środa, czerwca 24, 2015

Sobota z veganmaniakami


Czasem słońce, czasem deszcz nad Browarem Mieszczańskim. Pora zwijać się do domu po intensywnym dniu z Otwartymi Klatkami oraz Veganmanią. Pogoda nas nie rozpieszczała, ale chętnych i odważnych nie brakowało. Okazuje się, że dobre jedzenie jest w modzie i cenie. Veganmania jak nazwa wskazuje, skierowana była do wegan oraz wegetarian, ale nie tylko. Każdy mógł w ostatnią sobotę zawitać do Browaru. Popróbować ciekawych potraw (w tym ogromnych ilości ciast i innych słodkości), zakupić wegańskie specjały oraz kosmetyki, ekotorby z przesłaniem i inne sympatyzujące artykuły. Pomiędzy shoppingiem i jedzeniem, posłuchać interesujących wykładów. A nawet zrobić nowy/pierwszy tatuaż. Osobiście trzymałam się z daleka od strefy Vegan Ink, by nie dać się skusić na jakieś maleństwo. Oficjalnie cztery mi obecnie starczą - wszystkie wykonane wegańskimi tuszami. 


Gdy pojawił się pomysł stoiska Dobrej Kreski na Veganmanii automatycznie rozpoczęła się burza mózgów. Tu widać część jej rezultatów. Narodziły się pięcioraczki: Krowa, Świnka, Królik, Kogut oraz Koziołek. Młodsze rodzeństwo Sówki i Pandy zawitało w wersji rewelacyjnych ekotoreb, co których wejdzie nawet 6 kartonów mleka sojowego. Każdy zwierzak niesie pewne przesłanie lub inaczej ujmując własny charakterek. Wszystkie cieszyły się dość znacznym zainteresowaniem (szczególnie Koziołek Seitan), jednak veganmaniacy byli tego dnia raczej nastawieni na obżarstwo a nie modowy shopping. Oczywiście nic straconego, torby są już dostępne na dawandzie. Przypuszczam, że jeśli ktoś wymarzył sobie inne zwierzątko to może debatować z autorką. Sama tak postąpiłam i wkrótce zaprezentuję efekty/dziecko tej dyskusji.


Propagang ze swoimi broszkami, naszyjnikami, torbami i koszulkami. Zwierzątka we wszystkich kolorach tęczy, do przypięcia na torbę, kurtkę lub cokolwiek. Mi szczególnie przypadły do gusty apaszki. Jedną pewna pani chciała sprezentować swojemu pieskowi, on jednak preferował outfit bez dodatków. Niestety nie każdy chce być chic, zresztą trudno by nawet mały psiak został vege!


Niewielka część pyszności zaprezentowanych przez Szczyptę Świata. Czekolady w większości gorzkie (niestety nie należę do fanek), choć znalazły się dwie białe i dwie mleczne. Wyśmienite kakao na mleku ryżowym. Dostępne były również wyjątkowe kawy oraz gorąca czekolada. Całe stoisko przyciągało rozmaitością, a jednocześnie uporządkowaniem produktów. Od razu było wiadomo czego gdzie trzeba szukać. Przyznam się oficjalnie, że ze słodkości wygrały batony Zmiany Zmiany, które namiętnie podjadałam przy każdej wyprawie na podwórko. Aloha rządzi na całej linii (ach ten kokos), ale goni ją malinowa Petarda.


Kosmetyczne cuda prosto z Maroka zaprezentowało Ecorocco. Na ich szminkę dopasowującą się do pH ust nakręciłam się już przed sobotą i nie mogłam się wprost doczekać testowania. Dlatego jak tylko ich stoisko zostało rozstawione zakupiłam magiczne cudo. I co? Przez cały dzień chodziłam z malinowymi, dającymi lekko po oczach ustami. Szminka okazała się cudownie kremowa i aksamitna, na dodatek mega wytrzymała (nawet za bardzo). W celu uzyskania lekkiego połysku można do niej zastosować bezbarwny błyszczyk. Pełen bajer!


Browarowe podwórze z food truckami, na zdjęciu akurat widać raj z goframi i pyszną kawą, dzięki której udało się obudzić G. Dodatkowo swój namiocik rozstawili wolontariusze z Fundacji Dwa Plus Cztery, gdzie można było adoptować psiaka. Szkoda, że pogoda była nieco przeciwko nam. Deszcz wystraszył część gości, a sporą grupę na pewien czas uziemił w gmachu browaru. A u mnie wywołał napad migreny. Ale szczytny cel oraz moc (zapach) pyszności nie przestraszyły większości, wręcz przyciągnęły. W końcu wszystko było zorganizowane by wspomóc Otwarte Klatki i ich walkę o prawa tych co nie mogą bronić się sami.


Mój faworyt jedzeniowy - gofr na słono (Taho Cafe). Ciasto z cieciorki (czyli falafel w wersji gofrowej), w środku pomidory, ogórek, cebula, pietruszka (fuj! zjedzona przez M.) oraz hummus. Mniam, mniam!!! Co prawda, żeby zjeść to cudo musiałam nieźle się namęczyć, łącznie z zdewastowaniem talerzyka, ale było warto. Poza tym skosztowałam od Pepperminta pokrzywowego makaronu z bobem, rukolą i sezamem - uwielbiam jak jest zielono na talerzu. Od Drogi Mlecznej spróbowałam cytrynowo-imbirowe kaszotto z mlekiem kokosowym - bardzo wyraźnie czuć było imbir co nie dla wszystkich byłoby zaletą, ale mi smakowało. Zrezygnowałam z próby walki z burgerem od Krowarzywa (wielkość mnie przeraziła), ale podgryzłam trochę ich hot-doga, który zajadała z "żółtym" smakiem K. Muszę przyznać, że nie jestem stworzona by jeść tego typu rzeczy w miejscach publicznych, bo zaraz jestem cała brudna. Niestety nie chciało mi się stać po pyszności Zdrowej Krowy, ale akurat do nich mam blisko, więc zawitam w najbliższym czasie. A tłum tam szalał prawie jak przy burgerach. Ogólnie w Browarze było mega dużo pyszności i aż ślinka ciekła jak wybrałam się na zwiedzanie.


G. nie mogła się powstrzymać i zakupiła gorącą czekoladę z malinami od Pizca del Mundo. Tu foto z pierwszych testów, które wypadły rewelacyjnie. Szczególnie w połączeniu z lodami z wiśniami. Tak, pełne słodyczowe szaleństwo zapanowało na naszym poddaszu. Ale co tam, w końcu mamy lato! Choć na zewnątrz średnio to widać.

niedziela, czerwca 21, 2015

Wrocławski design wieczorową porą



Czwartkowego wieczoru w Domarze odbyła się "Noc z designem",  jej 7 edycja. W pierwszej wersji obowiązywały zaproszenia, później okazało się że wstęp jest wolny. Po godzinie 20 tłum był spory, przez co oglądanie rzeczy stanowiło nie lada wyzwanie. Samego dolnośląskiego designu było niewiele, raczej pojedyncze sztuki, które jedynie reprezentowały poszczególne marki. Jeśli ktoś zaplanował zrobienie tego wieczora zakupów, to grubo się przeliczył. Jedyne sam Domar miał meble na sprzedaż, resztę stanowiły egzemplarze pokazowe (większość nie posiadała nawet cen). Tegoroczna edycja była mocno rozreklamowana w mediach, jednak znacznie kulała pod względem organizacyjnym. Co trochę dziwi przy takim stażu. Poszczególne punkty programu odbywały się w niedużym namiocie, gdzie trudno było coś zobaczyć, a nawet chwilę w jego okolicy postać. Część pokazowa była mocno skumulowana i ściśnięta w okolicy schodów. Przez co ciężko było bliżej skupić się na poszczególnych wystawcach - w niektórych przypadkach nie wiadomo było jakiej marki rzeczy oglądamy. Sami twórcy również nie mogli opowiedzieć o własnych projektach. Wydaje mi się, że dla twórców jak i zwykłych odwiedzających lepiej sprawdzają się targi i całodzienne wystawy niż tego typu eventy. 


Widok na ogród/plener zorganizowany na parkingu. Szkoda, że pogoda nie dopisała, gdyż siedzenie na leżaku w zimnie nie należało do najprzyjemniejszych. Nawet jak w zasięgu wzroku był podgrzewany, zadaszony basen. Problem stanowiła również polifonia muzyczna. Jednocześnie było słychać DJ'a rozstawionego na zewnątrz jak i muzykę drugiego pracującego na piętrze w budynku. Za dużo szczęścia, przynajmniej jak dla mnie. Chociaż leżaczki bardzo wygodne.


"Zielona Wrona" razem z "Heart of Wood" od razu przyciągnęła moją uwagę. Biurko, które wygląda jak część lasu - coś wspaniałego. Miejsce do pracy, które tchnie świeżością i urzeka zielenią, czy może być coś lepszego?  Trochę puszczy we własnym, miejskim domu!


Oto kilka sprzętów i marek, które przykuły moją uwagę. Porcelana z kolorowym wnętrzem od "Waterlove". "Studio Minimal" z pięknymi stolikami w leśnym klimacie. Ludzkie kubki i filiżanki "Ende"(przyznam się że nie jestem pewna czy piłabym z czaszki herbatę). Pepitkowe krzesło (chyba przez sentyment), a także kosmiczny retro stolik, obie rzeczy od "Retrofrajdy" którzy mieli bogaty własny kąt, gdzie mogli się wystawić.


Akcent "Wood&Paper" w postaci szafki, zeszytów, świeczników oraz kaktusa. Wyróżniał się na tle reszty prostotą, kolorem oraz perfekcyjnym wykonaniem. Niestety przypuszczam, że w natłoku innych sprzętów i spacerujących tłumów niektórym mógł umknąć. Ale znaleźli się też tacy, co sprawnie zaopiekowali się jednym z zeszytów. Na szczęście W&P nie prezentowały stolika, który prawdopodobnie stałby się ofiarą porzuconych kieliszków i innych pustych naczyń. Taki los niestety spotkał wiele sprzętów tego wieczoru. Organizatorom sugeruję zaopatrzenie się w większą liczbę koszy na odpady i ich odpowiednie oznakowanie. 


Obecnie zapanowała moda na nocne pokazy, eventy, wydarzenia. Doszło nawet do tego, że organizuje się "Noc kościołów"! Czy ma to jakiś związek z tym, że większość ludzi nie ma czasu by w dzień odwiedzać miejsca kultury, sztuki? Możliwe, jednak do mnie ten typ rozrywki nie do końca przemawia. Nie przepadam za tłokiem i ściskiem, wolę we własnym tempie, na spokojnie oglądać i podziwiać. A także porozmawiać z twórcami, zawsze można wtedy dowiedzieć się czegoś interesującego. 

niedziela, czerwca 07, 2015

Wojna jest passe ale ciągle trwa


Najnowszy film Clinta Eastwooda "American Sniper" pokazuje, że w kinie amerykańskim nastąpił przesyt filmów wojennych, oczywiście dotyczących tematyki współczesnej amerykańskiej wojny. Po licznych nominacjach, w tym oskarowych, na półkach twórców znalazło się bardzo niewiele statuetek. Dla przykładu Oskar otrzymał tylko duet czysto techniczny, zajmujący się montażem dźwięku. Sam film ogląda się w miarę dobrze, choć się nieco dłuży. Mamy historię żołnierza z powołania, Chris uważa za swój narodowy obowiązek obronę zaatakowanej ojczyzny. Jest prostym kowbojem, który nie ma problemów ze spełnianiem rozkazów i wypełnianiem poleceń. W końcu tak został wychowany, należy chronić swoich nawet za najwyższą cenę. Czytaj zabijać wrogów kraju, nawet gdy są nimi dzieci lub kobiety. Prawdopodobnie między innymi dlatego zostaje najlepszym snajperem w amerykańskiej armii. On wierzy w słuszność sprawy. Jednocześnie uzależnia się od kolejnych tur służby, nie potrafi wysiedzieć w domu, z rodziną. Dopiero z czasem i po groźbie opuszczenia postanawia skończyć z misjami. Zostaje w kraju, choć nadal wspiera armię, pomaga weteranom wrócić do codzienności.
Eastwood tworząc swój film skorzystał z prawdziwej historii amerykańskiego bohatera. Pewnie dlatego, osiągnął tak wielki kasowy sukces. Amerykanie kochają herosów, nawet jeśli obecnie większość społeczeństwa jest przeciwna wojnie. Na szczęście Bradley Cooper pokazuje, że superbohater nie musi być patetyczny, dosadny i zuchwały. Jego postać nie jest idealnym żołnierzem, będącym bez skazy. Została zagrana w sposób subtelny i w pewien sposób bierny. Chris jest gburowaty, ale w pozytywnym znaczeniu, mało mówi (raczej mamrocze przez zarośniętą brodę), nie podważa rozkazów, dba o towarzyszy i nie jest wylewny w uczuciach. Jednak ma jasny cel - chronić swoich bezbronnych przed tymi "złymi". Cała biograficzna historia jest przedstawiona realistycznie od początku do końca. Eastwood podobnie jak nasz bohater nikogo nie ocenia, nie dyskutuje czy wojna ma sens. Stara się obiektywnie przedstawić poszczególne wydarzenia i to jest największa zaleta tego filmu.

























To ciekawe, że obecnie specjalistką od filmów wojennych (oczywiście piszę tu o wojnie w Iraku i Afganistanie) jest kobieta - Kathryn Bigelow. Za "The Hurt Locker" otrzymała jako pierwsza w historii kobieta-reżyser Oskara, a za "Wroga nr 1" miała nominację za najlepszy film (została pokonana przez wspaniałą "Operację Argo", też nawiązującą do klimatów wojennych). Przyznam, że oba te filmy były nieco przy długie - wiem regularnie na to ostatnio narzekam, jednak wyrosłam wreszcie z fascynacji dziełami które trwają ponad 120 minut a spokojnie mogłyby zamknąć się zamknąć w powiedzmy 95. 
Pierwszy film nie zrobił na mnie wyjątkowego wrażenia, choć nie mogę powiedzieć był bardzo dobry. Ograbił walki zbrojne a także samych żołnierzy z patosu i mitu o bohaterstwie, tak popularnego w kinie (męskim) amerykańskim. Pokazał dużych chłopców, którzy kochają ryzyko i zabawy z bronią. Wyjazd na misję jest dla nich świetną ucieczką przed codziennym życiem, w którym sobie nie radzą za dobrze. Bo kto w pełni normalny zostaje saperem? W armii i w czasie walki masz szansę na ciągły haj adrenalinowy. A jak nie lubisz słuchać rozkazów to zawsze pozostaje zostać najemnikiem i współczesnym łowcą nagród. Gorzej dla tych co zostają w domu i ciągle myślą czy wrócisz w jednym kawałku.
"The Hurt Locker" to męskie, twarde kino, za to "Zero Dark Thirty" pokazuje wojnę z perspektywy kobiety, agentki. Ona nie walczy bezpośrednio na terytorium wroga, nie trzyma karabinu w dłoniach. Jej bronią jest technologia oraz analityczny umysł. Oglądałam ten film w przerwie pomiędzy odcinkami ostatniego sezonu "Homeland", trwało to chyba z 3-4 dni (taka nowa przypadłość za długie obrazy oglądam w częściach).  W którymś momencie byłam tak zapętlona w obie historie, że już nie wiedziałam czy poluje na Bin Ladena czy walczę z wrogimi Pakistańczykami próbując uwolnić najlepszego przyjaciela. Czyli jednak! Wkręciłam się w kino wojenne! Czemu? Mam kilka przypuszczeń. Kobieta jako główna bohaterka, czyli łatwiej jest się utożsamiać z postacią. Jej motywacja, początkowo czysto teoretyczna i beznamiętna, z czasem zmienia się w chęć zemsty za śmierć bliskich osób - to można w pełni zrozumieć, w odwrocie do uzależnienia od życia na krawędzi czy tak zwanej miłości do ojczyzny. Fabuła, która miesza kino akcji z dramatem, a przede wszystkim z filmem szpiegowskim. To chęć poznania, rozwiązania zagadki (miejsca pobytu wroga) spowodowała, że nie zrezygnowałam z oglądania po pierwszych 40 minutach. 
Uważam, że drugie dzieło Bigelow jest dużo lepsze niż pierwsze i oba zostały zniszczone przez Oskary. "The Hurt Locker" zdobył ich za dużo i ma się wobec niego za duże oczekiwania. "Zero Dark Thirty" mógł otrzymać statuetkę jedynie w kategorii technicznej, bo nie wypada nagradzać tej samej ekipy. Szkoda. Zobaczymy co kolejnego zrobi specjalistka od kina wojennego.


"Homeland" to jeden z moich ulubionych seriali. Jak już wiadomo nie przepadam za klimatem wojennym a seriali o tej tematyce staram się wręcz unikać. Jednak perypetie agentki CIA i jej współpracowników oglądam z zapartym tchem. Porównując z tym na przykład przygody Jamesa Bonda są nudne i przewidywalne. Za to w rzeczywistości wykreowanej przez Showtime nawet nic nie znaczące wydarzenia mogą się okazać kluczowe. A najważniejszym przesłaniem jest, że "nie można ufać nikomu, nawet samemu sobie". Co w przypadku Carrie i jej choroby psychicznej (spoiler!!!) jest jak najbardziej na miejscu. 
O ile pierwsze dwa sezony były ok (rodzina Brodego była lekkim zgrzytem w fabule), to szaleństwo jakie następuje po finale w Langley jest świetne. Psychoza i fobie narastają, aż nie potrafię zliczyć ile razy dałam się nabrać scenarzystom kto jest wrogiem a kto przyjacielem. Wszystko się zmienia jak w kalejdoskopie. Coś tym jest, że niektórzy mają niesamowitą wyobraźnię i do takich ludzi można zaliczyć autorów "Homeland". Jak doskonale określił kolega Z. jeśli obmyślałaś wszystkie, nawet najbardziej nieprawdopodobne zakończenia sezonu to i tak nie trafiłaś. Oni są lepsi i właśnie znów wbili cię w fotel. Oczywiście jak bywa w serialach są odcinki słabsze i lepsze. Jednak siłą tej serii jest trzymanie się określonego pomysłu i sukcesywne jego realizowanie, nawet jak widzowie i szefostwo stacji kręcą nosem. Całe szczęście! Po wakacjach 5 sezon. Twórcy zapowiadają przeskok w czasie o 2 lata i Berlin. Carrie opuściła CIA, ale czy Agencja i Saul opuściły ją? Z kim i o co tym razem będzie walczyć?
  

niedziela, maja 31, 2015

Bonne soiree, France


Kilka dni temu zakończył się 6. Przegląd Nowego Kina Francuskiego. Poświęcony w tym roku głównie adaptacjom literackim, w szczególności ekranizacjom kultowych komiksów. Z 9 filmów udało się na razie zobaczyć 5. Właściwie poszczególne tytuły łączy jedynie język, bo tematyka i realizacja są przeróżne.


"Kot Rabina" reż. Joann Sfar, Francja 2011 - animowana adaptacja komiksu o tym samym tytule, bynajmniej nieprzeznaczona dla najmłodszych widzów. Algier rok 1920, miejsce i czas gdy rabin nazywał muzułmanina kuzynem i nikt nie wstydził się, że mają wspólnych przodków. Świat oglądany z perspektywy gadatliwego kota (mówi ludzkim głosem), który podróżując ze swoim panem w poszukiwaniu Czarnej Jerozolimy zwiedza muzułmańską Afrykę. Film stworzony charakterystyczną kreską pokazuje jak ważna jest tolerancja religijna i społeczna. Doskonały na leniwe popołudnie.


"Dmuchawce" reż. Carine Tardieu, Francja 2012 - opowieść o dorastaniu i przystosowaniu. Rachel ma 9 lat i chodzi do psychologa, bo śpi z szkolnym plecakiem oraz nie ma przyjaciół. Jej rodzice o problemach rozmawiają po angielsku, choć ona ich doskonale rozumie. Ojciec spędził dzieciństwo w Oświęcimiu, a matka jako zbędny bagaż w podróżach własnej matki. Sami mają problemy z komunikacją, a co dopiero z wychowaniem jedynaczki. Na szczęście koleżanką z ławki Rachel zostaje rezolutna i wygadana Valerie. Ona wraz z matką i bratem nauczą rodzinę Gladstein cieszyć się codziennością. Film w klimacie "We are the best" Moodyssona - wesołe, kiczowate lata 80., choć bardziej dojrzały. Pierwszy bunt, pierwsza miłość, pierwsze pożegnania. Ogląda się go z czystą przyjemnością.


"Francuski minister" reż. Bertrand Tavernier, Francja 2013 - kolejna ekranizacja komiksu. Młody absolwent dostaje pracę w ministerstwie. Przez pierwsze dni nie ma kompletnie pojęcia na czym polega jego praca (ostatecznie ma pisać przemówienia), podąża wąskimi korytarzami urzędu (dawnego pałacu) i próbuje znaleźć swoje miejsce. Jego szef jest ekscentryczny, charyzmatyczny, ale przede wszystkim chaotyczny w działaniu. Wszystko ogarnia szef gabinetu, który uczy młodego urzędnika jak przetrwać w świecie politycznych kryzysów oraz mody - garnitur musi być jednolity z dopasowanym krawatem oraz koszulą, kwadratowe noski w butach są niedopuszczalne. W tle mamy współczesne, międzynarodowe problemy, na czele z imigracją. Jak również francuską codzienność, która pokazuje że najważniejszy minister w państwie to też współczujący człowiek. W tle zakreślone na żółto cytaty z Heraklita, które próbują okiełznać chaos filmu.


"Markiza Angelika" reż. Ariel Zeitoun, Francja 2013 - ponowna adaptacja powieści Anne Golon o przygodach pięknej Angeliki. Wychowana na filmach płaszcza i szpady serwowanych na przełomie lat 80. i 90. w polskiej telewizji od pierwszej minuty załapałam klimat XVII-wiecznej Francji. Jednak awanturnicze historie, które uwielbiałam mając 8 lat, obecnie raczej wzbudzają śmiech. Co gorsza doskonale pamiętałam jak film się skończy. Oczywiście najnowsza wersja perypetii miłosnych przyszłej markizy nie radzi kiczem jak ta z lat 60. Wszystkie detale epoki oddane są perfekcyjnie, a zdjęcia plenerowe urzekają. Film chyba nie przyniósł spodziewanego dochodu, więc raczej kolejnych części nie będzie. Dla tych co nie widzieli pierwowzoru i nie wiedzą jakie losy czekają Angelikę, zachęcam do obejrzenia cyklu z Michele Mercier (5 filmów) lub przeczytania książek (13 tomów).



"Guillaume i chłopcy! Kolacja!" reż. Guillaume Galienne, Francja 2013 - monodram przeniesiony przetwórcę na kinowy ekran. Obejrzany kilka miesięcy temu, jeden z najlepszych francuskich filmów 2014 roku - zdobył 4 Cezary. Film-pamiętnik autora, który na dodatek wciela się w dwójkę głównych bohaterów - Guillaume oraz jego matkę. Opisywanie fabuły nie ma tu najmniejszego sensu, to opowieści o dojrzewaniu, tolerancji, akceptowaniu samego siebie. Guillaume jest oficjalnie genialny w obu rolach, choć oczywiście rządzi postać matki, jej intonacja głosu, gesty i ruchy. Film uroczo kampowy, prawdopodobnie nie dla każdego, ale ja osobiście bawiłam się świetnie.

sobota, maja 16, 2015

Milano Italiano - weekend na spontanie

MIASTO


Widok z samolotu, prawdopodobnie Bergamo. Powoli po lekkich turbulencjach zbliżaliśmy się do lądowania. Jeszcze tylko godzinna podróż autokarem z bandą Duńczyków i docieramy na dworzec centralny w Mediolanie. "Mysim zmysłem" trafiamy na odpowiedni przystanek autobusowy i zaczynamy podbój drugiego największego po Rzymie miasta we Włoszech.


W Mediolanie nie czuć typowego południowego, włoskiego klimatu. Wyglądem przypomina raczej Kraków lub inne europejskie wielkie miasto. Z tą różnicą, że jest tam bardzo czysto. Nawet murali i innych ściennych napisów jest mało. Mediolańczycy mają lekkiego fioła na punkcie segregacji śmieci i widać to na każdym kroku. Na ulicach i w parkach nie zobaczysz papierków, butelek i innych syfów, których pełno jest u nas. Śmietniki stoją na każdym rogu, w publicznych miejscach znajdują się różne pojemniki na odpowiednie odpady. A domowa segregacja jest na mega zaawansowanym poziomie, aż czasem nie wie się z którego worka należy skorzystać. Przyznam, że fantastycznie chodzi się po mieście, gdzie nie trzeba ciągle uważać na śmieci lub psie kupy na chodnikach.


A propo psów, tych też jest pełno. Oczywiście nie chodzi mi o biedne, bezdomne mieszańce. Jak przystało na włoską stolicę mody, w większości rasowe czworonogi spacerują na smyczach ze swoimi właścicielami praktycznie wszędzie. Nawet uczestniczą w zakupach w sklepach - możliwe że pomagają wybrać odpowiednią sukienkę lub krawat. Wydaje mi się, że nie widziałam żadnego osobnika w kagańcu, choć owszem wszystkie były na smyczach. Generalnie posiadanie psów w kraju, gdzie sjesta trwa od 15 do 18 jest o wiele prostsze. Nie ma się wyrzutów sumienia, że zostawiamy pupila na cały dzień w domu. W ciągu dnia możemy spędzić z nim czas, wyjść na zewnątrz. A widząc, że nie ma zakazu wpuszczania psów do sklepów, podejrzewam że w niektórych firmach można zabrać zwierzę ze sobą do pracy. Choć nie wiem czy gdziekolwiek na świecie istnieje taki zwierzęcy raj.


Południowy styl życia to siedzenie w parku, knajpach lub knajpach w parku. Picie wina, piwa jest w pełni legalne. Zaznaczmy, że nikt się nie upija, a osoby śpiące na ławkach są normą nikogo niegorszącą. Bo przecież jest gorąco, słonecznie, więc każdemu należy się chwila wytchnienia w cieniu przy zimnym drinku. Miasto w weekend, poza strefą turystyczną zamiera. Ulice są opuszczone, jedynie od czasu do czasu widać jakiegoś człowieka. Gdzie są wszyscy, w domach? Nie, siedzą w parkach - których w Mediolanie jest całkiem sporo.  Wypoczywają, rozmawiają, bawią się, ćwiczą i biegają. Nie zależnie od wieku mnóstwo osób, szczególnie mężczyzn biega. A wieczorami sączą drinki, zagryzając przekąskami w parkowych knajpkach.




ZWIEDZANIE - ZABYTKI, SZTUKA, DESIGN, JEDZENIE, MODA


Włoski styl życia, czyli reklama pieczywa i kiełbasy na największym zabytku miasta - katedry Duomo. Zresztą reklamy mięsiwa towarzyszyły nam na każdym kroku, gdyż niepodzielnie rządziły w komunikacji miejskiej. Wiadomo Włosi lubią dobrze zjeść. Nie bez przyczyny wystawa Expo 2015 poświęcona jest "żywieniu planety, energii dla życia" odbywa się właśnie w Mediolanie. Na nasze szczęście z przeciwnikami wystawy rozminęłyśmy się o tydzień i w mieście było już spokojnie, choć policje widać było na każdym kroku.


Duomo to największa atrakcja Mediolanu, przynajmniej dla mnie. Czyli osoby o średniej pojemności portfela, niewielkim zapałem religijnym oraz nieco wyższej niż przeciętna fascynacji architekturą, sztuką  i designem. Ci ze złotymi i platynowymi kartami pewnie uznaliby dzielnicę mody, gdzie Versace ściga się z Pradą o najlepszą witrynę w mieście. Religijni z namaszczeniem ruszyliby zobaczyć "Ostatnią wieczerzę" i odwiedzili każdy kościół czy bazylikę. A ostatni wykorzystaliby MilanoCard by zwiedzić liczne muzea. Osobiście wolałam spacerować po dachu jednej z największych katedr na świecie, której budowa trwała ponad 400 lat. Przy Duomo Norte-Dame w Paryżu prezentuje się nieco marnie. Widok z góry jest wspaniały, szczególnie w tak słoneczny dzień, na jaki udało się nam trafić. Podziwianie panoramy miasta w otoczeniu setek gargulców i bandy świętych, a następnie wejście na sam szczyt jest wart tych 8 euro. A wspinaczka po schodach mija stosunkowo szybko, idąc nie czuje się właściwie kolejnych metrów. Co prawda w deszcz lub śnieg bym nie polecała tego typu wycieczki. Samo wnętrze jest monumentalne, a zarazem skromne w swej prostocie. 


Expo, expo, expo. Jeśli wybierając się do miasta nie miało się pojęcia, że właśnie trwa tam wystawa światowa, to wielkie, trawiaste jabłko na środku placu przez katedrą uświadomi każdego. Podobnie jak liczne flagi i inne emblematy wystawy. Pawilony i centrum znajduje się "za górami, za lasami itd.", czyli na ostatniej stacji metra, właściwie na przedmieściach. Już pierwszego wieczoru podjęłyśmy próbę wyprawy, jednak poniosłyśmy porażkę. Spóźniłyśmy się, kasy były nieczynne a dodatkowo nasze karty miejskie nie działały, bo Rho jest poza Milano. Na szczęście po tym falstarcie udałyśmy się do Triennale di Milano - muzeum designu, gdzie z racji Expo była wystawa "Arts & Foods". Dzięki temu na własne oczy zobaczyłam słynne puszki zupy Campbell's Warhola oraz jego "Ostatnią wieczerzę". Przyznam, że największe wrażenie robi sztuka współczesna i jej zabawa konwencją - np. dom z chleba, parówki przy ognisku. Dobrze było zafundować sobie alternatywne, muzealne zwiedzanie.


Jedzenie - najlepsza pizza była od Araba za 3 euro. Generalnie oprócz pizzy i kwiatowych lodów nie udało się nam nic zjeść na mieście. Albo była sjesta i wszystko nieczynne albo pora lunchu czyli brak miejsc. Za to serowe zakupy w markecie spełniły nasze oczekiwania, nie wspominając o prezencie w zamrażalce - dwóch opakowaniach lodów. Tak, tak jedzenie po nocy serów z melonem i popijanie winem nie jest najzdrowsze. Ale od tego właśnie się spontaniczne wakacje.


Chic girls na tle Prady w czarnych sandałach - hicie sezonu! Milano to stolica mody włoskiej, ale tego jakoś szczególnie nie widać. Chyba trafiłyśmy na czas fanów zdrowej żywności, a nie najnowszych trendów. Na Monte Napoleone, czyli ulicy z najważniejszymi butikami było sporo turystów, ale same sklepy świeciły pustkami. Możliwe, że życie rozkwita tam o innej porze dnia lub gdy nadchodzi tydzień mody. Mi pozostanie jedynie wspomnienie minięcia się ze Stefano Gabbana w Vittorio Emanuele II.


Każdy szanujący się rowerzysta, nawet ten najmłodszy, musi pamiętać by przypiąć swój rower. Szczególnie tak fantastyczny jak to czterokołowe różowe cudo. Jego właścicielka prawdopodobnie ruszyła na zakupy do Tigera.

poniedziałek, kwietnia 20, 2015

Człowiek-nietoperz a może człowiek-ptak? Ale czy to ważne...


Szanowni Państwo w najważniejszych kategoriach Oskara zdobywa... "Birdman" (tutaj mamy oklaski i wiwaty). Opowieść o człowieku-ptaku, choć może tak naprawdę historia pierwszego odtwórcy człowieka-nietoperza. Czy tylko? Gdyby jego reżyserem był ktoś inny możliwe, że tak. Jednak Inarritu jest autorem niejednoznacznych obrazów, lubiącym łączyć kilka opowieści w niekoniecznie spójną całość. Zebrał świetną ekipę, każda postać jest perfekcyjnie dopasowana. Kamera podąża po wąskich, klaustrofobicznych pomieszczeniach w broadwayowskim teatrze. Trochę przestrzeni otrzymujemy w scenach na dachu, gdzie wreszcie wszyscy mogą powiedzieć co naprawdę czują. Świerze powietrze działa jak eliksir prawdy, choć dla aktorów prawdziwe życie toczy się tylko na scenie.

Keaton przywdział lateksowy kostium Batmana, gdy Thor i reszta drużyny Avengersów bawiła się w superbohaterów klockami Lego. Walczył z Jokerem bez pomocy komputerowych speców. Wszystko wtedy (początek lat 90.) opierało się na inwencji twórczej ludzi od efektów specjalnych, kostiumografów, charakteryzatorów i innych mistrzów drugiego planu. Z ich i Keatona pomocą Tim Burton stworzył dwa klasyki komiksowego świata. Przyznam, że już się obecnie pogubiłam z kim i kiedy walczą obecni herosi (może z wyjątkiem Lokiego). Za to Joker, Pingwin i Kobieta-Kot niezmiennie trwają w mej pamięci. Ach ten kostium Michelle Pfeiffer, który jej bohaterka sama uszyła z lateksowego płaszcza i białej nitki!
Michael Keaton był gwiazdą ekranu do połowy lat 90. Mistrz komedii romantycznych, pierwszy superbohater Ameryki (nikt już wtedy nie pamiętał o filmowym Supermanie, królowała wersja "S" na srebrnym ekranie, gdzie pierwsze skrzypce grała Lois Lane a nie człowiek z peleryną). Potem musiał ustąpić miejsca młodszym, przystojniejszym. Może nie do końca lepszym, raczej nadążającym z rozpędzonym czasem nowego wieku i ery efektów komputerowych. Dlatego oglądając Birdmana ma się wrażenie, że Keaton gra samego siebie - obalonego króla ekranu który pragnie odrodzenia na deskach teatru. Tylko jak osiągnąć sukces, gdy własne heroiczne alter ego bojkotuje cały projekt. Nie wspominając o negatywnie nastawionej pani krytyk, nie dopieszczonej kochance, lekko niezrównoważonej córce, gwiazdorze marzącym by ukraść show, niedowartościowanej scenicznej partnerce i innych czysto techniczno-finansowych problemach. Riggan walczy z całych sił, czy jednak choć przez chwilę ktoś siedzący przed ekranem wierzy w jego zwycięstwo? Czy ktoś chce by wygrał, pokonał system? Przyznam, że ja początkowo owszem ale z każdą minutą filmu coraz mniej. Bo emerytowany superbohater jest zapatrzonym w siebie egoistą, który w dupie ma córkę, kochankę, ekipę. Właściwie nie obchodzi go sztuka, liczy się tylko powrót na szczyt, aplauz publiki, blask fleszy. Przez to jedyną osobą która wywołuje w nim lęk jest pani krytyk. Nie bez przyczyny ukazana jako dystyngowana starsza pani, ona nadal pragnie by teatralna scena należała artystów, aktorów, a nie gwiazd i celebrytów. 
"Birdman czyli nieoczekiwane pożytki z niewiedzy" to oczywiście próba rozliczenia z współczesną pop-kulturą. Ukazanie jej wad i wpływu na ludzi próbujących w niej egzystować. Coś w tym jest, że coraz więcej tzn. "sław" skupia się jedynie na zdobyciu popularności. Nieważne czy na podstawie dobrej bądź złej reputacji. Nie liczy się co o nas mówią, najważniejsze że mówią. Jeśli o nas zapomną to przestaniemy istnieć. Tak myśli Riggan - dramatyczna końcówka nie pokazuje jego poświęcenia dla sztuki, ale chęć zdobycia nieśmiertelności. W pogoni za nią zapomniał, że w dzisiejszym świecie łatwo ją zdobyć na 5 minut, ale by ją utrzymać trzeba być superbohaterem. Takim typem człowieka jak Mike (dawno nie widziany bez kostiumu Edward Norton), który żyje prawdziwie na scenie. Poza nią niestety nie potrafi normalnie funkcjonować. Ale czy to ważne, skoro jest artystą i gwiazdą a na dodatek tłumy go uwielbiają? 

sobota, lutego 21, 2015

Oskarowe choroby


Wielkimi krokami zbliża się wieczór rozdania najbardziej popularnych nagród filmowych na świecie. Dyskusyjne jest czy są to najważniejsze i najbardziej prestiżowe statuetki. Na pewno najbardziej komercyjne, ale już raczej nie budzące większych emocji. Od jakiegoś czasu mówi się o tym jak bardzo stały się przewidywalne. Większą ekscytację wywołują nominacje a zwłaszcza kreacje poszczególnych gwiazd i gwiazdek niż sami zwycięscy udający zaskoczenie zdobyciem nagrody. Zdaje się, że jury powoli idzie na łatwiznę i bazuje na innych tego typu wyróżnieniach m. in. Gildii Krytyków, Reżyserów, Aktorów itd. I co im się dziwić, skoro są to ludzie zasiadający także w tych komisjach.

O ile w kategorii najlepszego filmu niekiedy zdarzają się niespodzianki (byłoby wspaniale jakby wygrał "Grand Budapest Hotel" lub "Whiplash" ale pewnie padnie na "Teorię wszystkiego"), to nagrody aktorskie są z góry przesądzone. Podobno nawet bukmacherzy nie przyjmują na nie zakładów. W tym roku najlepszymi kreacjami mają zostać choroby XXI wieku - Alzheimer oraz ALS (stwardnienie zanikowe boczne). Obie są nieuleczalne i neurodegeneracyjne, czyli powodują zanik komórek nerwowych. Pierwsza atakuje duszę, a druga ciało. Co gorsze?

 
Jakiś czas temu bardzo psioczyłam na Julianne Moore za jej rozhisteryzowaną kreację w "Maps to the stars". W przypadku "Still Alice" nie mogę powiedzieć ani jednego złego słowa, wręcz odwrotnie jestem zachwycona. Moim zdaniem bije konkurencję na głowę w wyścigu po Oskara. Co prawda nie widziałam jeszcze Reese Witherspoon w "Dzikiej drodze", ale słodka blondynka (z nieco za dużą, amerykańską szczęką) jako brzydka narkomanka to już było (Charlize Theron w "Monster").
 
"Still Alice" nie jest dramatem jednej osoby, to tragedia całej rodziny, która musi poradzić sobie w nowej, nie dającej nadziei sytuacji. Oczywiście pierwsze skrzypce gra Moore jako przebojowa Alice Howland - uznana pani profesor, kobieta nowoczesna, potrafiąca pogodzić karierę z życiem rodzinnym. Uważam, że jest to jedna z jej najlepszy ról. Jest szczera i naturalna, w sytuacjach żenujących i tych wzruszających nie można wychwycić ani odrobiny sztuczności. Gra jakby na własnej skórze doświadczała kolejnych etatów tracenia samej siebie. Generalnie olbrzymim atutem całego filmu jest brak patetyzmu i moralizatorstwa, którego ostatnio nie cierpię. Cały przebieg choroby, a także wszystkie postacie są ukazane w sposób obiektywny, twórcy nikogo nie oceniają, zostawiają to widzom. Ale jak można tu kogokolwiek osądzać i krytykować? Nie da się przewidzieć własnego zachowania w obliczu tragedii, najlepsi ludzie niekiedy nie potrafią radzić sobie z cierpieniem i bezsilnością bliskich. Oczywiście Hollywood to Hollywood, więc ostatecznie na placu boju pozostaje "czarna owca" rodziny, ci idealni poddają się, uciekają. Czy można ich winić? Nie wydaje mi się, przecież próbowali, ale jak widać Alzheimerem nie da się pokonać. Niestety bohaterem zostaje najsłabszy element filmu, czyli "jedna-krzywa-mina" Kristen Stewart. Drewniana i rozczochrana jak zwykle. Ciągle nie pojmuję jej fenomenu.
 
Przyznam, że najbardziej przerażające w całej historii jest, że choroba (w tym wypadku konkretnie geny) nie wybiera. Nie ważne,  że Alice prowadzi zdrowy, aktywny tryb życia, regularnie się bada. Jest przykładem dla swoich dzieci, studentów i innych ludzi. Pomimo szybkiego wykrycia walka jest  właściwie przegrana. Leki niwelują objawy, ale nie postęp choroby. Alzheimer jest przerażającym schorzeniem, szczególnie dla najbliższych chorego. Alice powoli znika, jej osobowość rozmywa się. Jest osobą, która pracuje umysłowo, wykłada zawiłości lingwistyczne na uczelni. Dlatego zaniki pamięci są u niej szczególnie uciążliwe i bolesne. Oczywiście dla niej to straszne doświadczenie. Jednak na zaawansowanym etapie już nie czuje różnicy, po prostu nie pamięta kim była. To jej mąż oraz dzieci cierpią najbardziej. Jej z każdą kolejną minutą filmu ubywa, zostaje jedynie pusta skorupa, a rodzina zaczyna uciekać, odcinać się. Trzeba mieć wielką odwagę by żyć z człowiekiem, który wygląda jak ukochana osoba ale nią już nie jest. "Still Alice" nie ma happy endu, ale pokazuje nieświadomym widzom jak walczyć nawet w przegranej sprawie. Alice próbuje, w świadomych chwilach nadal stara się być dawną osobą (scena gdy wygłasza wykład na temat własnego przypadku jest świetna).
 


Lubię Eddiego Redmayne'a i uważam, że jest wszechstronnym aktorem, ale czy Stephen Hawking jest wart Oskara? Nie jestem pewna. Tu konkurencja jest bardzo wyrównana, szczególnie w osobie Steve'a Carella który dał popis w "Foxcatcherze". Amerykanie uwielbiają swoich bohaterów narodowych, a do nich na pewno obecnie zalicza się Chris Kyle w wykonaniu Bradley'a Coopera. Sam Cooper mnie ciągle zaskakuje, on chyba gra we wszystkim co mu agent podsunie, bo perełki mieszają się na równi z gównem w jego karierze.

"Teoria wszystkiego" moim zdaniem jest nudna i przy długa. Twórcy chyba nie do końca się zdecydowali o czym ma być film. Z jednej strony mamy historię miłości Jane do Stephena, bo nie oszukujmy się od razu widać kto tu kogo kochał bardziej lub wychował się w purytańskiej rodzinie gdzie dane zachowanie było wskazane (nie radzisz sobie z chorym mężem i dwójką dzieci, to zapisz się do kościelnego chóru - nie ma jak złote rady matki!). Z drugiej jest ALS, czyli stwardnienie zanikowe boczne, które powoli paraliżuje cały organizm bohatera. Ta część jest zagrana rewelacyjnie, choć nacisk został położony jedynie na fizyczną stronę choroby. Wiem, że przy tym schorzeniu granie ciałem jest trudne, ale Hawking dopiero w końcówce filmu przestaje mówić. A o jego emocjach nie wiemy praktycznie nic od momentu postawienia diagnozy. I na koniec trzeci element - geniusz i odkrycia naukowe, które na nie szczęście zostały potraktowane mało profesjonalnie. Niby wszyscy wiedzą, że Hawking jest bogiem współczesnej astrofizyki, ale mi w filmie zabrakło konkretów. Więcej poświęcono jego początkowemu niezdecydowaniu w wyborze pracy doktorskiej niż późniejszym badaniom. 

Mam wrażenie, że tak na serio to dostaliśmy opowieść o Jane, która poświęciła swoje życie dla schorowanego męża geniusza. Niby inteligentna, wykształcona kobieta, a sama wpakowała się w bycie opiekunką. I wcale nie z miłości, po prostu tak została wychowana. Felicity Jones męczy się w roli męczennicy i ciężko się ją ogląda. Za to Eddie rzeczywiście wypada świetnie i autentycznie. Stephen zawsze słyszał, że jest wyjątkowy i wiele osiągnie. Jest pewny siebie, a z postępem choroby staje się skupionym na sobie egoistą. Gdy zapada wyrok/diagnoza jedynie myśli o swoich teoriach, Jane jest tylko tłem. Widać, że w pewien sposób kocha ją i dzieci, ale nauka i prestiż są najważniejsze. Dlatego z upływem lat coraz bardziej potrzebuje opiekunki, a nie ukochanej. ALS powoduje, że człowiek staje się inwalidą uwięzionym we własnym ciele, ale nadal jest sobą. Jeśli jest wystarczająco silny psychicznie, przy obecnych możliwościach techniki może osiągnąć praktycznie wszystko. Trzeba mieć jednak jakiś cel, wyzwanie. Stephen Hawking jest tego idealnym przykładem.

wtorek, stycznia 27, 2015

Dancing shoes

Moja najnowsza zdobycz. Mokasyny z wężowym motywem. Czekają na pierwsze wyjście, jak nastąpi koniec chłodów i opadów. Idealne do spodenek, plisowanych lub rozkloszowanych spódnic. Kocham mangooutlet!
 
W ramach po weekendowych przemyśleń stwierdzam, że nic tak nie psuje zabawy jak partner bez poczucia rytmu. Taki osobnik, szczególnie  gdy jest upierdliwy i nie łapie aluzji, może obrzydzić nawet najlepsze party. Nie wymagam by każdy był mistrzem parkietu. Sama zdecydowanie się do nich nie zaliczam. Niektóre dźwięki kompletnie do mnie nie trafiają i przy nich pasuję, idę po drinka lub posiedzieć by dać wytchnienie stopom. Jednak udawanie, że się tańczy, na dodatek w parze, gdy się zupełnie nie czuje rytmu wykracza poza pakiet mego postrzegania. Po co, na co i dlaczego? Skoro bujanie się przy muzyce nie sprawia przyjemności, na cholerę robić to na siłę? Niby wiadomo, że najłatwiej poderwać kogoś tańcząc. Może tylko należy stosować metody dopasowane do możliwości i umiejętności. Obracanie się lub gibanie na boki jak słup, to nie taniec! Nie ma sensu się męczyć a dodatkowo psuć zabawę innym. Lepiej postawić na swoje atuty, a nie pogrążać się ukazując słabości. Oczywiście wypada też znać swoje mocne strony i korzystnie je pokazać. Tym, którzy tego nie potrafią lub upierają się przy podrywie na parkiecie zalecam kursy tańca (online lub w realu). Magiczne tańczące pantofelki istnieją tylko w bajkach a jeszcze nikt nie wpadł jak je stworzyć w naszej rzeczywistości.   

czwartek, stycznia 22, 2015

Podróże - małe i duże


Czas podróży. Co z tego, że mróz, ciemność, szarość i zimny wiatr z deszczem, nawet mini śniegiem. Trzeba być dzielnym, spakować ciepłe rajstopki, czapkę, rękawiczki i ruszać w drogę. I koniecznie ukochany dres! Najlepiej w ciepłym aucie lub PolskimBusie z dostępem do WiFi, a w ostateczności w ciasnym autobusie, gdzie działa sprawnie jedynie silnik (całe szczęście). Ostatnio jakoś pociągiem udaję się jedynie w podróże służbowe, bo za nie nie płacę. Ale podczas tych wypraw nie robię zdjęć, bo... po pierwsze nie mam czasu, po drugie nastroju i po trzecie wędruję wtedy w mało ciekawe miejsca. Za to odwiedzając znajomych i rodzinę można odkrywać tyle piękna.

Łódź

Listopadowy wypad do Łodzi okazał się doskonałą okazją do buszowania w opuszczonych fabrykach i fotografowania murali tam istniejących. Jednym słowem profesjonalnego zwiedzania, łącznie z odwiedzinami w muzeum. Dodatkowo miałam w programie samochodowe podziwianie poszczególnych, niekoniecznie bezpiecznych dzielnic miasta bez ryzyka pobicia. Bo jak jedziesz na wycieczkę w dresie to nie należy spodziewać się wizyty w filharmonii.  


Oczywiście nie obyło się bez shoppingu w wspaniałym, inspirującym Tigerze (wśród zakupów znalazło się czapkowe krosno) oraz zawsze chętnie odwiedzanym PanTuNieStał (skarpetkowe prezenty i kozia czapka). A i te jedzenie! Jajecznica z awokado i racuchy na śniadanie, gęsina na obiad, lody z musem truskawkowym oraz cytrynową mgiełką w ramach deseru... Tyle pysznego dobra, które zaspokoiło moje potrzeby na mięso oraz słodycze na półtora miesiąca, czyli idealnie do świąt w Puszczy. 


Puszcza

Puszcza w święta nie zachwyciła śniegiem. Ale błękit nieba i delikatny lód na jeziorze wynagrodził te lekkie niedociągnięcie. Zresztą sugerując się poprzednimi latami, można się spodziewać białego puchu w Wielkanoc. Rodzinny spacer po lesie zapewnił odpowiednie dotlenienie, szczególnie po wcześniejszych wyczerpujących atrakcjach. Ostatnia część "Hobbita" została zaliczona. Trochę była przydługa, ale bijatyka była na odpowiednim poziomie, Legolas zapomniał czym jest grawitacja i ci co mieli zginąć wreszcie to uczynili, choć niektórzy z opóźnieniem. Lumping bez szaleństw, ale dwa nowe swetry i spódnica wepchały się do szafy. Jeśli chodzi o jedzonko, to o dziwo miałam ochotę na słodkie (może smak mi się zmienia na starość?), szczególnie śmietaniak, pierniki i ciasto pomarańczowe. Całe szczęście, że na stole jak zawsze królowały dania bezmięsne. Kotlety sojowe pokonały nawet wspaniałego indyka, choć na niego też dałam się skusić. Jednak nie mam tendencji do poświątecznego umierania z przejedzenia. 


Karpacz


Zaczęło się od wieczornej jazdy po bocznej, górskiej drodze w deszczu, śniegu i wichurze. Gałęzie spadały z drzew, blokowały jezdnię, a wiatr bujał autem. Jednak M. okazała się wytrwałym kierowcą terenowym i bezpiecznie dowiozła nas do filharmonii. Z lekkim opóźnieniem w obcasach i wizytowych sukienkach weszłyśmy na salę bocznym wejściem. Koncert noworoczny okazał się nieco inny niż zakładaliśmy, ale orkiestra grała wspaniale, pan dyrygent sypał żartami, a solistka dała lekcję prawidłowego oddychania (ona zdecydowanie miała czym oddychać). Jakoś nie dane jest mi cieszyć się śniegiem tej zimy, nawet w Karpaczu go zabrakło. Kaloszki okazały się idealnym obuwiem na przedobiedni spacer, choć nie padało a nawet słońce wyszło na chwilę zza chmur. Po wieczorze kulturalnym była pora na wieczór sportowo-rekreacyjny w kompleksie basenowym. Tu dres był jak najbardziej wskazany. Także w górach był mały shopping, jednak osobiście nie dałam się skusić kolejnej czarnej spódnicy. Jedzenie było domowe, pyszne... pieczona z cytrynami i jabłkiem ryba, sery, czerwone wino i oczywiście genialna porterówka. Coś w tym jest, że w górach nie ma się kaca! 
  

poniedziałek, grudnia 29, 2014

Produkcja


Od listopada, po pobycie w mieście Łódź gdzie doznałam olśnienia, zajmuję się produkcją czapek. Tu mamy mój podstawowy przybornik, czyli krosno, guziki, włóczki, szydełko, igłę.


Nowa dostawa: jednolite wełniane, melanżowe z alpaki i wełny owczej (mega ciężkie w obróbce), tęczowe akrylowo-wełniane. Z każdego motka wychodzi kolejna niepowtarzalna czapka.



Owoce pracy: czapki bez lub z ściągaczem, pierwsza (i na razie jedyna) opaska. Większość wykonana z jednej nici, choć szary olbrzym otrzymał dodatek tęczowej włóczki.


Gotowe do podróży na wschód, by znaleźć się pod choinką, a następnie trafić do właścicieli.