niedziela, sierpnia 31, 2014

Ciach ciach...


W ramach oszczędności, rozwoju kreatywności i zdolności manualnych tegoroczne lato spędziłam na własnym tarasie (dachu) kombinując, tnąc i przeszywając posiadane a nienoszone ubrania. Wcale nie postanowiłam ograniczyć mojej garderoby - zakupy w lumpach w Puszczy oraz ciągle prezenty od K. (dziękuję jeszcze raz) były tego najlepszym przykładem. Jednak pewne rzeczy, które sobie wymarzyłam nie były dostępne w sklepach lub kosztowały niebotyczne sumy. A po wstępnym przejrzeniu szafy okazało się, że kilka ciuchów da się lekko zmodyfikować i otrzymać coś nowego.

Do odziedziczonej po M. skórzanej spódnicy wystarczyło wciągnąć gumkę i z rozmiaru 42 zrobił się 34. Nie ma jak guma wycięta z innej, szmacianej spódniczki. Dzięki temu nie musiałam wydać mnóstwa pieniędzy na skórzaną spódnicę na kole, która pięknie wygląda, szczególnie jak trenuję piruety i dyganie.  Ogrodniczki widoczne na zdjęciu to okaz zachowany z czasów liceum. Po przywiezieniu ich z Augu okazało się, że są tylko nieco za krótkie (jednak trochę urosłam!). Obcięłam je, po amatorsku wykonałam mankiety i mogę promować modę na country. Czułam potrzebę posiadania krótkiej bluzki do talii. Wystarczyło trochę pogrzebać w szafie i znalazłam granatową koszulową tunikę z Solaru. Ponownie nożyczki okazały się niezastąpione. Tunika akurat miała ściągacz więc nawet udało się ją równiutko skrócić.

Obecnie dochodzę do wniosku, że pora się nauczyć robić na drutach, a następnie przyjdzie kolej szydełka. A może kiedyś szycie na maszynie też stanie się realne. W końcu na zajęciach z techniki w podstawówce za uszycie worka na buty dostałam 5+, a B. jeszcze go przez kilka lat używał.

środa, sierpnia 27, 2014

Lukas Moodysson is the best

Postanowiłam skusić się na kolejny film Lukasa Moodyssona, który był prezentowany w ramach Panoramy na NH. Niezrażona dawnymi doświadczeniami ("Kontener") zdecydowałam, że skoro wszędzie piszą o jego wielkim powrocie to należy zaryzykować. Ostatecznie tym razem wyszłabym z seansu i nie przejmowałabym się jakimkolwiek zakazem. Och, czemu dałyśmy się zmanipulować poprzednio, do dziś nie wiem. Na szczęście już od pierwszych minut miałam pewność, że było warto zaryzykować. Trzy dziewczynki (jeszcze nie nastolatki), punk,  pochmurna i zimowa Szwecja lat 80. - słowa klucze charakteryzujące "We Are The Best". Dawno nie płakałam ze śmiechu na żadnym filmie i jak się okazało nieco mi tego brakowało.

Bobo - drobna okularnica wyglądająca jak chłopiec (w pierwszej scenie byłam przekonana, że jest chłopcem) w wielkim swetrze, leginsach w paski i bandanie na szyi, jako jedyna posiada walkman. Klara - chłopczyca z irokezem, arafatką, turecki sweter, koszula w kratę po bracie i wąskie spodnie do kompletu. Best friend, które nie pasują do kiczowatych, blond koleżanek tańczących do disco w strojach wzorowanych na Jane Fondzie. Czas spędzają szwendając się po mieście, słuchając punk rocka (choć wszyscy twierdzą, że punk umarł), narzekając na rodziców przez telefon i bawiąc się w tzn. szwedzkim młodzieżowym domu kultury. To tam, robiąc na złość niedoszłym następcom Iron Maiden, postanawiają stworzyć zespół. Nie ważne, że nie umieją grać. Mają przebój o tym jaki wf jest beznadziejny oraz grzeczną Hedving, która wymiata na gitarze. Co z tego, że jest trochę drętwa i wierzy w Boga. Wystarczą nożyczki w rękach Klary i nawet w białej koszuli, sweterku w serek i wielkim dzianym szaliku otrzymujemy gitarzystę punkowego girlbandu.

Fenomen Moodyssona tkwi w aktorach, który zatrudnia do swoich filmów. Cała główna trójka jest wspaniała, to widać nawet w trailerze. A postacie drugoplanowe? Opiekunowie z domu kultury są jedną z bardziej przeuroczych par gejowskich jakie widziałam - choć trudno być pewnym czy na bank są homo. Rodzice, nauczyciele i pozostali dorośli oraz dzieci sprawiają wrażenie jakby grali ludzi współczesnych ubranych w ciuchy z przed 30-tu lat. Dlatego przekaz filmu jest uniwersalny i ponadczasowy. Pierwsze miłości i zdrady, przyjaźń która zawsze zwycięża. Niechęć wobec ćwiczeń fizycznych i przedstawień szkolnych, fascynacja muzyką, imprezy, próbowanie alkoholu, które na początku zazwyczaj kończy się zgonem (niekiedy nawet po latach praktyki ma się podobne wpadki). Codzienność podkreślona i lekko przerysowana doskonałymi dialogami. Mistrzowska jest scena w której Bobo pociesza matkę po zawodzie miłosnym, sugerując że powinna coś zjeść i wypić herbatę bo wtedy poczuje się lepiej. W końcu nie ważne co myślą i mówią o nas inni, grunt że sami wiemy że jesteśmy najlepsi!



A tu mały solarowy dodatek. Jak ktoś nie ma po rodzicach lub nie trafił w lumpie na "tureckie swetry" w których trudno stwierdzić czy masz duży czy mały biust, to w bieżącej kolekcji można kupić to cacko. Stosując pewne unowocześnienia (to swetrowa tunika) mamy mega modne i ciepłe ubranie. Brakuje tylko czerwonych leginsów, glanów i można krzyczeć "punk not dead".



niedziela, sierpnia 10, 2014

Nowohoryzontowo

 
Program przejrzany, filmy wybrane, karnet odebrany. Z racji obowiązków w pracy (szkoda, że nie można mieć urlopu przez miesiąc) musiałam ograniczyć się do 10 filmów oraz dodatkowo 3 pokazów na rynku. W praktyce wszystko dodatkowo się skurczyło przez zatrucie (ten wstrętny czosnek!), deszcz i przemęczenie. Na początek był najnowszy, w doskonałej formie Moodysson "We Are the Best". Potem było lepiej, dobrze, najlepiej, słabo (co mnie podkusiło, żeby znów się wybrać na tajlandzki film?) i bardzo średnio (niekiedy zapominam jak się czyta harmonogram ze zrozumieniem).

Z jednego seansu na drugi. Z kina na jakiś obiad, kawę, wieczorem do klubu, na pokaz na rynku. I ciągle po tych metalowych schodach. W górę i w dół. A w holu cały czas tłum. Nieustanna wymiana wrażeń, poglądów. I gdzie jest ta pani co rozdaje krem pod oczy przeciwko usypianiu? 
 


Schody - nie tylko się po nich biega, ale można też odsapnąć, poczytać, sprawdzić następny seans. W kolejnych latach powinni zainwestować w schodowe poduszki, by kanty się w plecy nie wbijały.
To już nie te same kolejki co kiedyś. Czasem tęsknię za życiem kolejkowym i jego urokami, nowymi znajomościami. Jednak potem sobie przypominam, że zamiast iść na obiad, to siedziałam przez 2 godziny pod salą by niekiedy usłyszeć że nie ma już miejsc. Teraz wyścig dotyczy zdobycia ulubionych miejsc, a nie dostania się na salę. Walka o film odbywa się obecnie wirtualnie.
Jak rozpoznać karnetowicza w tramwaju? Torba z logiem (w tym roku fantastyczna, za odpowiednią cenę dostępna dla każdego), szara koszulka z tym samym wzorem, smycz z karnetem na szyi (osobiście preferuję wersję z karnetem przypiętym do torby - na szyi wolę nosić naszyjniki a nie różową taśmę). Do cech charakterystycznych zaliczamy również: mokre włosy (ciężko się wstaje na ranne seanse), zmęczony wzrok (po kilku dniach nawet magiczny krem nie pomaga), w dłoni jakiś energetyk na pobudzenie.
 


Festiwal jest dla każdego, szczególnie przy tak różnorodnym i bogatym programie. Moda na koczek (kulkę na głowie) trwa w najlepsze, nie tylko w wersji młodzieżowej. "Baronowa" czyli tapir, loki i mały koczek na środku aureoli. Po prawej opcja klasyczna doskonale komponująca się z bluzką w żakardowy wzór. Przy takim mocnym deseniu nie należy przesadzać z fryzurą. Z lewej awangardowa, wakacyjna, z apaszką spływającą na plecy. Niezwykle praktyczna przy obecnych upałach, kark jest odsłonięty a okulary na głowie mają się lepiej niż w futerale. Przy odpowiedniej ilości lakieru nawet wichura nie jest wstanie zniszczyć konstrukcji.
 

 
14. festiwal NH to w moim przypadku głównie klub festiwalowy. Łącznie w Arsenale spędziłam więcej godzin niż w sali kinowej. O zgrozo! Oczywiście najlepsza impreza odbyła się w sobotę po ogłoszeniu wyników konkursów. Jednak najdłużej zapamiętam występ duetu Rebeka, który wypadł fantastycznie. Szczególnie, że w klubie w tym roku królowali didżeje zamiast klasycznych koncertów. Trochę brakowało bezpośrednich kontaktów z publicznością. Parkiet zazwyczaj zapełniał się gdy kończyło się ciasto na pizzę a stos butelek po Jamesonie zaczynał tworzyć wieżę.

piątek, sierpnia 08, 2014

Improwizacja w kuchni z M.


Pomysł z gazetki z Lidla, lekko zmodyfikowany. M. przeczytała go chyba raz i mniej więcej zapamiętała. Dodatkowo usunęłyśmy elementy niejadalne (pietruszka) i dodałyśmy ulubione (cukinia, papryka, ser pleśniowy). I powstało coś nowego.


Składniki: łosoś, pieczarki, cukinia, papryka, cebula, ser pleśniowy (taki niby lazur), żółtko, ciasto francuskie. Przyprawy: sól, pieprz, zioła prowansalskie, czosnek niedźwiedzi (jedyny jadalny).


W ramach wsparcia i orzeźwienia - różowe kalifornijskie półwytrawne winko. Przy takich upałach trudno stać przy garach bez minimalnej asekuracji.


Przepis: warzywa kroimy w kostkę i smażymy z dodatkiem przypraw. Łososia dusimy w szklance mleka, do momentu aż zrobi się miękki i bez problemu będzie można się pozbyć skórki. Ciasto kroimy wzdłuż 11 na 14 cm (oczywiście na oko). Na większej części układamy kawałki łososia, usmażone warzywa oraz plasterki sera. Przykrywamy pozostałym ciastem. Sklejamy razem z pomocą żółtka. Zapiekamy w piekarniku przez 20 minut (200 stopni). Dodatkowo można przygotować sos z jogurtu naturalnego z dodatkiem słodkiego chili i startej skórki cytryny.


Pora na degustacje na tarasie, dachu. W idealnym towarzystwie leżaków, parasola, słońca i wina. Doskonale smakowało w doborowym towarzystwie. Czekam na kolejną improwizację...

czwartek, lipca 31, 2014

ArbuzLove


Uwielbiam arbuzy w każdej postaci. 

Na zdjęciu prezentuję przepis na chłodnik arbuzowy podpatrzony w Zupie. Moja wersja została trochę zmodyfikowana z racji posiadanych w lodówce składników, elementów niejadalnych przez G. oraz przede wszystkim mniejszych potrzeb konsumpcyjnych. 
Czyli: 1/8 arbuza pozbawiona pestek (och to jest najgorsza część roboty), mały kefir w butelce, 2 łyżki jogurtu greckiego, pół opakowania sera bałkańskiego, szczypta kolorowego pieprzu (jak ktoś lubi). Wszystko wrzucamy do blendera i miksujemy. Zostawiamy na jakiś czas w lodówce i mamy idealną letnią zupę. Pożywną i orzeźwiającą. G. stwierdziła, że całość smakuje ogórkiem (?) a B. wypił duszkiem i powiedział że smaczne.

Oczywiście arbuzy najlepsze są w wersji naturalnej, pochłaniane przy użyciu noża i widelca. Co prawda podczas takiego posiłku wyglądam jak smok pożerający pół cielaka. Wspomnienia związane z rowerowymi wyprawami razem z K. do sklepu w Gorczycy by zdobyć najlepszy wakacyjny owoc są nadal bezcenne i rekompensują sok cieknący po brodzie oraz zazwyczaj ubrudzone ubranie. 

środa, lipca 23, 2014

(Modni) ludzie na festiwalu


Tak, kombinezony są modne. Jednak nie za ciasne! Przecież to wygląda jak niebieska panterka zamknięta w puszce. Co z tego, że materiał się nieco poddał, gdy każdy kawałek ciała krzyczy: "chcę na wolność!". I jeszcze do kompletu wrzynająca się bielizna. Jak można się czuć komfortowo w za małych ciuchach? Na dodatek korzystanie z toi-toi'a wydaje się w tym stroju wyczynem dla herosa. Za to koleżanka "panterki w puszce" postawiła na wygodę i klasykę. Czarne rurki i zwiewna biała bluzka wyglądają zawsze dobrze, szczególnie jak nie są za małe.


Wiem, że na Openerze trudno o lustro, szczególnie jak się nocuje na polu namiotowym. Jednak od tego też są znajomi, by zauważyć i poinformować o pewnych wpadkach. Ja przynajmniej takich mam. Niestety Pani w czarnej sukience nie ma takiego szczęścia. Na zdjęciu nie jest to może tak widoczne, jak w rzeczywistości przy mocnym słońcu, ale ten dzianinowy materiał okazał się mocno prześwitujący. Sama posiadam model bardzo podobny i wiem że bielizna musi być w podobnym odcieniu, a przynajmniej jednolita kolorystycznie. W tym przypadku wszyscy mogli podziwiać majtki w kwiaty, które Pani miała na sobie.



Pinky Rock. Wiem, że styl jest najważniejszy i osobiście bardzo mi się podoba ten outfit. Szczególnie torba z aparatem i kurtka. Sama wieczorem zakładałam moją "piwną" czapkę, bo marzłam w głowę. Robiłam to dopiero po zmroku, jak faktycznie robiło się zimno. Wydaje się, że Pinky tak skupiła się by wyglądać fenomenalnie, że zapomniała zarejestrować jak jest ciepło i słonecznie.  


Dziewczęta... kwieciste, koronkowe, rockowe. Moda na wianki nieprzerwanie trwa, choć to nie na tym festiwalu śpiewała Florence Welch. Kwiaty we włosach, kwiaty na ubraniach, czyli wiosna i lato królują. Nieśmiało daje się zauważyć koronka, jednak w wersji rock a nie sweet. Zawsze mnie zadziwia ostentacyjne prezentowanie przyjaźni i podobnego gustu. Etap, gdy dziewczynki chodzą w takich samych ubraniach by pokazać, że są best friends powinien skończyć się razem z czasem przedszkola. 


Buty. Podstawa to wygoda. Conversy oraz inne tego typu trampki rządzą. Zazwyczaj w wersji jednolitej, najbardziej popularne są klasyczne czarne oraz białe z czerwonym paskiem. Moich wymarzonych śnieżnobiałych jakoś nie wypatrzyłam. Skoro w tym roku wyjątkowo postanowiło nie padać kalosze popadły w niełaskę. Jednak część żeńskiej populacji zdecydowała się pokazać posiadane gumiaki. W końcu zajmowały połowę bagażu, więc warto było wystąpić w nich chociaż jeden raz. Tu także wygrywała klasyka, choć znalazło się kilka kwiatków. Osobiście postawiłam na krótką, letnią wersję. Jesienna, czarna, gruba, sięgająca kolan została w domu.


Fani w klasycznym wydaniu. Ona biała, on czarny. Uroczo wyglądają te dwie bluzy zawiązane w pasie. Przypuszczam, że różowa należy dziewczyny, ale dżentelmen nie może dopuścić by dama się zmęczyła noszeniem zbędnej garderoby.


Na festiwalu warto czasem pokazać skąd się pochodzi. Ciekawe czy to oryginalny szkocki kilt. Takie przynajmniej sprawiał wrażenie. Jedynie te białe skarpetki przy czarnych butach rażą po oczach. Niektórzy nadal żyją w latach 90. gdy coś takiego było na porządku dziennym. Panowie pora wreszcie zainwestować w krótkie skarpetki, które nie wystają z butów!



W silent disco obowiązkowo w srebrnej kurtce i plecaku. Wcale nie jest tam gorąco i duszno, więc plastikowy materiał to idealny wybór. Ale na szczęście pod ścianami są miejsca by porzucić nadmiar garderoby. A na pierwszym planie świecący neonowo ochroniarz - doskonale wkomponowany w tłum.



Tu taki augustowski dodatek w postaci klasycznego pempucha - koszulka polo wsadzona do za dużych ściągniętych pasem spodni, kabura na telefon i nieśmiertelne długie czarne skarpetki, które gdyby tylko mogły sięgałyby do kolan oraz jasne adidaso-sandały. Czyli nigdy nie byłem harcerzem, a zawsze chciałem nim zostać. 

niedziela, lipca 13, 2014

Wakacyjne selfeet

Urlop powoli się kończy, więc najwyższa pora na relację w wersji selfeet.


 Już na miejscu, Mosty, pora rozpakować walizki i wyciągnąć japonki. Wersja ze skarpetkami lub rajstopami, czyli polska gejsza. 


Kaloszki ruszają na koncerty - do wyboru, do koloru. Wersja chic z kokardkami, leśna limonka, czarne lakierki i różowa landrynka.


Wreszcie słońce i lato. Śniadanie w ogrodzie, w końcu gołe, nadal białe nogi, obowiązkowo w japonkach.


Plaża, piasek, morze, kamyki i muszelki czyli trampki w podróży są obowiązkowe.


Całe stopy w piasku na małym molo w okolicach Mostów. Smok wysmarowany filtrem +50.


Chwila odpoczynku pomiędzy koncertami i tańcami. Nie ma jak ubita, wyschnięta trawa i zero błota! Można spokojnie się relaksować bez ryzyka ubrudzenia. 


Wycieczka do Sopotu, więc pora na sandałki zamiast trampek, kaloszy czy japonek. Grupa SATC podbija molo.


Fuj wodorosty! Ale do morza trzeba wejść pomimo lekkiego wstrętu.


Pod sceną - najlepiej w trampkach lub butach do biegania. 


Augu, w ogrodzie, chwila odpoczynku. Aż pojawiają się komary, mrówki i inne robale, więc trzeba uciekać, bo smok nie potrafi się odgryźć.


Na rowerku wodnym, na Necku w stronę Rospudy. Cała wysmarowana wodoodpornym +50, by przypadkiem nie złapać poparzenia. 


Pora na wycieczkę na ziemię wileńską. I co? W Polsce pada, więc chic kaloszki ruszają w podróż.


Na litewskim pomoście.


W Ostrej Bramie, gdzie tłum ludzi, zaduch i przepych kościoła katolickiego.


Przy drzewie zapakowanym w włóczkowy, tęczowy kaftanek.


Ostatnia chwila relaksu, na hamaku  w ogrodzie. Za chwile pora ruszać w podróż powrotną do Wro.

wtorek, czerwca 24, 2014

Zielono na talerzu

Kalendarzowe lato trwa, czyli huśtawka pogodowa króluje w najlepsze. Zimno i leje, za chwilę żar kapie z nieba, a błękit poraża ogromem. Ostatnie, spóźnialskie drzewa kwitną, a cała reszta świata roślinnego pokryła się intensywną, zdrową zielenią. Trawa jeszcze nie jest wyschnięta, brak upałów i odpowiednia ilość opadów zapewniają jej doskonale warunki do wzrostu. Nawet woda w okolicznym stawie przybiera powoli odcień kwitnących glonów. W mojej kuchni też rządzi zielony, z dodatkiem żółci  i odrobiną bieli. Skoro ostatnio jadłam bób, pora na kolejnego ulubieńca - fasolkę szparagową.


Wspomniana fasolka, koniecznie zielona, kupowana na garście. Polska biało-żółta papryka - ma doskonale połączenie smaku zielonej (której raczej nie lubię) oraz żółtej. Biała, młoda cebula i szczypiorek. Obecnie, cudownie tania cukinia, stały bywalec lodówki.


Cukinię z cebulą oraz słonecznikiem smażymy. Dodajemy paprykę i przyprawy: sól, pieprz, czosnek niedźwiedzi, szałwię, bazylię. Następnie pora na szczypiorek (dodany wcześniej zapewne by się spalił) oraz ugotowaną wcześniej fasolkę.


Do kompletu mamy makaron świderki oraz sparzonego i obranego ze skórki pomidora malinowego. W końcu z czegoś sos musi być, skoro minimalizuję używanie śmietany, a tym bardziej gotowych produktów.

piątek, czerwca 20, 2014

Smok w kuchni

Jedzenie i moda rządzą na blogach. Nie mogę być w tym wypadku gorsza i ograniczać się jedynie do drugiego tematu. W końcu czasem też mi się zdarza coś przyrządzić i nawet jest to zazwyczaj smaczne - a przynajmniej takie mam wrażenie. Generalnie we wszelakich daniach (ciepłych i zimnych) preferuję warzywa, szczególnie teraz, gdy skrzynki w warzywniakach się od nich uginają. 


Szybki obiad do pracy (częściowo już zjedzony) - warzywa i orzeszki ziemne smażone na woku z sosem sojowym, kurkumą i słodkim chili + brązowy (hiper zdrowy) ryż. Przygotowanie zajmuje max 30 min, w zależności jak szybko potrafimy kroić. Jeśli chodzi o warzywa to najlepiej wykorzystać to co ma się akurat pod ręką. W moim przypadku była cukinia (jak zwykle), marchewka, czerwona cebula i papryka. Wszystko pokrojone w słupki a nie krążki - w końcu jest to danie azjatyckie, a nie polskie. Do tego orzeszki ziemne, ważne by nie były solone. W momencie, gdy raczej nie jem mięsa, orzechy są doskonałym źródłem mocy, a przy okazji świetnie smakują. Z racji, że japoński sos sojowy jest sam w sobie ostry i słony, w ramach przypraw dodaję tylko kurkumę (w odwrocie do curry nadaje nieco słodyczy) i trochę ostrej papryki oraz dużą łyżkę sosu słodkie chili. Na koniec dodajemy ryż, nie musi być koniecznie brązowy.


Wieczór filmowy - pieczone warzywa, kurczak w tajskiej panierce (gotowe danie z Lidla), sos chili, jogurt grecki z przyprawami. Warzywa - buraki, marchewki, cebule, batat, seler - pieczemy około godziny w piekarniku. Można je posypać różnymi przyprawami, ja ograniczam się do pieprzu, soli, szałwii i czosnku niedźwiedziego, i oczywiście dodać olej, by się nie spaliły. Batat jest idealnym połączeniem ziemniaka i dyni, więc jeśli jest trudny do zdobycia, można zastosować te dwa zamienniki. W ramach sosów: chili z racji tajskiego kurczaka i niezastąpiony jogurt grecki z pieprzem, startą skórką cytryny, bazylią i odrobiną soli. 


Letnia zielona sałatka - bób, ogórek, szczypiorek i feta. Oczywiście bób trzeba ugotować, poczekać aż ostygnie i obrać ze skórki. Dodać pokrojone warzywa oraz fetę, polać odrobiną greckiej oliwy (K. dziękuję za trafiony prezent z Krety), sokiem z cytryny, z przypraw użyć niezastąpiony czosnek niedźwiedzi, pieprz i sól. Oficjalnie kocham bób, jak tylko pojawia się w warzywniakach to wiem że już jest lato - nawet jak pogoda temu przeczy. Dla niektórych to truskawki są symbolem wakacji, ja jednak ostatnimi czasy nie należę do ich fanek. Bardziej wyczekuję czereśni, mimo wiecznego lęku przed robakami, oraz letnich, swojskich warzyw . Jak dobrze, że wreszcie znów nadeszła pora bobu, botwinki, żółtej cukinii i rabarbaru.  

środa, czerwca 11, 2014

Rano zanim zacznie się upał


Lubię niekiedy poranne powroty do domu. Gdy tramwaje dopiero wyjeżdżają z zajezdni. Stare, wredne babcie jeszcze nie wyruszyły na podbój wszystkich centrów handlowych, więc można spokojnie usiąść i nikt nie sapie ci nad głową. Aż miło się zmierza do domu, do łóżka. Powietrze jest rześkie, świeże, nawet można poczuć zapach bzu i innych mijanych roślin. Nogi są trochę ciężkie po nocnych tańcach, ale słońce, cisza i spokój rekompensują zmęczenie. W słuchawkach Dan i reszta przyjemnie bujają i nastrajają do już bliskiego snu.


Jak jest zimno i pada to źle, ale jak jest lepiąco i upalnie to jeszcze gorzej. Wiem, że nieco marudzę, ale takie gwałtowne zmiany pogody są dla mnie osobiście koszmarne. Włosy zamiast stopniowo jaśnieć zaczynają przypominać zielonkawe (nadal!) siano. Soczewki nie chcą się odklejać od gałek ocznych. O lekkiej opaleniźnie nawet nie może być mowy, bo przy takim skwarze lepiej przebywać w cieniu, w kapeluszu i długiej zwiewnej sukience - w innym przypadku udar murowany. Nauka też idzie beznadziejnie. Najpierw miałam chandrę, że brzydko i buro (a przecież powinno być pięknie), a teraz nie mogę się skupić. Marzę o plaży, wodzie, kostiumie z burgerem, którego jeszcze nie mam. Ale już tylko trochę, muszę być cierpliwa. Burza nadchodzi, a urlop jakiś czas za nią.

niedziela, czerwca 08, 2014

Party selfeet


Szajba.
Smok wypełznął w piątkową noc w pistacjowych baletkach. Trochę złapał go deszcz, ale przecież nie jest z cukru więc się nie roztopił. 


Przekręt.
Światłość białych trampek podczas finału LM - och dlaczego ten Real wygrał?


W drodze do... Najlepiej w obcasach lub koturnach. 
Moja nowa miłość: zeberkowe buciki made by G.


Stadion Miejski - czekając na Linkin Park
Na koncert najlepiej w szortach i conversach lub mokasynach.


Szajba. Otwarcie letniego sezonu z Jimmy Choo.


Następnego, kolejnego dnia rano.
Jak nie masz bucików to przynajmniej masz Szelkę. Udaje, że śpi ale smoczyca zawsze czuwa.