulice prowadzą na Piotrkowską, nie mam pewności. Zresztą moje zdolności do gubienia się mogły tam rozwinąć skrzydła. To że z hotelu trafiłam do teatru zamiast Manufaktury, nadal wywołuje zaskoczenie. Pozytywne, gdyż gdybym chciała iść do teatru to prawdopodobnie nigdy bym się tam nie dostała. Nawet na dworzec taksówkarz wiózł mnie podwórkowymi uliczkami między blokami i garażami. Łódź to najdziwniejsze miasto w jakim byłam! Za to z krótkiego zapoznania się z festiwalowym, vipowskim życiem jestem bardzo zadowolona. To najlepszy prezent jaki mogłam dostać z racji moich niedawnych urodzin. Kasiek, jeszcze raz bardzo dziękuję!!!
Te dwa dni uświadomiły mi, że za bardzo zakopałam się w obowiązkach i raz na dwa miesiące ( lub częściej) powinnam od nich uciekać. W innym wypadku staje się trudna w pożyciu i ciężko ze mną wytrzymać. Opanowuje mnie niepokój, który mogę jedynie opanować i rozładować poza Wrocławiem. Najlepiej z obcymi ludźmi, hi hi hi.
Za kilka dni święta, jadę do Puszczy. Nie wiem czy się cieszę, bo jakoś do końca do mnie nie dociera że to już. Mam jeszcze tyle do zrobienia, nie wspominając o obowiązkach które czekają jak wrócę na początku stycznia. Prawdopodobnie dopiero w pociągu wpadnę w euforię i amok, wcześniej nie będę miała do tego głowy. Jadę na prawie dwa tygodnie, więc może nawet uda się trochę odpocząć. Tylko że w Puszczy odpoczynek ma inne znaczenie niż na reszcie globu. Ale może wirusa i niepokoju się pozbędę, chociaż na jakiś czas. Pewnie złapię jakieś inne świństwo, pijackie świństwo. Ale nic to, nawet pasożyty mają prawo do urozmaicenia.
Tak jakoś od pewnego czasu nie pisałam. Nie to, że nie było o czym, bo właściwie zawsze jest. Tylko ostatnio mam problemy z ubraniem wszystkiego w odpowiednie słowa. Taka choroba mnie zaatakowała, że nie potrafię się wysłowić. Przy mojej pracy jest to nieco uciążliwe, choć powoli jest lepiej. Już na szczęście nie mylę części garderoby z kolorami lub materiałami, ale do pełnej formy nadal nie wróciłam. Na dodatek nie kojarzę kiedy dokładnie złapałam tego wirusa "brakusłów", tak po prostu pewnego dnia się obudziłam a on krążył w żyłach i tętnicach.
Z ostatnich atrakcji: byłam na zaproszenie Kasieńki w Łodzi. Chyba Fabrycznej, choć w tym dziwnym mieście, gdzie wszystkie ulice prowadzą na Piotrkowską, nie mam pewności. Zresztą moje zdolności do gubienia się mogły tam rozwinąć skrzydła. To że z hotelu trafiłam do teatru zamiast Manufaktury, nadal wywołuje zaskoczenie. Pozytywne, gdyż gdybym chciała iść do teatru to prawdopodobnie nigdy bym się tam nie dostała. Nawet na dworzec taksówkarz wiózł mnie podwórkowymi uliczkami między blokami i garażami. Łódź to najdziwniejsze miasto w jakim byłam! Za to z krótkiego zapoznania się z festiwalowym, vipowskim życiem jestem bardzo zadowolona. To najlepszy prezent jaki mogłam dostać z racji moich niedawnych urodzin. Kasiek, jeszcze raz bardzo dziękuję!!!
Te dwa dni uświadomiły mi, że za bardzo zakopałam się w obowiązkach i raz na dwa miesiące ( lub częściej) powinnam od nich uciekać. W innym wypadku staje się trudna w pożyciu i ciężko ze mną wytrzymać. Opanowuje mnie niepokój, który mogę jedynie opanować i rozładować poza Wrocławiem. Najlepiej z obcymi ludźmi, hi hi hi.
Za kilka dni święta, jadę do Puszczy. Nie wiem czy się cieszę, bo jakoś do końca do mnie nie dociera że to już. Mam jeszcze tyle do zrobienia, nie wspominając o obowiązkach które czekają jak wrócę na początku stycznia. Prawdopodobnie dopiero w pociągu wpadnę w euforię i amok, wcześniej nie będę miała do tego głowy. Jadę na prawie dwa tygodnie, więc może nawet uda się trochę odpocząć. Tylko że w Puszczy odpoczynek ma inne znaczenie niż na reszcie globu. Ale może wirusa i niepokoju się pozbędę, chociaż na jakiś czas. Pewnie złapię jakieś inne świństwo, pijackie świństwo. Ale nic to, nawet pasożyty mają prawo do urozmaicenia.
sobota, listopada 15, 2008
Notka
Takie zawirowanie czasowe wywołane jest raczej uwolnieniem się z kieratu wrocławskiej codzienności. Ranne wstawanie ( mycie, ubieranie, malowanie, jedzenie jak jest czas) lub bardzo wczesne ranne wstawanie ( wtedy nawet jedzenie nie wchodzi w grę), potem wywołująca chandrę komunikacja miejska ( sama nie wiem czy gorsze są staruszki czy wrzeszczące bachory) i praca lub uczelnia, a na zakończenie powrót do domu, gdzie po jednym rozdziale książki zasypiam. W przypadku pracujących weekendów można szybko stracić orientację w dniach tygodnia. Oczywiście zdarzają się urozmaicenia, ale wszystko nadal trzyma się cholernej monotonii.
W Augu to że zawsze kończy się tak samo nie jest wywołane przymusem. Zamiast do pubu mogę pójść gdzie indziej, nad rzekę, posiedzieć w domu, robić cokolwiek. Takie to wszystko jakieś beztroskie. Nawet tamtejsze schematy sprawiają przyjemność i nie wywołują znużenia. Chyba właśnie brak przymusu spowodował że zapętliłam się w czasie.
Powrót samochodowy też wywołał chaos. Miałam wrażenie że jedziemy, jedziemy a nadal jak nie było widać wawy, tak nadal jej nie ma. Taka podświadoma niechęć do opuszczenia sielankowej Puszczy i jej okolic.
Zgubiłam się na Kulcie, dzięki temu chyba było świetnie. Mokra dotarłam do domu, wyskakałam się i wykrzyczałam na najbliższe pół roku. Co prawda kilka znajomych osób doszło do wniosku że byłam wtedy pijana i ledwo się na nogach trzymałam, ale ja byłam zachwycona. Impreza godna powtórzenia, chociaż teraz mam zakaz samotnych powrotów do domu. "Nieodwracalne?"
niedziela, października 26, 2008
Chuj w bombki strzelił, choinki nie będzie!
Właśnie po raz drugi ( do trzech razy sztuka!) powróciłam samotnie, piechotą do domu, z nocnej imprezy. Tym razem zajęło to jedynie cztery piosenki z mp3 ( poprzednio 5x "Gimme Gimme", obecnie miałam bardziej urozmaicony repertuar, idealny na wkurwa), chyba z powodu mrozu i gorszego nastroju. Tyłka właściwie nie czuję, z resztą ciała nie jest tak źle, bo nawet wełnianej czapki się dorobiłam. Co prawda rzekomo mi mózg ściska i ogranicza, ale przynajmniej 40% ciepła mniej ucieka z organizmu. Ogólnie same rewelacje! Czapka... , jedyny facet z którym wymarzyłam sobie ślub i itp. dorobił się żony a na dodatek ma chyba najcudowniejszego psa pod słońcem. Jakby to nie było jasne, ja nie jestem tą jego wspaniałą drugą połową! Tylko skakać z radości i korzystać z życia.
wtorek, października 07, 2008
Kocio-smocza natura

" Natomiast koty cechuje na ogół większy dystans do świata. Przestają jeść tuż po zaspokojeniu głodu. Gdy ktoś lub coś je nudzi, wychodzą bez oglądania się na cudze uczucia. Nie mają natury dyplomatów i nie tolerują głupców. Życie wydaje się im w równym stopniu zabawne i żałosne. I nie uważają tego za wewnętrzną sprzeczność. Czyż nie można jednocześnie uśmiechać się i wzdychać?"
ZAKOCHANY DUCH Jonathan Carroll
Jakie to prawdziwe i pasujące do mnie... może dlatego nie mogłabym mieć kota. Posiadanie stworzenia będącego odbiciem samej siebie to byłoby ponad siły. Pies to idealny towarzysz, poprawiacz nastroju. Zawsze gotowy do zabawy, nie mający fochów i wahań nastrojów. Ciekawe jakie są świnki wietnamskie? Raczej psie a nie kocie...
niedziela, września 14, 2008
Urlop kontra wakacje
Jednym z wyznaczników bycia formalnie dorosłą jest zastąpienie wakacji urlopem. Dwa słowa określające dłuższy czas wolny w lipcu oraz (lub) sierpniu, a taka ogromna między nimi różnica. Przykre, ale jak prawdziwe! Wakacje zawsze można było jakoś przedłużyć, a na urlop nie da się wpłynąć, chyba że zastosuje się L4, a do tego potrzeba miłego i uczynnego lekarza. Co prawda 2 miesiące w Puszczy bywa ponad moje siły, ale 2 tygodnie to stanowczo za mało. Optymalny czas to 3-4 tygodnie oraz kilka dni dodatkowych by np. ruszyć wreszcie na Hel.
Miniony urlop można uznać za całkowicie udany, z kilkoma niewielkimi wpadkami. Początkowo wyśnione 2 tyg. miały być wykorzystane na kilka wyjazdów, ale ostatecznie jak zwykle Puszcza wciągnęła i trudno się było od niej uwolnić. Prawie łezka stoczyła się po policzku jak wsiadłyśmy do Jaćwinga by powrócić do codzienności. Królował Pub Bab (nic nowego!), gdyż lenistwo zwyciężyło nad potrzebą świeżego nocnego powietrza. Rzeka oraz osiedle Swoboda też zostały odwiedzone, choć jedynie parę razy. Zresztą częste plażowanie i uroczy, posiadówkowy pobyt w Gorczycy dotleniły w pełni moje płuca, by przetrwać dłuższy czas w lekko malarycznym Breslau.
środa, września 10, 2008
Augustów w obiektywie Sony Ericssona
piątek, sierpnia 22, 2008
Ironi - fot. Andrzej B. & Edward B.
wtorek, sierpnia 05, 2008
Na Horyzoncie
Na kanapach w Cafe, a za Magda Jakub za którym Kaśka się kryła. Tu podobno była najlepsza kawa w mieście.
środa, lipca 16, 2008
Eria :D

Oni są uroczy. Te małe zgrabne tyłki i ADHD, wszyscy idealnie zakonserwowani. Ach te lata 70-te, czysta szkoła przetrwania: hartuje lub zabija.
Jako męczennica nr 1 w naszej telenoweli prowadzę chwilowo całkowicie uporządkowane życie:
praca, dom i czasem jakieś dodatkowe atrakcje, np. jak teraz 10 dni kina. Od wczoraj chodzę i gadam w najdziwniejszych momentach: Eria Nowe Hioryzonty a dziś udawałam wielbłąda taszcząc do pracy torbę festiwalową z pakietem gadżetów. Trzeba pokazywać jaka jestem grzeczna i opanowana.
środa, lipca 02, 2008
Miłości ... słabości... Za co???
Robin Van Persie ( Holandia, Arsenal Londyn)Najważniejszy... za ADHD!!!! On już biega i podskakuje mimo że mecz się nawet nie zaczął! I kogucika na głowie, hihihi
Halil Altintop (Turcja, Schalke) oraz Hamit Altintop ( Turcja, Bayern Monachium)Za to że jest ich dwóch, chociaż Halila na Euro nie było. Boskie kości policzkowe oraz ogólną zaskakującą miłość do rewelacyjnej reprezentacji Turcji.
David Villa ( Hiszpania, Valencia CF)Za kontrast z Torresem, śmieszne miny, skoczność. Oczka pieska oraz minę gdy musiał zejść w meczu z Rosją mimo że nie wiedział czemu.
Fernando Torres ( Hiszpania, Liverpool FC)Za blond włoski, szerokie bary i ciągle fochy na boisku. Oczywiście także za bramki :)
Hiszpanów musiałam pokochać gdy zabrakło Persiego i Altintopa. Jakoś żadnego Włocha w tej grupie nie ma, nie zasłużyli. Byli tak nie poradni, że właściwie nie było ich szkoda, raczej wywoływali jedynie gniew. Ogólnie nadal to najlepsza drużyna, ale przydało by się ją jednak odmłodzić. Większość zawodników znam od 10 lat. Jak widać po ty turnieju, pora na emeryturę, niestety.
piątek, czerwca 20, 2008
Oni są fantastyczni, wariaci... hihihi Miło, że wreszcie udało się pokonać Francję i to nie tylko w karnych, ale w normalnym czasie gry. Zobaczymy jak będzie dalej, ale wyjście z grupy to pewien sukces, głównie po tym co pokazywali w pierwszych meczach. Niestety po pokonaniu Hiszpanii, znów wpadną na Holandię, więc finał leży prawdopodobnie poza zasięgiem. Jednak trzecie miejsce jest w ich zasięgu, tylko trzeba zrezygnować z giganta Toniego i postawić na del Piero i Cassano.
wtorek, czerwca 17, 2008
Dziś jest Ten Dzień
Prawie 15 a ja nadal w spodenkach (zwanych przez Młodego majtochami) oraz wyciągniętej bokserce. Czemu??? Mam wolne, jest czerwiec, wyszło słońce, więc siedzę w oknie a moje nogi dyndają na parapecie. Sielanka! Poza tym dziś jest Ten Dzień, gramy o wszystko. Azzurri muszą wyjść z grupy, koniecznie. Choć po pierwszym meczu jak w drodze do domu się poryczałam, do ich gry podchodzę z lekkim dystansem. Zresztą Holandia jest rewelacyjna.
niedziela, czerwca 01, 2008
telenowela
Kiedyś, całe chyba wieki temu wróciłam z Puszczy. Wyjeżdżając miałam wszystko poukładane i rozplanowane jak nigdy. A teraz po prawie miesiącu widać, że nie było sensu niczego planować, bo i tak każda myśl przegrała z rzeczywistością. Na dodatek ponownie miałam zbyt wygórowane mniemanie o niektórych, a przecież podświadomie wiedziałam że to tylko moja wyobraźnia.
Pewnym plusem jest to że ludzie miewają większe problemy. Nie da się ukryć że jest to budujące.
To że chwilowo jestem ta zła, też właściwie nie dziwi, chyba trochę mi się należy. Jednak nie mam zamiaru z niczego się tłumaczyć, ani prosić o wybaczenie. Upór ponownie wygrywa z uprzedzeniem. Życie w telenoweli rządzi się swoimi prawami. Aguś wręcz twierdzi, że moje domowe rewelacje są ciekawsze niż "M jak miłość"!
Ostatnio mam skłonność do popadania w samouwielbienie, szczególnie po pobycie w Katowicach. Dobrze na mnie wpłynęło to szkolenie, zwłaszcza czołówki dla hydraulika. W przeciwieństwie do Wrocławia, w tym dziwnym mieście, zwanym Katowice, nikt nie pije browarów w parku! Przyznam że musiałyśmy wyglądać ciekawie: pięć wystrojonych, w obcasach lasek z browarami, a w koło matki z dziećmi, ludzie z psami. Ale jakoś trzeba było spędzić ten czas do odjazdu pociągu. A ja dodatkowo potrzebowałam odreagować w innym środowisku.
poniedziałek, kwietnia 28, 2008
Wszyscy za mną, ale jednak przeciwko. Jadę pociągiem do puszczy, nawet zasnąć nie mogę, bo zaraz soczewka postanawia opuścić schronienie w mym oku i ruszyć w świat. W porę ją złapałam i umieściłam tam gdzie jej miejsce, bo już zmierzała w stronę okna, na wolność chciała się wyrwać! Przychodzę przemarznięta do pracy i co słyszę na dzień dobry... "co się trzęsiesz jak kura po stosunku?"... ręce i szczęki opadają! Takie wsparcie. I to ja jestem potworek?
Teraz też, poprosiłam mamę, by zrobiła pranie, bo ciuchy śmierdzą ogniskiem i psem. To ona pierze je ręcznie zamiast w pralce, a ja mam wyrzuty sumienia, że ją wykorzystuję. Generalnie wyrzuty sumienia muszę wiecznie zagłuszać lub wypierać się ich istnienia. Tylko puszcza nadal taka sama, niewinna i dzika. A ja? Niewinności zero, dzikość natomiast w nadmiarze.
Teraz też, poprosiłam mamę, by zrobiła pranie, bo ciuchy śmierdzą ogniskiem i psem. To ona pierze je ręcznie zamiast w pralce, a ja mam wyrzuty sumienia, że ją wykorzystuję. Generalnie wyrzuty sumienia muszę wiecznie zagłuszać lub wypierać się ich istnienia. Tylko puszcza nadal taka sama, niewinna i dzika. A ja? Niewinności zero, dzikość natomiast w nadmiarze.
Subskrybuj:
Posty (Atom)